Na Świtezi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

I.

W dal toczy Świteź — w jasną dal
Zwierciadło swe olbrzymie.
U świętych fal jej — świętych fal
Uklęknij, o pielgrzymie!
 
Srebrzyste, czyste, płynne szkło
Roztacza się okręgiem,
I z cichym szumem fale mkną
A mkną pod widnokręgiem.

Zielony bór — odwieczny bór,
Szumiących drzew szeregi,
Świątyni Boga żywy mur
Jezioru wieńczy brzegi.
 
A fala myje brzegu stok
I drzewom pieśni śpiewa,
I nęci — nęci w głąb a w mrok,
Aż w głąb się chylą drzewa.

Lustrzana — gładka płynie toń,
Lecz marszczą jej równiny,
W zielony włos jej zdobiąc skroń
Wysokie — giętkie trzciny.
 
I toczy Świteź w jasną dal
Zwierciadło swe olbrzymie.
U świętych fal jej — świętych fal
Uklęknij, o pielgrzymie!

Bądź pozdrowioną świętych wód,
Srebrzystych wód równino!
Zkąd boskich pieśni rozgrzmiał cud,
Co w nieśmiertelność płyną.
 
Z fal, kołysanych w śpiewny ruch,
Pieśń idzie tajemnicza:
W powietrzu święty płynie duch,
Duch święty Mickiewicza!





II.

Bo tu jest Częstochowa, tu jest święta Meka
Pieśniarzy, którzy przyjdą zbliska i zdaleka —
Przyjdą tłumem ogromnym — w pielgrzymce pobożnej,
Aby uczcić modlitwą owy duch wielmożny.

Wielmożny duchu pieśni, coś przemknął wzrokiem
Naturę, ty naturą byłeś sam: obłokiem —
I powietrzem — i orłów pogwarem skrzydlatych
I byłeś szumem starych dębów rosochatych.

I byłeś szmerem złotych pól — i puszcz łoskotem,
Rykiem burz — wschodów słońca purpurowem złotem,
I byłeś siołem, puszczą, słońcem, niebem, wodą,
I księga twa nie księgą już, ale przyrodą!
 
Tyś nauczył nas mowy tajemniczej borów
I pieśni głębin jezior i nieba przestworów;
Tyś, błądzącym za palmą pustyń bezowocnych,
Objawił nam ukryte cuda puszcz północnych.
 
Echo wiosny jedynej na ten wiek ponury,
Wcielenie wszech plemienia soków i natury,
Ojcze nasz — w każdym kwiatów malowanych puchu
Obecny — chwała tobie, o wielmożny duchu!

Wielmożny duchu pieśni, chwała ci wieczysta,
Bo tworzysz z tychże źródeł, z których Bóg korzysta,
A kto się w twojej księgi pogrąży krynice,
Temu nikną natury i sztuki granice.

O sztukmistrzu, tym wyższy nad inne sztukmistrze,
Żeś sztukę zlał z naturą w braterstwo najczystsze,
Żeś razem był natury piersią i narzędziem:
My, pieśniarze, cię wiecznie wielbić tutaj będziem!





III.

Ostatnie już różowe na niebiosach pręgi,
Za sine schodzą bory. Szarzeją błękity,
Pociemniały Świtezi zwierciadlane płyty,
Rwąc się w dal, w niedojrzane czarne widnokręgi.
 
Zlewają się niebieskie i wodne potęgi
W jeden ogrom półsenny. Bujne trzcin wykwity
Zasypiają. Zasypia brzeg falami bity,
Chylą się ku głębinom drzew nadbrzeżnych kręgi.
 
Cisza. Czasami kulik ozwie się od trzciny.
Czasem w boru zahuczy krakanie jastrzębia
Lub rybka falą pluśnie. I znów śród równiny

Cisza. W srebrne opary otulona głębia.
Zasypia — nieskończona — nieskalanie czysta,
A wokół cisza wielka — święta — uroczysta.





IV.

Szara noc na niebiosach. Gwiazd korowód złoty
W złotych skrach się odbija pośród głębi szklanej
I tańczy jakieś dziwnie fantastyczne tany,
Jakby głąb' szalonemi wiła się zawroty.

Czarna noc. Wieńce trzciny tworzą wielkie sploty,
Gęste, jakby tajemnic nieprzebyte ściany,
Że strach kierować łódką w ten świat niezbadany,
Gdzie, zda się, zieje otchłań grobowej tęsknoty.
 
Pierzcha czarnych obłoków ponura zasłona;
Błękitnieją szafiry — blask się ich stokroci —
Rozkołysane ciszą tańczą fal wrzeciona.

Błękitna noc nadchodzi — gwiazdy świecą złociej,
A rozwidnione światłem — traw zaklętych wieńce,
Zdają się jako duchy w ludowej piosence.





V.

Hej, wiosła w dłonie!
Na srebrne tonie,
Skierujmy łódź!
W ciszy wieczora
Łódź płynie skora...
Na głąb' jeziora
Ster łódki zwróć.
 
Płyń, łódko chyża!
Bieg twój nas zbliża
Ku ciszy — w dal —
Ku głębi onej,
Ku nieskończonej,
Gdzie dzwonią dzwony,
Tajniki fal.

Noc bez miesiąca,
Gwiazdami lśniąca —
W Świtezi drży.
Na wód krysztale
Marszczą się fale...
Niebios opale
Wiją się w mgły!





VI.
Józefowi S.
 
Na samym środku fal, gdzie niezgłębiona toń
Stanęła nasza łódź i wielkiej słucha ciszy —
I wstał towarzysz mój i, w mokrą patrząc błoń,
Okrzyknął w cały głos, czy też go kto usłyszy:
Hej, hej!
 
Popłynął jego głos — po nocy w ciemny bór —
I odbił się od drzew, od sosen, iw i buków,
I wrócił ku nam znów, w stokrotny wrócił wtór —
Stokrotnym gromem ech i gwarów, i rozhuków.
Hej, hej!
 
Z płużyńskich ciemnych puszcz, z Świtezi srebrnych fal
Zabrzmiała niegdyś pieśń, skrą bożą rozpalona —
I, grzmiąc, płynęła w świat — na siół i borów dal —
Stokrotnym gwarem ech, brzmiąc w piersiach milijona.
Hej, hej!
 
Z Świtezi srebrnych fal, z płużyńskich ciemnych puszcz
Stokrotnym echem gra i żywi pierś miliona —
Potężnej pieśni grom, płomienny Boga kuszcz,
Nieugaszony Znicz na przyszłych dni plemiona.
Hej, hej!





VII.
Adamowi M-skiemu.

Patrzę w głębię niezmierzoną,
W niezmierzoną głębię wód;
Dziwną żądzą wzbiera łono:
Jeden tylko — jeden rzut!
 
Jeden rzut w ten bezimienny
Wir! Potężny jeden skok!
Oczarował mię bezdenny,
Magnetyczny głębi wzrok.
 
Ach — tam grób — tam zapomnienie —
Wiekuisty pokój tam —
Nieśmiertelne tam promienie
Od niebieskich świecą bram.
 
Ale czemuż tylko roję,
Czemu dłonią trzymam łódź?..
Życie śpiewa pieśni swoje —
Kochaj — pragnij — marz i nuć.
 
Ach! są w życiu złote blaski,
Są nadzieje cudnych snów:
Może wejdzie zorza łaski,
Może szczęście błyśnie znów.

Po tej fali — ciemnej fali —
Niech przelecę niby ptak.
Płyńmy dalej — płyńmy dalej
W niewiadomy życia szlak!





VIII.

Ogniem — zda się — czerwonym gore cała puszcza.
Szczyt boru purpurowym płaszczem się otula,
Niebo płonie jak pożar. Aż ognista kula
Weszła na bór. Rakietę złotych strzał wypuszcza.

I Świteź purpurową falą się rozpluszcza,
Rzekłbyś — ogień po wodzie jak po stepie hula,
Srebrne mgły — jak płonąca zdają się koszula —
I drży serce każdego nadbrzeżnego kuszcza.

W wyżyny płynie zorza. Łuna krwi zagasa,
Płomienno-złotym kręgiem zajaśniało słońce
I wszystkie rzeczy złoci jego złota krasa.

A oto wielką tarczą w głębinach się pali
Drugie słońce — i w każdym kędziorze wód fali —
Rozpryskuje się w drobnych — złotych słońc tysiące.





IX.

Jak bramin w święte fale Gangesu,
Rzucam się w fale Świtezi:
Duch mój wybiega z własnego kresu,
Niech go ta głąb' użelezi.

Całym swem ciałem pruję wód tonie,
Wsiąkam ich treść w swoje żyły;
Siły nadziemskie czuję w swem łonie,
Nieznane czuję w niem siły.

Jak ryba w morzu toczę się kołem,
Toń mię w objęcia pochwyca,
Zlewam się w jedno z płynnym żywiołem,
Znika mi własna granica.

Fala całuje — fala mię pieści —
Pierś mi swem tchnieniem odświeża:
Fala mi śpiewa — fala szeleści —
W bezmiary ducha rozszerza.

Płynę na głębie przez fale srebrne —
Jakby w nieziemskiej kąpieli:
Świteź ma czary jakieś leczebne,
Ciało i ducha weseli.

Świteź ma czary wody letejskiej:
Z jej głębi dzwonią ci dzwony —
Trosk zapomnienia hymn czarodziejski,
Aż drga twój duch odrodzony.





X.

— A powiedźcie-ż, rybaku mój młody,
Co tak znacie jeziora głębiny —
Czy też jeszcze są w falach tej wody —
Świtezianki — rusałki — ondyny?

— Nie, panoczku! Już dziś świtezianki
Nie ukażą się ludziom na oczy,
Jeno widać zaklętych ziół wianki,
Jeno skrzydła tej ważki przezroczej.

— Ale dawniej bywały rusałki?
— Oj, bywały! jak starzy nam prawią:
Czy zarośla gdzie, wody czy skałki,
Niby wszędy boginki się jawią.

— Teraz nie ma? — A nie ma, uciekły.
— Gdzież się skryły? — A kto ich tam znaje?
Musi ludzkie je grzechy urzekły,
Więc się w lepsze wyniosły gdzieś kraje?

— A dlaczegóż uciekły za morze?
— Że to ludzie niedobrzy się stali,
Więc im smutno tu było w jeziorze
I na innej tańcują dziś fali.

Bo rusałka się tylko pokaże
Takim ludziom, co w sercu są czyści;
Mają oczy spokojne i twarze,
Co są dobrzy i bez nienawiści...

Prawdę mówił ów rybak prostaczy:
Od złych oczów uchodzi ondyna,
Ach, a bóstwo ten tylko obaczy,
Co ma duszę jak leśna ptaszyna.

Świteź — Nieśwież — Dorohowica, 1894.



Zobacz też[edytuj]


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.