Moskal/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Moskal
Podtytuł Obrazek z r. 1864
Wydawca Biblioteka Dobrych Książek
Data wyd. 1938
Druk Druk. Diec. w Łomży
Miejsce wyd. Łomża
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


∗             ∗

Działo się to w roku 1861, gdy z maluczkich objawów budzącego się ducha wyrosły te olbrzymie wypadki, które są jedną z najświetniejszych i najsmutniejszych kart dziejów Polski.
Zaraz po strzałach ludowych, po wielkim pogrzebie, (Moskwa, która na ducha innego oręża nad pięść nie miała i do walki przeciwko uczuciom potrzebowała bagnetów), zaczęły ściągać wojska do Warszawy. Między innymi pułk, w którym służył Naumów, został tam także przeznaczony.
Była to chwila rozstrzygająca przyszłe losy Polski i Moskwy. Baczniejsi widzieli już, że w szlachetniejszych duszach rodziło się współczucie dla naszej sprawy, strwożyło to przyjaciół despotyzmu.
Łatwo się przekonać z dzienników, z pism, z samych faktów, które później starannie ukryć usiłowano, że moskale z początku porwani byli wielkością tego obrazu, który przedstawiała Polska. Gorczakow[1] mimowolnie ustępował przed tą falą wezbraną, widzieliśmy żołnierzy w dniu 27 lutego rzucających karabiny i przechodzących na stronę ludu, pułkowników, co nie mogąc spełnić wydanych im rozkazów, woleli sobie odebrać życie, jeszcze chwila, a może naród rosyjski, ulegając szlachetnemu popędowi, byłby sam dopomógł do zrzucenia z nas więzów.
Rząd też doskonale to widząc, rozpoczął tę sztuczną agitację, która w pijany szał się zmieniła; po pierwszych oznakach współczucia dla Polski, spuszczono z łańcuchów to stado brytanów, które wielkimi słowy miało ślepy naród obałamucić, zagrano na wszystkich piszczałkach pseudo patriotyzmu, a kraj, któremu brzmienie tej nieco swobodniejszej muzyki mile połechtało uszy, zaczął tańcować jak mu zagrano.
Ale nie uprzedzajmy wypadków, pierwsze wieści o ruchach w Polsce te same uczucia wywołały, któreśmy widzieli objawiające się w pułkach jazdy dnia 25 i 27 lutego. Słuchano rozkazów, ale starano się nie brać udziału w okrucieństwach, a wielce znaczące milczenie, zamknięte usta, chmurne czoła wydawały wewnętrzny duszy niepokój. To co piszemy, jest niezaprzeczonym faktem, rząd złożony z ludzi bez uczucia, dla których rozlew krwi w politycznym celu wydawał się rzeczą prostą i naturalną, nie zawahał się ani chwili z tym, co miał czynić; naród do katowstwa szału poprowadziło spodlone płatne dziennikarstwo, którego czołu należy piętno hańby wiekuistej. Nie znalazł się ani jeden człowiek sumienia, odwagi, któryby w imię prawdy ujął się za pogwałconymi prawami ludzkości.
Razem prawie z rozkazem wymarszu doszły do pułku lakoniczne gazeciarskie sprawozdania z wypadków i głuche o nich wieści. Naumów zdumiał się sam sobie, że się tak uczuł wzruszonym i niespokojnym, gdy o nich posłyszał. Nie wiedzieć dla czego przyszła mu na myśl jego młodość, matka, mgliste wspomnienia Warszawy, a bijące serce wstrząsło się jak do braci, do tych męczenników, których naród uroczystym dziejowym uczcił pogrzebem. Przez cały ten dzień był milczący, zadumany i czuł jakby go tam coś ciągnęło ku świeżym mogiłom. Towarzysze jego bardzo rozmaicie o tym wszystkim sądzili, on milczał, przychodziło mu na myśl, że miał tam wuja i wujecznych braci z których jeden paść mógł pod strzałami moskiewskich żołnierzy, że i on sam zmuszonym być może iść na swych krewnych i bratobójczą dłoń podnieść na biedne ofiary. To wszystko dziwny zamęt w sercu jego i głowie stworzyło.
Tego samego wieczora kilku oficerów a między nimi i on zaproszeni byli na herbatę do jenerała. Aleksy Iwanowicz był chmurny i zamyślony, należał on niegdyś do decembrzystów[2], ale szczęściem nie wydało się to, zatarło, a teraz gdy doszedł jeneralskich szlifów, gdy sam już reprezentował cara i jego władzę, potępiał wszelkie usiłowanie wyzwolenia. Podzielał on z wielu innymi to zdanie, że mikołajewski despotyzm był przesadzony i szkodliwy, ale wierzył też w liberalizm i reformy Aleksandra. To go niejako w oczach własnych usprawiedliwiało, że się rządu trzymał. Jako prawy moskal instynktownie Polski nie cierpiał, mało znał Polaków, i to z tej strony z jakiej ich w Petersburgu znają. Był on zdania cesarza Mikołaja, który raz rozdrażniony, przy Rzewuskim i Radziwille odezwał się o nas:
— Nienawidzę tych Polaków, którzy mi stawią opór, a tymi Polakami, co mi służą, pogardzam.
Aleksy Iwanowicz był petersburskim cywilizowym jenerałem z gatunku tych, co są do wszystkiego zdatni. Czuł, że miał wielką przyszłość przed sobą. Najmniej może biegły w strategii spodziewał się w przyszłości jakiegoś wielkiego stanowiska w stolicy, bo jedna z kochanek hrabiego Ad.....a była jego wielką przyjaciółką. Z zasępionym czołem dumał nad wypadkami polskimi, ale przez chmurę, którą włożył dla przyzwoitości, przeglądała wcale nieprzyzwoita wesołość. Dotąd brakło mu tylko sposobności jakiejś, ażeby się dać poznać, odznaczyć i wpaść na drogę łask i zaszczytów... Widział teraz jasno, że wypadki w Polsce mogły mu wyborną zręczność nastręczyć do rychłego wyniesienia się.
Półgębkiem, ale z goryczą odzywał się o starym niedołędze Gorczakowie i o tych co go otaczali, dając do zrozumienia, że on by temu wcale inaczej dał radę...
Natalia Aleksiejewna bardzo także była uszczęśliwiona z przyszłego wyjazdu do Warszawy. Jakkolwiek Moskale dumni są ze swego kraju i cywilizacji, czują oni mimowolnie jadąc na zachód, że się do Europy zbliżają, i że ten świat, który oni z pogardą nazywają zgniłym i zestarzałym, ma nad nimi wyższość i potęgę nauczyciela. Śmieją się z niego po cichu jak studenci z pedagoga, ale gdy wejdzie na salę, cicho w klasie i serca w piersiach biją. Biło też serce panny Natalii na myśl, że jedną ze stolic europejskich zobaczy, a w dodatku jedno z najciekawszych widowisk tak nowe dla Moskali — rewolucję.
W salonie u pułkownika jedna Natalka była trzpiotowato-wesołą, oficerowie spoglądali po sobie, a nie wiedząc co mówić, milczeli. Jenerał chodził, darł resztkę czupryny i niekiedy rzucał półsłowa bez związku, z których tylko zburzony stan jego duszy wyrozumieć było można. Naumów z daleka, w cieniu, oparty na oknie, tak był pogrążony w myślach, że nawet szczebiotanie Natalii uwagi jego nie zwracało, pannie właśnie się to nie podobało, że ktoś w jej przytomności śmiał, nie o niej zamyślać. Podbiegła więc do Naumowa, przeglądając się we wszystkich zwierciadłach po drodze, według swego zwyczaju i rozbudziła go głośnym pytaniem:
— Cóż tam Światosław Aleksandrowicz? dużoście Polaków nazabijali? zadumawszy się tak pewnie o Warszawie.
I nie czekając odpowiedzi ze śmiechem dzikim, pokazując białe ząbki, poczęła mówić dalej:
— O, jeżeli my tam trafimy jeszcze na rewolucję, to się papinki prosić będę, żebym koniecznie miała okno na ulicę! Będę klaskać i śmiać się jak do nich będą strzelali. Słyszał tatka takie zuchwalstwo? żeby ta garść szaleńców porwać się na nas śmiała? A który z panów oficerów najlepiej się popisze to go pocałuję... dalibóg! pocałuję...
Naumów podniósł chmurną głowę, ona myślała, że spotka na jego ustach uśmiech zapału i pragnienie tego pocałunku, ale się zawiodła. W oczach Światosława był głęboki smutek. Ona milczała, wyzywając odpowiedzi, ale Naumów ani słowa się nie odezwał.
— Cóż wy na to? spytała nareszcie urażona.
Głuchym, stłumionym głosem młody oficer rzekł po cichu.
— Moja matka była Polką.
Natalia popatrzała nań chwilkę, potem odwróciła się nagle i zaczęła mówić o czym innym. Ale nie upłynęło kilka minut, gdy znowu zwróciła się do młodego chłopca i nie wiedzieć dla czego usiłując go przywabić, milcząc podała mu rękę. Z jej strony był to prosty manewr zalotnicy, która choć nie kocha, nie pozwala, aby ją kochanek opuścił. Dla niego, to milczące podanie ręki było świadectwem uczucia, przed którym, gdyby nie jenerał, byłby padł na kolana. Szczęściem nie dojrzał uśmiechu, który jak błyskawica po ustach Natalii przeleciał.
I ona i jenerał byli tego zdania, że Polakom wcale pobłażać nie należało, że potrzeba było do nich wziąć się po mikołajewsku. Nie przewidywali naówczas, iż system Mikołaja w porównaniu z systemem Aleksandra wyda się kiedyś łagodnym.
Z wieczora od jenerała rozeszli się oficerowie po kwaterach, szepcząc między sobą po cichu. Kapitan zaprosił do siebie na poncz, a tu dopiero po pierwszych szklankach rozwiązały się im usta. Ale, prawdę rzekłszy, choć niby mówili z wielką otwartością, nikt się nie wywnętrzał do głębi, każdy się lękał nawet najlepszego przyjaciela, bo u Moskali szpiegostwo jest tak rozpowszechnione, tak obowiązkowe nawet, iż się go wszyscy obawiają. Przytem oficerowie udawali liberalnych, nie potępiali więc całkowicie Polaków, a większość była zdania, że tę Polskę, jak kula przykutą do nogi, wiecznie nieprzyjazną, zawsze niespokojną, potrzeba było raz oddać.
Młodzież ciszej po kątach gwarzyła, domyślając się, iż z tych wypadków możnaby na wytargowanie jakichś swobód skorzystać.
Ale ta rozmowa o polityce krótko bardzo trwała, zaczęto sobie zaraz rozpowiadać o rozkoszach życia w wesołej Warszawie, którą wielu z nich znało, o wieczornych balikach w zielonym ogródku i rozmowa przy pomocy ponczu przeszła na swawolne żarty, a Naumów wyślizgnął się do domu, czując jakby kamień spoczywający na piersiach.


Przypisy

  1. Książę Gorczakow namiestnik rosyjski w Królestwie Polskim w dobie przed powstaniem styczniowym.
  2. Decembrzyści albo dekabryści (dekabr = grudzień) nazwa głośna w swoim czasie grupy spiskowców rosyjskich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.