Modyfikacja: my i my

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tamara Bołdak-Janowska
Tytuł Modyfikacja: my i my
Pochodzenie My, dzieci sieci: wokół manifestu
Data wydania 2012
Wydawnictwo Fundacja Nowoczesna Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło E-book na Commons
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TAMARA BOŁDAK-JANOWSKA
Modyfikacja: my i my

Piotr Czerski w eseju pt. My, dzieci sieci podzielił ludzi na „dzieci sieci” i „analogowych rodziców”, których odsyła do lamusa. Z moich obserwacji wynika, że z komputera z dostępem do internetu korzystają i dzieci, i rodzice, i dziadkowie. Nie ma to związku z wiekiem ani z tak zwaną zmianą pokoleniową (nawet osiemdziesięciolatkowie to „dzieci sieci”). Ma to związek z czymś innym: nie wszędzie w Polsce możemy mieć dostęp do internetu. Dziesięć tysięcy miejscowości w Polsce nie ma dostępu do internetu. Nie ma dostępu na przykład w Narejkach, gdzie od kilku lat organizuję spotkania literacko-teatralne, określane od ubiegłego roku jako Zajazdy. Nie działają tu też komórki. Żadna. Narejki i okolice likwidują podział Piotra na „my” i na „wy”. Podobnie likwiduje ten podział nagła dłuższa awaria linii energetycznej, tu czy w okolicy. Zaczynamy rozmawiać ze sobą bez maszynki przy uchu i klawiatury, zrośniętej z palcami. I są to rozmowy istotne. Na moich improwizowanych Zajazdach zwracamy się do siebie po imieniu bez względu na wiek, ale zwyczaj ten wynieśliśmy z internetu (portali społecznościowych) i jest on wyrazem szacunku dla rozmówcy — nowość, która nas zaprzyjaźnia, ale surowo, nie na zasadzie poufałości, lecz ufności w intelekt i talent rozmówcy.
Rzecz jednak najważniejsza: jacy „analogowi rodzice” z lamusa? Przecież to rodzice stworzyli komputer z internetem, ba, nawet dziadkowie. Dzieci ten świat zastały i mogą go kreować, udoskonalać, ale pracują jednak na i w maszynie rodziców i dziadków.
Mówię tak, ponieważ korzystając z internetu porzucam Polskę. Porzucam, bo wejście w internet jest wejściem w świat, a w świecie internautów tworzą rodzice i dzieci, i dziadkowie. Najgorszą wersją internetu byłaby krajowa i lokalna. Oby ta bałkanizacja Ziemian nie dochodziła do skutku. Internet jako szereg lokalnych gett wzbudza we mnie przerażenie. To ocenzurowane klatki.
Pierwsze miejsce w dostępie do internetu ma w Europie Rosja[1] (a ósme na świecie). Polska wlecze się w ogonie — ósme czy dziesiąte (nie dowiesz się tego dokładnie nawet w internecie) miejsce od końca w Europie. Polska ma najgorszej jakości łącza[2] i to hamuje dostęp do internetu. Zatem „dzieci sieci” w Polsce to wszyscy ci, którzy korzystają z komputera z internetem. Potencjalnym „dzieciom sieci” polskie złej jakości łącza po prostu uniemożliwiają życie z internetem, i obarczanie ich winą za „analogowość” jest nadużyciem merytorycznym. Podziału na pokolenia nie można wiązać w Polsce z dostępem do internetu, ponieważ wiąże się ono z czymś zupełnie innym. Na tym się chwilowo zatrzymam, a przypomnę, że to na przełomie lat 70. i 80. wojsko oddało internet cywilom, a najpierw naukowcom. To cywile stworzyli internet, i to jaki. Musimy o tym pamiętać.
Pokoleniowość. Poznęcam się nad tym.
Nie ma nic gorszego, niż zrywanie ciągłości kulturowej, o czym mówił niemiecki filozof Gellner. W Polsce kilkakrotnie zrywano ciągłość kulturową, a to skutkuje przekonaniem doroślejących dzieci, że cywilizację, kulturę zaczynają od zera, odsyłając do lamusa przestarzałych rodziców jako masę, nie dostrzegając wśród nich ani jednej osobowości, ani jednego czynnego talentu. W Polsce po upadku PRL przekreślono miniony okres, jakby go nie było i powrócono w myśleniu do przedwojnia, i był to ogromny krok wstecz, wrzucający internetowych wnuków i prawnuków prosto w ramiona przedwojennych dziadków, w ich mentalność. Przywrócę co nieco z czasów dziadków i rodziców z PRL.
Informatyki zaczęto nauczać w liceach i na uczelniach jeszcze w PRL, w końcówce lat sześćdziesiątych i w latach siedemdziesiątych. Komputery były wielkie jak cysterny, i nasze, i te światowe. Udoskonalali je dziadkowie i rodzice, i u nas, w PRL, i w świecie. W świecie śmielej, rzecz jasna, ponieważ tam je lepiej finansowano. W Polsce pierwszy komputer zbudowali dziadkowie w roku 1958. Do internetu podłączono Polskę w roku 1991. Wkrótce dziadkowie i rodzice wskoczyli w internet i już z niego nie wyszli. Dzisiejsi dziadkowie mieli wtedy po czterdzieści lat, a rodzice po dwadzieścia. Komputer szybko stawał się dla nich narzędziem pracy i komunikacji. Pod określenie Czerskiego „My, dzieci sieci” podciągam wszystkich wchodzących w świat poprzez internet od roku 1991. Zgadzam się na wszystko, co mówi, ale nie na ten podział — my, „dzieci sieci” i wy, „rodzice analogowi”, ci gorsi. Równie gładko wymówię „my i my”, i podobnie manifestacyjnie uzasadnię prawomocność tego połączenia. Witaj, Piotrze, w tym samym świecie dzieci i rodziców sieci, ale w kraju z najgorszymi łączami. Jeśli już ktoś u nas jest wsteczny, to rządzący, którzy nie dbają o nowoczesne łącza.
Ja wiem, że autor podziału na „dzieci sieci” i wapniaczy lamus tłumaczył się w wywiadzie, że tylko taki podział może wywołać dyskusję „na tak” i „na nie”. Ależ kiedy dzielimy się na nas i na was, to feudalizujemy stan rzeczy. My gramotni, nowocześni, wy analfabeci, przedpotopowi. Podział taki nie ma żadnego związku z życiem. Nie gwarantuje też rzetelnej dyskusji, wszak dyskusja to nie jest proste „za” i „przeciw”. Dyskusja nie stanowi opowiedzenia się, lecz dogłębnie rozważa problem, jak najkorzystniej rozwiązując go dla bardzo wielu, a nigdy dla strony uważającej się za potężniejszą, zwykle wpływowej i z przekonaniem o jedynie słusznej racji. Moje „my i my” rzecz ustawia pokojowo, nikogo nie dzieli i nikogo nie wywyższa ze względu na wiek.
Autor tłumaczy się, że w Polsce obowiązuje wiara w pokoleniowość, że i on musiał ująć rzecz pokoleniowo, bo to Polska. Nie musiał. Wiara w pokoleniowość to komunistyczna wiara. My, dzieci, „przyjdziem i starych zmieciem”? Aż Lenin się kłania i rewolucja bolszewicka.
Tak to jest, kiedy się zrywa kulturową ciągłość i depcze rodziców, bo oni z innej bajki, a zarazem powraca do bolszewickich nastrojów dziadków i to jeszcze nie naszych. To nie internet, to paskudny real. Zużył się, a trwa. Lepiej pamiętać o babkach i prababkach informatyki.
W rzeczywistości pokolenie ma znaczenie socjologiczne. Pokolenie stwarza się co trzydzieści lat. Jeśli zaś przeniesiemy to pojęcie na kulturę, literaturę czy na internet, to nabiera ono wtedy charakteru nomenklaturowego, a Polska ogranicza pokolenie do młodości — w Polsce pokolenia tworzy się na siłę i w pośpiechu wyłącznie z tych, co właśnie osiągają wiek młodzieńczy. My, młodzi, to paniska, a wy, starzy, to tylko poddani, niemal analfabeci. A przecież dane pokolenie to osoby od noworodków po starców. Kolosalnym nieporozumieniem w Polsce jest to ciągłe utożsamianie pokolenia z „nami, młodymi”, zwłaszcza w kulturze, literaturze; ta bańka pęka szybko. Młodość to jedynie etap wiekowy w danym pokoleniu. Życie to proces, i twórczość to proces, i nauka to proces, i wynalazki to proces, i mentalność to proces. Stereotyp pokoleniowości tworzy jeszcze jedno kółko, znieruchomiałe w nadanej raz na zawsze cesze, w jedynej mentalności danej godziny, roku, pięciu lat. A potem co? Potem spadajcie powiedzą „nowi”, boście już starzy. Że się zmieniliście? Że piszecie arcydzieła? Ależ my już tworzymy „nowe pokolenie”, samych młodych i już znieruchomiałych w danej cesze, i tak dalej, i tak w kółko. Ograniczenie pokolenia do „młodych” stwarza sytuację jak po wojnie — jutro ci młodzi będą starzy, czyli wybici. Dość już tego martyrologicznego „pola chwały”, pochodzącego z zamierzchłego realu. W istocie ten polski mechanizm nie pozwala młodym rozwinąć skrzydeł, dojrzewać, stawać się wynalazcami i twórcami w pełnej skali. Pokolenie jest marnowane na wstępie przez własne ograniczające postulaty.
I co więcej: jeśli ciągniemy na siłę lokalną polską wiarę w siłę pokoleniowości, w siłę nowego pokolenia, tworzonego już prawie co roku, i to na podstawie jednej cechy, z reguły marginalnej lub lansowanej dla draki, „aby się tylko coś działo”, to nie mówimy nic nowego, to jesteśmy konformistami, to powtarzamy coś, co nam dawno temu wymyślili dziadkowie, a dziadkowie nie zawsze mieli rację, czyli wychodzi na to, że niektóre „dzieci sieci” to dziadkowie. Dziecko sieci, autor eseju, Piotr, to dziadek? Nie. Przez ten nieszczęsny polski podział — nieco tak. Pamiętajmy o babkach i prababkach informatyki. Będzie milej, po ludzku i światowo.
Najwyższa pora rzetelnie przeciąć więź z głupio gadającym dziadkiem i posłuchać dziadka mądrego. Mądrym naszym dziadkiem był na przykład analogowy Brzozowski.
Coś nowego nie zdarza się samoistnie w młodym nowym pokoleniu, lecz w relacjach z dojrzałymi, ze starcami. Rozmowa we własnym kółku, gdy nastąpiło zerwanie kulturowej ciągłości, nie była i nie będzie kulturotwórcza. Kultura to proces, a każde zerwanie ciągłości skutkuje tak zwanym wyważaniem otwartych drzwi przez „młodych gniewnych”, i cała ta gniewność staje się szybko pękającą bańką, i tylko rozśmiesza żyjących dłużej. Zresztą młodzi dawno przestali być gniewnymi i wolą płynąć z prądem i na powierzchni. Nie są rewolucyjni. Tak jest w realu w linii generalnej.
Podział na pokolenia w kulturze poprzez wyniesienie jednej jakiejś cechy sprawia, że całe pokolenie wcale się z tą jedną cechą nie identyfikuje, ale ma zamknięte usta — w realu, bo w internecie już nie.
Treści do tej naszej nowoczesnej maszyny wkładają ludzie w różnym wieku, nie tylko młodzi. Nie możemy pchać w nią przejrzałego stereotypu pokoleniowości! Tak, ale przecież wokół nowoczesnej maszyny słychać szczęk starej broni, szabelek. I to samo dźwięczy w sieci. Tyle tam starych demonów, kulturowych przeżytków, pełno przedpotopowego antyfeminizmu, antysemityzmu, narodowych fobii, megalomanii narodowej — i u młodych, i u starych.
Dzisiaj internet to podstawa wszelkich koniecznych kontaktów, a komputer to główne narzędzie pracy. Tej podstawy pozbawieni są bezdomni, których w Polsce nikt nie liczy, nawet w internecie, no i ci, których Polska wciąż pozbawia łączy.
W sytuacji braku dobrych łączy podział na „dzieci sieci” i „rodziców” bez komputera uważam za bezpodstawnie wynoszący pierwszą ze stron tego podziału.
Obecnie internet skutecznie likwiduje podział pokoleniowy i to jest całkowicie nowe zjawisko, związane z wynalazkiem nowej maszyny. Jednak w korzystaniu z internetu przez osoby młode i dojrzałe, dodam — i stare, jest różnica zasadnicza. Młodzi zbyt często uzależniają się od internetu, od gier, od anonimowości, od paplania godzinami z kimś tam, tak samo paplającym, od ślęczenia przy monitorze w poszukiwaniu prawdziwych informacji, podczas gdy dla starszych to tylko strata czasu — oni poszukują treści istotnych, kontaktu z wolną sferą kultury, i znajdują to, ponieważ jest jeszcze w nich żywy mechanizm błyskawicy — zmysł oddzielania ziarna od plew, i żywy zmysł sceptycyzmu, a podobne osoby dostarczają im przez internet poszukiwanych treści. Nie pragną sensacji, ponieważ są dojrzali, i nie zachowują się jak nuworysze. Są zaskoczeni, że wolność w internecie ogranicza się na ogół do wymiany światopoglądów politycznych, ale to na powierzchni. Prawica i lewica uprawiają boks bez zasad. Awantury, pomówienia, obecne w życiu, wędrują swobodnie do nowoczesnej maszyny. Umożliwia to anonimowość, ale także imienna zachłanność niezliczonych autokreacji. Dojrzała osoba jest tym zniesmaczona. Myślący młodzi też zresztą czują ten sam niesmak. Mogę inaczej ująć rzecz: jedni internauci poszukują treści istotnych i sami je tworzą, inni traktują nową maszynę jako rozrywkę, nie wnosząc do niej nic, i nie zależy to od wieku. Są dojrzewający (myślący) młodzi i dziecinniejący (bezmyślni) starzy. Jest powierzchnia w internecie (pozór wolności), i są też istotne głębie (wolnomyślicielstwo, sztuka).
Ludziom dojrzałym, z nieutraconym jeszcze zmysłem percepcji dzieła klasy światowej, a także myślącym młodym, nabywającym cechę sceptycyzmu (tę cechę nabywa się w procesie dojrzewania intelektualnego), internet wydaje się największym skarbem naszej epoki.
Poszukują tekstów Sloderdijka i znajdują je. Poszukują tekstów Chomsky’ego i znajdują je. Ignorują całkowicie muzykę łomotu. Moja młodsza córka określiła te łomotliwą popkulturową sieczkę następującymi słowami: inna taka sama. Rzeczywiście. Muzyka „inna taka sama”. W ten sam sposób możemy określić sensacyjne wiadomości: inne takie same. Szczególnie główne portale internetowe lubują się w podawaniu wiadomości „innych takich samych” i polecaniu książeczek „innych takich samych”. Powielają nasze telewizje, zdegradowane do bełkotu, łomotu i rechotu.
Kulturotwórcze okazały się moje Zajazdy do Naraju, o czym wspomniałam na początku. Iluż tu przybyło młodych ludzi, złaknionych rozmowy istotnej, kontaktu z dojrzałymi, z talentami, z rówieśnikami spoza pokoleniowej szufladki przedpotopowych dziadków. Tu jest zabawa, tu jest rozmowa (międzypokoleniowa), tu jest dobry tekst, tu jest radość życia. Spotkanie umożliwił nam internetowy portal społecznościowy: fb[3]. Wielka rzecz.
Utrata przeżywania odświętności obcowania człowieka z człowiekiem, a także obcowania z dziełem wielkiej rangi, jest krokiem wstecz. Pogrąża nas w szarości, zanikają nam uczucia, a kontakt z dziełem nabiera jedynego znaczenia: brzęczenia przy uchu. Coś tam sobie brzęczy. Jakaś muzyczka, jakiś wierszyk. Po co się wsłuchiwać? Nadprodukcja muzyczki i wierszyków, natłok informacji, nieumiejętność wsłuchania się, zatrzymania kadru. Mamy taką degenerację.
Młodzi, którzy przybyli do mego Naraju za sprawą fb, nie identyfikują się ani z pokoleniem JPII, ani z pokoleniem dresiarzy, ani z pokoleniem porno, ani z „dziećmi sieci” w sensie nomenklaturowym (my i wy). Wymieniam jedną po drugiej cechy jakoby pokoleniowe, szybko nadawane przez nasze media po upadku komuny. Pokolenie powołano, i już. Że nie całe? Że tylko margines? A kogo to obchodzi. My się tym szufladkowaniem bawimy. My. Kto? Kilku wodzów w starym stylu i w różnym wieku.
Jeśli kontakt z dziełem rangi światowej, możliwy tylko przez internet, miałby być płatny, to dostęp do internetu musiałby być darmowy (i nie tylko w stolicy czy kilku gminach), inaczej pozbawilibyśmy najcenniejszego odbiorcę prawa do obcowania z osobowościami i dziełem wielkim. Odbiorca ten należy do pauperyzowanej warstwy inteligenta, intelektualisty, osobowości właśnie. Bez takich ludzi, bez tych twórców i tych odbiorców, świat nie będzie istniał. Będzie koszmarem automatycznych ludzików, bezrefleksyjnych, uległych, stadnych, zmanipulowanych, wiecznie niedojrzałych, awanturujących się, i pędzących po prawdziwych trupach do pieniędzy i sławy. Młodzi, czy dojrzali, czy starzy, znajdujący się w intelektualnym oporze wobec medialnego ogłupiania, wolni, złaknieni wolności, zatem będziemy poszukiwać Naraju. Podobny Naraj stworzył Kusturica na Bałkanach. Można poczytać o tym w internecie. I o moim Naraju również. Z pomocą internetu stworzyliśmy katakumby raju w realu. Gdyby internet nie umożliwiał cywilnych twórczych spotkań w realu, to byłby jedynie zamkniętym martwym pudłem, nadal należącym do armii. Pudłem niebezpiecznym wszakże, bo pozbawionym kontroli przez kulturotwórczych cywilów.
Mamy epokę internetu, ale mamy też obok i wokół różnych wodzów w dawnym stylu, których drażni internetowa wolność, obecność w nim osobowości, dzieł rangi światowej, a także istotnej rozmowy, a taka zdarza się, choćby na portalu Racjonalista czy u filozofów. Między bajki należy włożyć troskę o prawa autorskie, głoszoną przez tych wodzów w starym stylu, otaczających nowoczesną maszynę z internetem! Nie będę tu streszczać ACTA, każdy to czytał i każdy wie, że toto powstało tajnie. Mętny to dokument, jakoby dbający o ochronę własności intelektualnej i zapobiegający piractwu utworów, ale to nieprawda. Chodzi o to, że ci wodzowie w starym stylu nie zniosą aż takiej dawki wolności, jaką umożliwia internet. Wodzowie w starym stylu obecnie należą do różnych pokoleń. Bardzo wielu to młode byki ze starymi nawykami dziadków: zakneblować, spętać, ujarzmić, usadzić, ocenzurować. Nie da się ujarzmić internetu za pomocą cenzury, choćby ci wodzowie nieustannie tego próbowali, mnożąc w mętnych ustawach swoją troskę o ochronę własności intelektualnej. Internet to wolność, która polega na tym, że każdego można skrytykować: i ministra, i radnego, i prezydenta, a rządzący to wciąż wodzowie w starym stylu, pragnący nietykalności. Wolność obecnie przeniosła się do internetu, wraz z prawem do mówienia mądrze i głupio, ale przede wszystkim do krytycznego mówienia o tych, o których chcemy tak mówić i mamy ważkie powody. W ACTA ani słowa nie ma o pisarzach. Mętnie tam się mówi o utracie zysków przez zespoły muzyczne, rzekomo przez wydania pirackie ich utworów. Gołym okiem widzę, że chodzi o zyski wytwórni, a nie autorów. Sami autorzy, artyści, cieszą się z popularności swoich dzieł, jakkolwiek to się dzieje. Mechanizm tu jest następujący: im bardziej jakiś utwór spodobał mi się w internecie, tym bardziej pragnę mieć go na stałe w trwalszej czy też poręczniejszej postaci, jako książkę papierową, jako e-book, jako krążek z muzyką. Ta poręczniejsza postać dzieła może być przy mnie wieczorem, kiedy idę spać. Mogę wtedy jeszcze coś dobrego przeczytać, a przy uchu mieć ulubioną muzykę. Wodzowie w starym stylu, manipulujący poprzez ACTA, nie biorą pod uwagę mechanizmów rzeczywistych, a zresztą odbiorca ich nie obchodzi. Marzenie o zamianie wolnego internetu w zamkniętą dla „postronnych” folwarczność osiada i będzie osiadało w grównie mnożących się królów Ubu. W kraju z najgorszymi łączami w Europie nasz Ubu już marzy o tym, aby internetowi nie dzielili się z nieinternetowymi tym, co znaleźli w internecie! Nazywa to piractwem, złodziejstwem, nielegalnością.
Trudno dziś sobie wyobrazić siedzącego na ulicy przy łóżku handlarza, oferującego pirackie kopie muzyki z internetu! To nie te czasy! Każdy, kto słucha zespołów, wgranych w internet, sam ma internet i nie potrzebuje nagrań pirackich. Dzielenie się zaś internetowych z nieinternetowymi w kraju z najgorszymi łączami w Europie jest: dzieleniem się: jest dzieleniem się. Myślenie z okresu handlu łóżkowego śmieszy internautów, tylko zarazem są oni przerażeni tym, że jakiś królik Ubu będzie im odcinał internet, bo czegoś „nielegalnego” wysłuchali czy coś „nielegalnego” obejrzeli i przeczytali, i tym się z nieinternetowymi podzielili. Internetowy kontakt z kulturą jest: kontaktem z kulturą: jest kontaktem z kulturą.
Brzydzić człowieka kultury może jedynie legalne szcz…nie i sr…nie na ulicy (przepraszam za wulgaryzmy) oraz szmira, promowana w realu przez wydawców. Każdy budujący kontakt z kulturą jest legalny.
Kontakt z internetem jest kontaktem z czymś, co nazwałam w jednym ze szkiców trzecim ciałem.
No więc w tym trzecim ciele są ścieżki mądre, istotne, i ścieżki głupie, obleśne, śmietnikowe. Najważniejsza sprawa to to, że są tam osobowości i ich istotne treści. Reszta jest, bo jest. I niech sobie będzie, bo sfera wolności ma to do siebie, że zawiera treści, wypowiedzi, mniemania bardzo różne. Internet zatem to nie wyrocznia. Nazwałam go trzecim ciałem, ale nie jest on osobą, nie jest autorytetem, nie jest prawdziwym życiem. Zbyt łatwo można natrafić na zmanipulowane obrazy, na pośpiesznie klecone sensacyjne niusy, poprawiane następnie przez kilka miesięcy albo i lat na jeszcze bardziej sensacyjne. Obok tego śmietnika istnieją jednak wielkie treści, wielkie animacje, wielkie utwory muzyczne i ich wielkie wykonania.
Osobliwy internetowy narząd to miliony blogów. Każdy chce zaistnieć. Każdy coś tam pisze. Jednym z naprawdę istotnych blogów w Polsce to Minimalbooks Piotra Siweckiego. Na Minimalbooksie spotykają się ludzie pióra z Polski i USA. Ten blog pełni rolę portalu literackiego, pisma, dużej, rosnącej książki. Piotr Siwecki, znakomity prozaik, stworzył coś niesłychanego: nie tylko internetowe pismo, ale i rozwijające się wydawnictwo. Tak mogło się stać, ponieważ prowadzenie bloga jest darmowe. Jak dobrze. Oby ten stan trwał jak najdłużej. Co ja mówię. To musi trwać jak dotąd. Minimalbooks jest wysmakowany, pełen stylu, eksperymentu i znakomitych form. Dobrze. Dzieło literackie to styl, forma, eksperyment. Inaczej nie będzie nigdy.
Piotr Siwecki tworzy dostęp do nietuzinkowej kultury. Ten blog-pismo-wydawnictwo to polski skarb.
Elfriede Jelinek po tym, jak otrzymała nagrodę Nobla, nową książkę opublikowała na swoim blogu, zawiedziona wydawcami, a wydawcy, nie tylko w Polsce, zawodzą na całej linii: zmuszają autorów do produkcji rynkowych produkcyjniaków, nie odkrywają arcydzieł, nie promują talentów. Sprzyjają średniakom i tak zwanej lepszej grafomanii, a także zrzynkom ze starych mistrzów.
Tylko internet bardzo często pomaga dzisiaj arcydziełu dotrzeć do czytelnika, choćby poprzez minimalbooks czy blog Elfriede Jelinek — i poprzez dzielenie się zachwycającą treścią z nieinternetowymi w takim kraju, jak Polska.
To samo zrobił Coelho: umieścił swoje teksty na The Pirate Bay; przypomnę jego motto: „Ściągajcie za darmo, a jeśli Wam się spodoba, kupcie w księgarni”. Coelho zna mechanizm: kupujemy.
Oczywiście miejsca w internecie, gdzie autor sam się publikuje, to także raj dla grafomanów. Tak to się spotkali wybitny autor z grafomanem w nowej pięknej utopii, internecie. Niezależni wybitni autorzy muszą zostać wyłuskani spośród stadionów grafomanów. Ja to robię, zbierając cięgi w sieci i w realu od wodzów w starym stylu, których pełno i wśród krytyków, i w kampusach.
Skorzystałam z wzoru Jelinek i umieściłam całe swoje niektóre książki o wyczerpanym nakładzie na swoim blogu. Dostęp do moich książek jest utrudniony, szybko wyczerpują się ich nakłady, na ich temat powstają prace doktorskie i magisterskie, więc mój krok był koniecznością i w Polsce na szczęście ludzie kampusowi to ludzie internetowi, to „dzieci sieci”, bez względu na wiek.
W Słowacji (kraj ze złymi łączami) powstał system Piano, który wprowadza się też u nas. Chodzi o płatny dostęp do treści „wartościowych”, jak to określają pomysłodawcy — duzi wydawcy, koncerny.
Myślący dobrze wiedzą, że za opłatą nie znajdą treści bardziej wartościowych, ponieważ te treści nadal będą wytwarzać ci, którzy sprowadzili na dno papierowe gazety. I wcale nie chodzi im o dostarczanie treści wartościowych, tylko o zarobienie kupy forsy na naiwnych, którzy zresztą dadzą się oszukać tylko raz. W Piano też się nie mówi o pisarzach. Mówi się wyłącznie o zyskach wydawców. Nie będą mieli takich zysków, o jakich marzą.
Wodzowie w starym stylu będą usiłowali wciąż na nowo grzebać w internecie. My, cywile z internetu, przez nas tworzonego, będziemy to odczuwali jako najazd starego: armii.
Armia to koncerny, pragnące zysku, zysku. Uwłaszczyć się na „niczyim internecie” — oto pragnienie wodzów starego stylu, i w byłych demoludach, i wszędzie. Zdaje się, że najbardziej przytomne i sprzyjające internautom będzie tu jednak USA, ponieważ tam sprzeciw traktuje się poważnie i sam sprzeciw to moc. Okazało się, że polski sprzeciw wobec ACTA również miał moc.
Żadne Piano, żadne ACTA i ich mutacje nie przejdą u internautów. Nie są przyszłościowe, ponieważ wiążą ręce tym, którzy tworzą internet: cywilom z pasją kulturotwórczą. Cywilom, którzy dzielą się z innymi swymi odkryciami w dziedzinie kultury, czy to plastyki, czy literatury, czy teatru.
W podobnym tonie mówi o tym Eryk Mistewicz na Wykopie w szkicu pt. Piano, piano nad tą trumną. Dzieło istnieje po to, aby dzielić się wrażeniem. Informacja istnieje po to, aby się nią podzielić, omówić. Don Graham, wydawca „The Washington Post”, określił systemy w stylu Piano jako całkowicie wsteczne, jako relikt minionych epok, z ciągotami do kneblowania, podsłuchów, śledzenia, ukrócenia obiegu informacji. W USA wydawcy rezygnują z płatnych treści, którymi nikt nie może się podzielić. Najwięcej pożytku dla ludzi jako istot społecznych przynoszą portale społecznościowe. Tu istnieje rozmowa istotna i istotne kontakty oraz dzielenie się odkryciami z dziedziny kultury. Dzieło musi mieć licznych odbiorców, po to jest, po to powstało. O dziele trzeba mówić, trzeba polecać znajomym, trzeba uzasadnić, dlaczego. Mistewicz zauważa, że Piano ukrywa liczbę osób korzystających z płatnego dostępu do „wartościowych” treści, a skoro tak, to nie jest ich tak dużo, jak sobie czy internautom Piano wmawia. W USA też nie było zysków z płatnego dostępu do „wartościowych” treści, ponieważ doszło jedynie do przeniesienia z realu w internet tradycyjnie ogłupiających treści, to jest skomercjalizowanych. Komercjalizacja treści oznacza manipulację. Zmusza się autorów do utraty niezależności.
Czy każdą informację znajdziemy w internecie? Nie. Nie od razu, chyba że ją ktoś szybko wstawi, zdobywszy gdzie indziej (jak zawsze).
Jak powiedziałam: internet to teksty, informacje, pochodzące od ludzi, a nie od rozumnej maszyny. Ludzie jak to ludzie. Jedni rzetelnie informują, inni manipulują, ubarwiają, konfabulują, czerpiąc wzory z telewizji.
Podstawa jednak jest następująca: internet tworzymy my, ludzie wolni, cywile.
Napotka nasz opór, kto zechce raz kolejny pójść na wojnę z nami.
W znakomitym eseju Pogarda mas Peter Sloderdijk porusza temat bardzo nośny. Media promują cynizm, lansują głupawe hasła w rodzaju: „teraz nie ma talentów, a warsztatu każdy może się nauczyć”. Każdy? Każdy może śpiewać mezzosopranem w wielkiej operze? Wszystkie te hasła kierowane są rzekomo w stronę mas w trosce o ich dobro — każdy może śpiewać, każdy może pisać, próbujcie, tłoczcie się na castingach, może się uda. W rzeczywistości owe „masy” pogardzają pisarzami bez talentu i śpiewakami bez słuchu, a media pogardzają „tłumem”, „masą”. Nie ma żadnych „mas”, nie ma „tłumu”.
Są ludzie, których stać na odwagę mówienia, i są milczący analfabeci kulturowi i tchórze.
W internecie nie istnieją „masy”, nie istnieje „tłum”. Istnieją tu: wypowiedzi. Wielka rzecz. Wypowiedzi rzecz jasna bywają przemyślane i jak najszybsze — byle się wykrzyczeć, ale nie zmienia to postaci rzeczy: tu nie ryczy tłum, tu nie ma masy. Nikt nie określa internautów słowami: masa, tłum.
Poetami internetu są programiści. To są najcudowniejsze „dzieci sieci”. Fb powstał dzięki Zuckerbergowi, natychmiast zaatakowanemu przez zawistnych. Tu akurat starzy zawistni chcieli pożreć cudowne „dziecko sieci”. Pokoleniowość zawirusowała jak widać także niektórych dziadków (i rodziców) świata. Zuckerberg marzył o „stworzeniu świata otwartego i połączonego” i to mu się udało. Oczywiście został przechwycony przez świat biznesu i był szkalowany przez zawistnych, że jakoby od początku marzył o staniu się milionerem. Ależ nie. Mechanizm twórczy, czy to będzie pisanie, czy co innego, działa na całkowicie innej, bardzo prostej zasadzie: piszę, tworzę, a pieniądze przyjdą lub nie. Twórcze życie to odwaga podejmowania ryzyka.
Przyszłością internetu są następcy Zuckerberga i takie kobiety, jak Anita Borg, Shafi Goldwasser czy Joy Radia Perlman (nazywana „Matką internetu”). Nie do nich będzie się kierowała „pogarda mas”. Będą uwielbiani, ale nie przez „masy”, tylko przez osoby, które zechcą się podzielić z innymi istotną treścią, odkrytą w internecie i poza internetem.
Jeszcze mamy wolność: internet. Ta nasza piękna utopia dzieje się naprawdę. Łączy ludzi w różnym wieku. Umożliwia kontakt z kulturą, z filozofami i kulturotwórcze kontakty w realu. Przywołuje do porządku wodzów w różnym wieku, ale starego chowu. Pełni budującą rolę cywilizacyjną. Suchej nitki nie zostawia na kiepskich książkach i tandetnych filmach. Ta nasza piękna polska utopia ma najgorsze w Europie łącza.
Czy przypadek Jelinek — ja, noblistka, sama jestem wydawczynią mojej książki na moim blogu (z © oczywiście) — choć trochę ucywilizował wydawców, oczekujących produkcyjniaków rynkowych i zrzynek ze starych mistrzów?
Jeden taki przypadek jednak cywilizuje choć jednego wydawcę. O tym też można poczytać w internecie.
Natomiast w realu (na styku internet-real) bywa obrzydliwie. Internet służy złodziejom dzieła jako rezerwuar łupów, cudzych, często genialnych pomysłów. I wcale nie chodzi o „piractwo” muzyki. Chodzi o bezkarne plagiaty na przykład rysunków satyrycznych. W to nie jest zaangażowane ani ACTA, ani Piano, CETA czy „Czysty Internet”.
Zdumiewa mnie moc frazesów w różnych cenzorskich projektach, typu ACTA, PIANO, CETA czy wreszcie „Legalna kultura” wołająca o korzystanie z „legalnych źródeł” kultury, bo w ten sposób „pomagamy kulturze”. Nie. Nie pomagamy. Kulturze pomagamy poprzez wyławianie ogromnych niezależnych talentów. Źródłem kultury jest wyłącznie ogromny niezależny talent. Taki talent w „legalnych źródłach”, typu wydawca, reklama, telewizja, gazeta — nie istnieje! Jest tu duszony, poniewierany, przemilczany. To o co chodzi z tym wołaniem? No właśnie. Chodzi o to, żeby w internecie było jak w telewizji? Głupio, nudno i z podłożonym rechotem?
Internet musi pozostać różnorodnością. Musi w nim być miejsce na dotyk arcydzieła, czy też wybitnego dzieła, i krytykę szmiry. Tego nie dają pozainternetowe media, nastawione wyłącznie na zysk, ani wydawcy, nastawieni na zysk, ani autorzy, produkujący „rynkowe produkcyjniaki”, nastawieni na zysk. Zysk odbiorcy z dzieła to zysk przede wszystkim duchowy, intelektualny i jest to spotkanie wolnych z wolnymi. To wolni tworzą dla wolnych.
Prawdziwe pokolenie „dzieci sieci” dopiero nadejdzie za dwa-trzy pokolenia w rozumieniu właściwym, socjologicznym (powtórzę: nowe pokolenie powstaje co trzydzieści lat) i będzie to pokolenie o zmienionej psychice, któremu wystarczy internetowy wygląd słowika i listka, czy całej przyrody. Jednak ostaną się biegający wśród przyrody i fotografujący ją, wszak przyroda sama nie wbiegnie do internetu. To absolutnie nowe pokolenie „dzieci sieci” będzie miało zmienione dłonie — już dziś nasze palce, biegające po klawiaturze, przypominają palce pianistów: dłonie smukleją. Ekrany dotykowe jeszcze bardziej zmienią dłonie: zmuszone działać na małej powierzchni, inaczej ukształtują ścięgna i mięśnie. To pokolenie na pozór tylko będzie mniej zaangażowane w życiu w realu. Będzie mniej biegać po urzędach, ale wpływ na real będzie miało ogromny: wzrośnie interwencyjność w sprawach obrony praw człowieka, wolności, jakości życia.
Internet stanie się naprawdę dodatkowym wymiarem. Uczeni już dziś skłonni są określać internet „buddystyczną nirwaną”. Lekkie kliknięcie — i już jesteśmy we śnie. Śnimy świat jako globalną wioskę. Cały świat mamy w zasięgu naszego palca. Możemy być wszędzie.
Postępem jest to, że komputer z internetem stał się osobistym medium. (Przypadek charakterystyczny: Jelinek, Coelho, mój, minimalbooks Piotra Siweckiego, i wielu podobnych).
Postępem jest to, że internet likwiduje jedyną centralną słuszność. Każdy cenzor Ubu-podobny pozostanie śmiesznostką epoki. Postępem jest socjalizująca rola portali społecznościowych. Postępem są blogi, odważnie i niezależnie komentujące real.
Internet z chwilą przekazania go przez armie cywilom stał się nowym etapem w rozwoju człowieka: zamiast programów kierowania bomb z USA do ZSRR i odwrotnie, mamy cywilne programy kulturotwórcze.
Złą rzeczą jest przybieranie dowolnych masek w internecie, kradzieże pieniędzy z banków, porno-pedofilia, stalking, pospolite myślenie na blogach, niewykraczające poza tzw. powszechne mniemanie, z dodatkami, typu: stereotypy płciowe, szowinizm, rasizm, faszyzm; uzależnienie od internetu, od gier, wymagające leczenia psychiatrycznego. Jeszcze gorsza rzecz, ale okołointernetowa: wodzowie starego typu w różnych projektach ACTA czy CETA, rzekomo w walce z terroryzmem chcą obarczyć internautów odpowiedzialnością zbiorową za… No właśnie, za co?
Prawdziwe pokolenie „dzieci sieci” dopiero nadejdzie, kiedy wszędzie będą dobre łącza. Wtedy to te prawdziwe „dzieci sieci” poczują znudzenie nowym medium i wymyślą jeszcze nowsze. Ufam temu jeszcze nieistniejącemu pokoleniu, że okaże się ludzkie, informatyczne, ale i humanistyczne, twórcze, kulturotwórcze, wolne.
Uwagi końcowe: komputer z dostępem do internetu staje się nowym medium dopiero wtedy, kiedy przestaje być jedynie rozrywką, zabawką, i kiedy nie ułatwia nam jedynie zakupów czy płacenia rachunków.
Komputer z internetem staje się medium dopiero wtedy, kiedy staje się nośnikiem wartościowej kultury. Jest już takim nośnikiem. Jeszcze jest.
Przestanie być medium, jeśli — tak jak w realu (telewizja, gazety, wydawcy) — udusi niezależnych twórców, ingerując w tekst — wymagając komercji, zamiast treści.
Intelektualista nigdy nie potwierdza systemu, w którym jest.
Internauci wzbogacają myślą i sztuką system, który daje im miejsce: internet.
Prawa autorskie mają chronić autora przede wszystkim przed plagiatem. Nie powinno być naruszaniem praw autorskich rozpowszechnianie utworu, bez ingerencji w jego treść, jeśli utwór został już opublikowany lub jeśli sam autor tego sobie życzy w stosunku do utworu niepublikowanego. Każdy rodzaj rozpowszechniania utworu odbywa się z korzyścią dla utworu, a zatem i autora, jeśli treść utworu pozostaje nienaruszona i opatrzona nazwiskiem rzeczywistego autora. Zyski koncernów wydawniczych autora nie obchodzą, ale obchodzi autora honorarium. Koncerny wydawnicze obecnie nie dzielą się zyskiem. Wydawcy dopuszczają plagiat dla zysku — niemiecki przypadek Hagemann.
Zrzyna uchodzi za inspirację — sprzyja temu procederowi hasło złodzieja, rozpowszechniane w realu: „teraz nie ma oryginału”. To jest tak bałamutne, tak ośmielające złodzieja, że prawa autorskie muszą wziąć to pod uwagę: samo hasło należy uznać za przestępstwo wzywania do naruszenia dóbr osobistych. Inspiracje możemy czerpać jedynie z dzieł rozpoznawalnych, jasno wskazując na autora oryginału. Prawa autorskie nie mogą uderzać w autorów, sprzyjać obdzieraniu ich z ich dzieła w myśl złodziejskiej zasady: „teraz nie ma oryginału”. Zanika zasada cytatu i przytaczania nazwiska autora pierwowzoru. Ileż to razy tak mnie złupiono. Nie mamy dobrych prawników, broniących autorów w takiej sytuacji, i złodziej łatwo się wyłga, że się „tylko zainspirował”. Ale ja mogę opisać to na moim blogu i to jest już dużo. Mamy autorskie prawa osobiste, nierozerwalnie wiążące autora z dziełem, ale cóż one znaczą w sytuacji dozwolonego w realu łupienia autora z jego dzieła pod hasłem: „teraz nie ma oryginału”?!
W kulturze obecnie poza internetem nastąpiło rozbicie feudalne: szczelne kółka, skupione wokół feudała, traktują inne kółka, skupione wokół innych feudałów, jako śmiertelnych wrogów i jedne drugim zamykają drzwi do mediów. Ratunek przynosi internet.
Katarzyna Szymielewicz w internetowym artykule podsumowuje jednym ważkim zdaniem feudałów z ACTA czy CETA, które walczą z niekomercyjnym wykorzystaniem utworów, chronionych prawem autorskim, niszcząc kulturę.
Niekomercyjne wykorzystanie utworu to zachwyt nad nim, to czytanie czyichś wierszy do drugiej w nocy, to dzielenie się z innymi tym wielkim utworem, który odkryliśmy, nie zaś utrzymywanie go w ścisłej tajemnicy. To także wola autora: udostępniam mój utwór. Każdy wielki utwór wędruje, wędrował i będzie wędrował od osoby do osoby, z języka do języka. To jest prawdziwe niekomercyjne życie utworu. Żaden feudał tego nie powstrzyma.
Internauci mówią prawdę, bo chcą. I kłamią, bo chcą. W internecie nie istnieje przymus kłamstwa, a w realu i innych mediach — tak. W internecie jest miejsce ma mówienie prawdy, a w realu i innych mediach — nie. Inne media i real to miejsca dla propagandy, manipulacji. Inne media funkcjonują na zasadzie: tu my, nadajnik, a tam wy, milcząca masa. Internet jako mnogość centrów z prawem do głosu unicestwia ten współczesny feudalizm czy też totalitaryzm i poddaje go krytyce.
Jeśli internet stanie się medium jak inne, narzucające scentralizowaną opinię i miks wiadomości (końcowy bełt z przypudrowanych i osłodzonych różności), internauci porzucą go, jeśli, rzecz jasna, próby zachowania jego status quo zawiodą.



Przypisy

  1. Według danych z Wikipedii, Rosja zajmuje 2. miejsce w Europie (po Niemczech) i 7. na świecie: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_number_of_Internet_users; dostęp 14.12.2012. Red. WL.
  2. Dane wg https://pl.wikipedia.org/wiki/Internet_w_Polsce, za: http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,8532658,Trudno_o_dostep_niskie_predkosci_Internet_w_Polsce.html, dostęp do obu stron 19.12.2012.
  3. www.facebook.com