Melancholiczne dumania

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Melancholiczne dumania
Pochodzenie „Kolce“, 1877, nr 4
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1877
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MELANCHOLICZNE DUMANIA.





I.

Na niebie były chmury, ołowiane, — czarne,
W powietrzu mgły tumany leniwie się wlokły,
Pod latarnią gazową, jak widmo cmentarne
Stał jakiś człek, pijany, zziębnięty i zmokły;
A naprzeciwko w oknach światła gorejące
Z po za szyb kryształowych migotały drżące.

II.

Dźwięki orkiestry brzmiały w oświetlonej sali,
Przez szyby widać było tańczących kontury
Płynące niby duchy po powietrznej fali...
Pijak spoglądał na nie smutny i ponury
I myśląc że tam radość i wesele gości,
Poszedł utopić w wódce robaka zazdrości.

III.

Niech idzie — my nie wstąpim za nim do tawerny,
Lecz wejdziem do salonu, w którym lśni posadzka...
Na rozscież nam podwoje otwiera odźwierny,
Widzimy jak w mazurze pląsa młodzież chwacka.
Bukiet piękności sieje przecudowne blaski....
I ozdabia wdziękami karnawał warszawski.

IV.

O szczęśliwa młodzieży! szalej, pókiś młoda,
Póki ci szron siwizny włosów nie przypruszy,
Póki cię wabi dziewczę świeże jak jagoda
I póki mową oczów przemawia do duszy...
Bo gdy ci piąty krzyżyk zegnie kark do ziemi
Będziesz nucić godzinki z żalami gorzkiemi.

V.

Ta piękna blondyneczka z okiem promienistem
Co wachlarzem z piór pawich białe czoło chłodzi...
Rzuca w koło salonu wejrzeniem ognistem
I mnóstwo innych spojrzeń po za sobą wodzi,
Ta bez walki wojuje, bez miecza zwycięża
I jednego z swych jeńców zamieni na męża...

VI.

Szczęśliwy niewolniku! wszakże ta dziewica
Co ci jakby niebiańskim wydaje się duchem,
Nietylko swym powabem szczerze cię zachwyca,
Ale i złotym także okuwa łańcuchem,
Bo papa tej serc męzkich potężnej władczyni
Posiada gotowiznę w ogniotrwałej skrzyni.

VII.

Schyl że kark pod to jarzmo ciężkie ale wdzięczne
I raduj się jak baran co mu rogi złocą...
A przez układność zgrabną i ukłony zręczne
Wkradaj się w serce papy — zdobądź je przemocą...
A obok żony ślicznej młodej i powabnej,
Przepędzisz sobie żywot prawdziwie jedwabny.

VIII.

A ty znów czarnooka, rozkwitła jak róża,
Twa pierś jak z alabastru, wznosi się jak fala,
Strzeż się aby w twem sercu nie zawrzała burza
I od spojrzeń ognistych chciej się trzymać zdala...
Boś biedna... a z uczuciem połączona bieda,
Nigdy ci w życiu szczęścia prawdziwego nie da.

IX.

Bo i cóż ci ztąd przyjdzie, gdy w lichej sukience,
Jak jaskółka gniazdeczko, zamieszkasz poddasze?
Gdy mąż twój pocałunkiem ogrzeje ci ręce
I wskazując na serce — powie — „to jest nasze.“
I cóż ci z tego szczęścia... co ci z ideału
Gdy garnek żąda mięsa... a komin opału?

X.

Widziałem cię w ogrodzie, samotną nad księgą,
Jak ze łzami czytałaś poematu zwrotki,
Twój włos kruczy pąsową był ujęty wstęgą,
Obok ciebie leżały róże i stokrotki
Księżyc wspaniały... jasny... wszedł już na obłoki
A tyś jeszcze w zadumie siedziała głębokiej.

XI.

Wtenczas tyś się zbliżyła z cudnych marzeń światem,
I w roskosznych dumaniach zatonęłaś słodko,
A życie było dla cię jakby poematem,
W którym twoje uczucie najpiękniejszą zwrotką,
Dumka jakaś jak obłok przeszła po twem czole
Aż doszedł cię głos mamy „herbata na stole.“

XII.

Herbata! pomyślałaś — czemuż ta herbata?
Mam porzucić mój ogród dla bułeczki z masłem?
Pfe! jaka czarna proza... a jednak dla świata
Ta proza jest najpierwszem, najgłówniejszem hasłem...
I dziewczę co w marzenia i dumki zapada,
Dla prozy, sercem młodem uszczęśliwi dziada.

XIII.

Jeśli kto nie ma zębów, kupi u dentysty;
Marzyć wygodniej zawsze na miękkim fotelu,
A nad wszelką poezję milszy dochód czysty
Co prowadzi do szczęścia i do marzeń celu,
I to jest karnawału wielką filozofją
Abyś za bogatego wyszła panno Zofjo.

XIV.

Karnawał salonowy — a tam gdzie najludniej,
Na pochyłych uliczkach naszego powiśla,
Piszcząca katarynka skoczne polki dudni
I kawaler w kapocie piosneczki wymyśla;
A tańczą zamaszyście, aż pot zlewa czoło
Bo i tam jest karnawał i tam jest wesoło.

XV.

Ale dość o zabawach... do poważnych rzeczy,
Przystąpmy jako ludzie starzy i stateczni.
Prassa czyni gwałt taki, jak chór żab gdy skrzeczy,
I subjekcje sobie powiada najgrzeczniej,
Podnosząc całym chórem rozmaitych głosów
Kwestję kręconych włosów i garbatych nosów.

XVI.

Kto tu wygra, kto straci w tej domowej wojnie,
Trudno dzisiaj powiedzieć i oznaczyć z góry?
My jako humoryści siedzimy spokojnie,
Kiedy poważni bracia idą na pazury...
I w historji polemik notujem z pociechą
Że najpiękniej spór cały prowadziło „Echo.“

XVII.

Zacny ten nowy dziennik, długi i szeroki,
A drukowany pięknie aż czytać ochota,
Treścią zacną i formą ma wypchane boki
Mieści echa z zaścianka i echa z zapłota,
A w ostatnich numerach w swych myślach z ustronia
Wyćwiczył donżuana, jak osła lub konia.

XVIII.

Niwa, poważna Niwa, organ co ma: wąsy,
Filozofów — statystów — bankierów i szlachtę,
Z Kolcami wystąpiła w polemiczne pląsy
Zapisawszy olbrzymią papierową płachtę,
Że nasz organ niegodzien wejść w dom gdzie są panie
Bo Jackowi Soplicy sprawił kiedyś lanie.

XIX.

Jest to już zapisano dawno w dziejach świata
A nawet stary Homer o tych rzeczach śpiewa,
Że w każdym czynie ludzkim mieści się prywata,
I że od tej słabostki nie jest wolną Niwa.
Cóż dziwnego? Tamberlik czasem z fałszem śpiewał
I wielki Napoleon batalje przegrywał.

XX.

O Niwo! szanujemy bardzo twe zasady,
Przyznajemy, że piszesz dla ludzi z pożytkiem,
Lecz „Kolców“ nie zaczepiaj — słuchaj naszej rady,
Albowiem zawsze ostro odprawimy z kwitkiem...
Nie wychodźcie poważni z nami na turnieje
Bo nasz organ nie walczy — lecz zawsze wyśmieje...

XXI.

Warszawiacy! Wam złota uśmiecha się dola,
Bo oto niezadługo przy święcie w ratuszu
Będzie i maskarada huczna i tombola
I szampan dla rozgrzewki i dla animuszu...
I dziwa nad dziwami w sali i w bufecie
I jednem słowem wszystko czego tylko chcecie.

XXII.

Na tej tomboli będą niesłychane cuda,
Bo za marną złotówkę wygrać będzie można
Jeżeli los dopisze i jeśli się uda
Serwis porcelanowy — pieczeń prosto z rożna,
Paczkę szpilek, zapałkę lub mebli garnitur,
Więc poprobujcie szczęścia... ad astra sic itur.

XXIII.

Najmilsi, niech to szczęście sprzyja wszystkim wiernie,
Co figurują u nas w liście abonentów,
Niech ich hojna fortuna obsypie niezmiernie;
Nie szczędząc kapitałów, ani też procentów,
I niechaj ci z wygranych na owej tomboli
Kolosalne majątki dorobią powoli.

XXIV.

Lecz i tombola przecież to tylko zabawa,
A przyrzekliśmy mówić o rzeczach na serjo...
Czy wiecie że już wkrótce nastąpi wystawa
Frywolitek, koronek, sukien z pasmanterją,
Będziemy podziwiali ustawione w rzędzie
Rzeczy, które niewiasta szyje, tka i przędzie...

XXV.

O zoilowie straszni, zajadli krytycy,
Którzy pracy niewieściej nie macie dziś za nic,
Zawstydzą waszą śmiałość w wystawie kobiecej
Damy — których próżniactwo szarpiecie bez granic,
I pokażą wam owe hafty i gipiury
Które tak pięknie robią cnych Warszawian córy...

XXVI.

Oh! bo córy Warszawy, to są śliczne dzieci
Mają swój wdzięk właściwy a nieporównany,
W oczach im niewygasły nigdy ogień świeci
A te oczy zabójcze niosą sercom rany.
Każda z nich strzela spojrzeń ognistemi blaski
I każda ma prawdziwy szyk, istnie Warszawski...

XXVI.

Choć nie są dziećmi barwnych łąk kwiecistych
A mają oczy barwy niezabudek,
Nie znają owych źródeł przezroczystych,
W których wesoły przegląda się dudek.
Lecz każda rośnie i kwitnie jak róża
W wilgotnej stancji ciemnej od podwórza.

XXVIII.

Chociaż w ich mowie są warszawskie błędy
Lecz i w tych błędach jest urok nie lada,
Gramatykalne porzuciwszy względy,
Przyjemnie słyszeć gdy dziewczę powiada,
Że saska kiępa i gięś z trawką w dziobie
Ku przyjemności służą i ozdobie...

XXIX.

O warszawianki! gdy pyzaty chłopiec
Przyjedzie tutaj z cichego zaścianka,
Tak go natychmiast potraficie opiec
Że mu z pamięci zniknie wnet bogdanka,
I że się prędzej aż pod ziemię schowa,
Niżeli weźmie żonę z Pacanowa.

XXX.

Kończę dumania ogromnym zakrętem,
Że aż mi szóste z rzędu, pióro pryska,
Kończę go dla was wielkim komplementem,
Żeście przepiękne zdaleka i zbliska
I że ktoś wszedłszy w gazeciarskie szranki
Napisał powieść: „Zęby warszawianki.“

Klemens Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.