Marcowy kawaler/Scena I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bliziński
Tytuł Marcowy kawaler
Podtytuł Krotochwila w jednym akcie
Data wydania 1873
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Teatr wyobraża pokój kawalerski; po prawéj stronie kanapa i stół, po lewéj biurko i zwierciadło stojące — kilka krzeseł. Drzwi główne w głębi, boczne po obu stronach; z lewéj okno.[1]
SCENA I.

HELJODOR (poważny, suchy, łysy, w okularach, siedzi przy biurku i notuje coś, wypisując z małéj książeczki podręcznéj, którą trzyma w ręku) IGNACY (szlachcic opiekły z wąsami, stoi za nim niecierpliwiąc się).
Ignacy (po chwili milczenia).

Pisze i pisze... ani się z nim dogadać... (po chwili) mój Heljodorku, dałbyś, duszko, pokój téj robocie... Będziesz miał dosyć czasu, powróciwszy do Warszawy, toć i tak zebrałeś sporo... zapisałeś parę takich książeczek... (p. c.) Chciałem z tobą pogadać, zasięgnąć twojéj rady...

Heljodor (pisząc).
Zaraz, zaraz...
Ignacy (pochodziwszy, p. c. stając za nim, zniecierpliwiony)

Jak cię życiem kocham, nudny jesteś, jak flaki z olejem.

Heljodor (odwracając się do niego).

Flaki z olejem!... czy to przysłowie używane tu jest przez lud... nie uważałeś?

Ignacy.

A dajże mi święty pokój!... djabli wiedzą... nie zbieram przysłów.

Heljodor.

To bardzo źle robisz... skarby macie pod ręką i marnujecie je.

Ignacy.

I ty dałbyś temu pokój... czy ci się to opłaci?

Heljodor.

Tak jak ty rozumiész, na gotówkę, może i nie... ale jacyście wy materjalni — pfe!

Ignacy.
Wiész, co powiedział wczoraj sędzia, gdy mu chciałem gwałtem przy preferansie wpakować bilet prenumeracyjny na twój opis naszéj okolicy?
Heljodor.

Zapewne, że niema pieniędzy, bo wyście wszyscy tacy.

Ignacy.

Tego nie mógł powiedzieć, bo należało mu się — dwa razy tyle wygranéj.

Heljodor.

Więc cóż?

Ignacy.

Że jako urodzony w téj okolicy, zna ją sto razy lepiéj niż ty, i nic nowego nie dowié się z twojego dzieła.

Heljodor.

Pokazuje się, że pan sędzia bywa czasem dowcipny.

Ignacy.

Miał po części rację, duszeczko... jak cię życiem kocham... (po chwili podnosząc go gwałtem) mój drogi, przerwij to pisanie, proszę cię, i poświęć mnie kilka chwil... przecie jesteś moim kolegą szkolnym, przyjacielem... (ciągnie go na środek).

Heljodor.
O cóż chodzi?
Ignacy (obejrzawszy się, po chwili ściskając jego ręce).

Słuchajno, powiedz mi... tak otwarcie... jak ci się zdaje... jak ty to uważasz?

Heljodor.

Co takiego? (dobywa cygarnicy).

Ignacy.

Nic nie wié! mówię o moich zamiarach matrymonjalnych.

Heljodor.

Z twoją sąsiadką, tą wdówką z Topolina?

Ignacy.

Ehę!

Heljodor.

Panią Klotyldą?

Ignacy.

No, naturalnie.

Heljodor (zapaliwszy papieros).

Na nic się nie zdało.

Ignacy.
A to dla czego?
Heljodor.

Co ci to potem.

Ignacy (obruszony).

Jakto, co mi potém?

Heljodor.

Za stary już jesteś, za ciężki.

Ignacy.

Ale bredzisz, duszeczko, jak cię życiem kocham... przecie wiész, że mam dopiéro czterdziesty... czwarty.

Heljodor.

Czterdzieści sześć podobno.

Ignacy.

Ale nie, czterdzieści cztery.

Heljodor.

Czterdzieści sześć, porachuj... rodziłeś się w roku tysiąc...

Ignacy (prędko).

No, czterdzieści pięć...

Heljodor.
Tak, czterdzieści pięć skończyłeś, więcéj jak przed pół rokiem...
Ignacy.

A chociażby tak było, to przyznasz, że wdowa dwudziestokilkoletnia, jest nader stosowną dla mnie partją... kilkanaście lat różnicy...

Heljodor.

Jest w sam raz... przeciwko temu nie mam nic.

Ignacy.

Więc o cóż ci chodzi?

Heljodor.

Twój sposób życia, nałogi starokawalerskie, którym się mimowoli poddałeś, sprawiły, że zestarzałeś się może nad wiek swój, ociężałeś, zgrubiałeś...

Ignacy (mierząc się).

Ale co znowu...

Heljodor.

Mówię pod przenośnią... nie to, żebyś się zaokrąglił zbytecznie... ale wzięcie się, nawyknienia, ruchy ociężałe...

Ignacy.
Jak cię życiem kocham, w przeszły jeszcze karnawał, prowadziłem wszystkie mazury... (robi kilka hołubców).
Heljodor (zawsze poważny).

Tylko ostrożnie...

Ignacy.

Nie obawiaj się... przeskoczyłbym jeszcze dziesięciu waszych warszawskich zdechlaczków.

Heljodor.

Tak ci się zdaje, a jakby przyszło do czego...

Ignacy.

Mój Heljodoreczku, pomówmy duszko bez żartów... przecież przyszłe szczęście kolegi i przyjaciela, powinno cię choć troszeczkę interesować.

Heljodor (ściskając jego rękę z powagą).

Bądź pewny!

Ignacy.

Więc powiedz mi, co ty masz przeciwko pani Klotyldzie?

Heljodor.

Przeciwko niéj nic a nic, tylko przeciwko tobie.

Ignacy.
Przeciwko mnie? śliczny przyjaciel...
Heljodor.

Jako przyjaciel właśnie powiadam ci: zapóźno! to już nie dla nas.

Ignacy.

Proszę cię, nie mieszaj nas pod tym względem, duszeczko..

Heljodor.

No, więc nie dla ciebie... zresztą jeżeliś jeszcze dosyć młody na męża, to z pewnością za stary na konkurenta... (Ignacy chce coś mówić, ale się wstrzymuje i zamyśla) zanadto odwykłeś od świata i towarzystw. Widziałem się razem z twoją panią Klotyldą, i gdybym nie wiedział zkądinąd, nie domyślił bym się wcale, że się masz do niéj... Zapomniałeś już jak się brać do kobiety...

Ignacy (z lekką urazą).

Dobry sobie jesteś, jak cię życiem kocham... ja zapomniałem, jak się brać!... (tajemniczo) a gdybym ci też powiedział, że mam sprzymierzenia w saméj fortecy... co!... czy jeszcze byś utrzymywał, że jéj nie zdobędę?

Heljodor.
Najlepszym sprzymierzeńcem byłby sam dowódzca téj fortecy; ale jakaś tam panna Eulalja, jéj dawna guwernantka...
Ignacy.

Zgadł!

Heljodor.

Czy myślisz, że nie patrzę i nie widzę?.. zrazu nawet sądziłem, że się do niéj bierzesz.

Ignacy.

A niechże cię... to palnął!.. (p. c.) wiész? obiecałem jéj kolczyki brylantowe w razie pomyślnego skutku i jestem pewny, że zrobi mi interes.

Heljodor.

To już najlepszy dowód, jakeś się zestarzał i ociężał... (p. c.) zresztą, jest jeszcze jedna przeszkoda a najważniejsza, chociaż ją może za nic rachujesz... co na to powié Pawłowa?

Ignacy (oglądając się mimowoli).

Co ten plecie! co ten plecie!

Heljodor.

Że ona ciebie zawojowała, to rzecz pewna.

Ignacy.

Ale jak cię życiem kocham... dajże pokój.

Heljodor.
Tak mi się zdaje.
Ignacy.

Trzeba ci wiedziéć, że to jest kobiecisko poczciwe z kościami, gospodyni idealna, a przywiązana do mnie, że nie idzie daléj...

Heljodor.

Tém gorzéj, bo i tyś się do niéj przyzwyczaił, przywiązał.

Ignacy (unosząc się).

Ale bo powiadam ci, że to jest kobieta...

Heljodor.

Nieoszacowana, ja wiem... (dobywając książeczkę) patrz! to wszystko od niéj... jakie przysłowia jędrne... a co pieśni!... saméj téj: (nuci) „parobeczek do niéj, ona mu się broni“... znasz?... podyktowała mi dwadzieścia warjantów.

Ignacy.

Ten znowu swoje... (chodzi).

Heljodor.

Co wszystko nie przeszkadza, że cię prowadzi na pasku.

Ignacy (chodząc).

Ale zabawny jesteś... (po chwili zamyślenia, stając) Słuchajno, powiadasz, że się nie umiem brać... gdyby jéj tak zrobić jaką niespodziankę, siurpryzę...

Heljodor.

Komu?.. Pawłowéj?

Ignacy.

Przestańże z tą Pawłową, proszę cię.

Heljodor.

Więc pani Klotyldzie?

Ignacy.

Jak cię życiem kocham, śliczna myśl... gdyby tak urządzić jakąś partyjkę... coś nakształt podwieczorku...

Heljodor.

Gdzie, tu u ciebie?

Ignacy.

A naturalnie.

Heljodor.

A Pawłowa?

Ignacy.

Jest! (chodzi po scenie; po chwili n. s.) Ma trochę racyi... (p. c. głośno) Mój Heljodorku, moja duszeczko... tyś mój przyjaciel... i jesteś sprytny... o! jesteś sprytny, nie zapieraj się!... powiédz jakby to zrobić?

Heljodor.

Bardzo prosta rzecz; urządzić przejażdżkę... zaprosić panią Klotyldę, zręcznie przywieźć do siebie, a Pawłowéj kazać upiec kurcząt.

Ignacy.

Myślałem, żeś sprytniejszy... (p. c.) to, widzisz, łatwo mówić ale u mnie po kawalersku... służba nie nawykła... zaraz domysły, plotki...

Heljodor.

Jakie plotki?... cóż cię plotki mogą obchodzić... czyż nie myślisz na serjo o tym związku?

Ignacy.

Ale zupełnie na serjo, jak cię życiem kocham.

Heljodor.

Więc gdzież logika?

Ignacy.

Ale co mi tam wyjeżdżasz z logiką!... co innego logika, a co innego moja konkurencja...

Heljodor.
To też właśnie!
Ignacy.

Tylko proszę cię, nie łapże mnie za słówka.

Heljodor.

Więc o cóż ci chodzi?

Ignacy (obejmując go i całując).

Żebyś się tém zajął, moja duszeczko, dam ci zupełne pełnomocnictwo...

Heljodor.

Względem Pawłowéj?

Ignacy.

Aha!... (p. c.) Urządzisz z nią wszystko, wydasz dyspozycje, żeby było dobrze i z szykiem... (oglądając się) bo to widzisz, z nią trzeba jak z jajkiem...

Heljodor.

Z panią Klotyldą?

Ignacy.

Nie dowcipkuj, mój Heljodoreczku...

Heljodor.

Więc z Pawłową?... (Ignacy rusza ramionami) dla czegoż z nią trzeba jak z jajkiem? kazać i kwita

Ignacy (żywo).
To też każ! upoważniam cię.
Heljodor.

A czy usłucha?

Ignacy (j. w.)

To już twoja rzecz.

Heljodor.

Wyborny jesteś... zbałamuciłeś ją, zepsułeś, że ci kołki po głowie ciesze.

Ignacy (obruszony).

Ale jak cię życiem kocham...

Heljodor.

Jeżeli tak ci przychylna, jak powiadasz, to powinno ją cieszyć, że się żenisz z kobietą, do któréj masz przywiązanie...

Ignacy.

Rozumié się, i ja tak sądzę... ale... (żywo) widzisz, ja jestem prędki, łatwo się unoszę... każę jéj zrobić to i owo... jéj się to nie będzie zdawać... (poufnie) bo rzeczywiście, z powodu innych zalet na wiele jéj pozwalam... będzie mi robić uwagi, ja się zniecierpliwię... i... pojmujesz mnie...

Heljodor.
Ale najzupełniéj... boisz jéj się...
Ignacy.

Idźże do djabła... (p. c.) Ja mu mówię w zaufaniu, żądam przyjacielskiéj posługi, a on dowcipkuje...

Heljodor.

Więc cóż mam zrobić?

Ignacy.

Urządzić wszystko tak, żeby było dobrze... moja duszeczko... ty to potrafisz... (p. c. z wahaniem) zresztą, bądź co bądź... gdy się ożenię... ona tu nie będzie mogła zostać... więc, możesz jéj dać do zrozumienia... tak, delikatnie... że jak będzie fochy stroić, nie słuchać co jéj się każe, i wtrącać się w nie swoje rzeczy... to... jednéj chwili wyleci ztąd... u mnie krótko..

Heljodor.

Czyli innemi słowy, nie chcąc się sam poparzyć, mojemi rękoma chcesz wyciągać kasztany z pieca (p. c.) ha! spróbuję...

Ignacy (ponuro).

Zrobisz mi wielką przysługę... (zamyśla się).


Przypisy

  1. Strona prawa i lewa rozumié się od widzów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bliziński.