Małżeństwo (Sieroszewski, 1909)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Małżeństwo
Pochodzenie Małżeństwo. Być albo nie być. Tułacze
Data wydania 1909
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


IX.

Niby zamieć ognista, niby fala słonecznego wodospadu leciał suchy, ostry upał, gnany wichurą. Wymiecione doszczętnie z chmur niebo prężyło wysoko swój wzdęty namiot z błyszczącego szafiru. Nad ziemią rozpalone powietrze wibrowało jak zgorzel niewidzialnego pożaru. Kamienie pałały jak tafle pieca, role i piaski rozsypywały się jak popiół. Żar nieznośny wsiąkał w krew ludzi i zwierząt, susząc ich i paląc na równi z roślinami. Żółkły i zwijały się końce i rąbki liści, trawy szeleściły twardym jesiennym szelestem. Kwiaty zwieszały powarzone kielichy. Zboża łamały się jak szkło, tracąc od lada potrącenia cenne, ciężkie kłosy.
Poczerniały na spiż twarze żeńców, namuliły się ich dłonie. Ciężar wiszącego nad nimi ognistego morza naciskał boleśnie pochylone ich karki, oddech truły im z dołu wyziewy kurzu i spalenizny.
Okoliczni mieszkańcy wszyscy bez wyjątku wylegli na pola i pracowali gorliwie, łowiąc uciekające z wiatrem spokój i przyszłą sytość zimową, zdrowie i wesele swoje i swych rodzin.
Stefana poprostu opętał szał pracy. Drapieżnie rozszerzone jego palce, jak szpony sępie zagłębiały się w gęstwinę zbóż, ściskały ją, podczas gdy w dole z chrzęstem błyskało zimne żelazo. Złote siklawy garści kłosów wzlatały co chwila nad jego głową i, zatoczywszy łuk, opadały łagodnie na bok podtrzymywane sierpem. Tuż, tuż za nim pospieszała Zofia. Lica im płonęły, przyśpieszony oddech targał wzdęte piersi, białe zęby ściskały się mocno, usta rozchylały jak płatki przy grzanych granatów, oczy błyszczały w upojeniu walki...
Gdy nad falującymi się jak płynna miedź łanami, stawali na chwilę wyprostowani obok siebie w przesłonecznionych, drgających od znoju błękitach, gdy wyciągali ku górze nabrzmiałe ramiona, wyglądali w tej spopielonej, suchej dolinie jak dwa jaskrawe, silne kwiaty ludzkie, dwa gorące wytryski krwi żywej, śmigające swobodnie ku górze...
Znowu byli piękni i podziwiali to w rzucanych na się przelotnych spojrzeniach. — Gdy wszakże późno wieczorem wracali do domu, po gorączce pracowitego dnia ogarniało ich tak wielkie znużenie, że przełknąwszy zaledwo wieczerzę, pogrążali się natychmiast w sen kamienny bez widziadeł i pragnień.
— Ale po żniwach wymawiam sobie... dożynki! Dzień świąt! Sen do południa.. Kąpiel w jeziorze... Wyprawa do lasu po jagody... Wieczorem... hulanka! Czy zgoda?!
— A więc... władza ziemi! — szepnęła Zofia.
— Potem... dokończymy sianokos... Zestożymy gotowe kopy... Ogrodzimy je... Ale to już praca o wiele lżejsza i nie tak spieszna... — ciągnął, puszczając mimo uszu uwagę Zofii.
— Potem kopanie kartofli... Potem. Muszę nająć jakuta, żeby mi drugi raz przeorał rolę... W tym roku planuję, że kupujemy na zimę krowę, żeby mały miał świeże mleko... A dopiero na przyszły rok kupimy konia i będziemy zupełnie niezależni od sąsiadów i w oraniu, i w zwożeniu, i w bronowaniu... Słyszysz, Zocha!... Będziemy bogaci!...
Słuchała zarumieniona i zmieszana wspomnieniem o dziecku.
— Owszem!... O ile... nie umrę! W dodatku to będzie w końcu zimy, na wiosnę... — dodała smutno, patrząc przed siebie w dal.
— Po co masz umrzeć?! Tysiące kobiet rodzi w stokroć gorszych warunkach i żyje... Rzadki w warstwach wieśniaczych wypadek... A ty niedługo staniesz się całkiem wiejską babą... Przejrzyj się w lustrze, jak ogorzałaś, jak wyrosły ci piersi i poszerzały biodra...
— Zginęła już bezpowrotnie lilijka! — powtórzyła pieszczotliwe przezwisko, nadawane jej często przez niego.
— Eh! Coś tam nie coś zostało jeszcze! — odparł obrzucając ją zakochanem spojrzeniem.
Zdarzyło się, iż w owe »dożynki« przyszła poczta, przyniosła listy, gazety i miesięczniki. Zofia chętnie zostałaby w domu, aby je choć pobieżnie przerzucić, lecz Stefan pociągnął ją do lasu.
— Doprawdy, Zosieczko, przyjdą długie, jesienne wieczory... będzie czas!... korzystajmy teraz z ciepła i pogody — dowodził.
Chłodna woda jeziora wróciła stężałym ich członkom giętkość a cień i woń lasu dobry humor ich duszom, przyćmionym maluchną niezgodą.
Wrócili z wyprawy wieczorem z śmiejąccmi się oczyma, z ustami czarnemi od jagód, i z krobką brzozową, pełną poziomek i czernicy.
Dowiedzieli się od sąsiadów, że przewieziono dalej na północ znowu jakichś » nucza« i że ci »nucza« dopytywali się po drodze o nich.
— Widzisz widzisz — wyrzucała Stefanowi Zofia, pobladła ze wzruszenia.
— Co widzę? Nic nie widzę! Jacy nucza? Może kryminaliści? Chajlak nucza? — wypytywał się zwarzony Stefan jakutów.
— Ench!... Tak!... Prawda!... Chajlach-nucza ale... panowie!
— Nic się od tych durniów nie dowiemy... Chcesz, to jutro po drodze wstąpimy do Uprawy, aby się dowiedzieć! I odrazu podamy prośbę...
— Lepiej by pójść do Zerowicza, on napewno wie.
— Daleko zbaczać... Nie będziemy mieli czasu...
Nie odpowiedziała i zagłębiła się w gazety. Stefan poił herbatą sąsiadów i wywiadywał się o zbiory siana i urodzaje zboża.
— Dzięki Bogu są... mało-mało!... Nie takie jak twoje ale są! Susły dużo wyjadły...
— A widzicie!...
Wykładał im obszernie swoją teoryę powszechnej walki z susłami i płynące z tego korzyści...
— Ba, kiedy one z sąsiedniego pola przychodzą!...
— Dlatego wszyscy powinni to robić... Wtedy będzie dobrze, wtedy znikną...
— To nigdy nie nastąpi!... Ludzie nie są aniołami! Zadużo od nich wymagasz!... — krytykowali jego suślą utopię.
Pili herbatę, trzymając spodeczki grzecznie na trzech palcach i głośno gryźli cukier sami podobni do susłów.
U okna Zofia do późnego zmierzchu wertowała bibułę i nawet potem u kominka czytała dalej przy rażącym blasku ognia. Daremnie Stefan wzdychał i wołał na nią, żeby się rozbierała. Usnął nagle i nie czuł, kiedy legła koło niego... Obudził go jej płacz...
— Co ci jest?... Chora jesteś?...
— Ty nie masz wyobrażenia, co się tam dzieje! — Noc nieprzebrana, noc przemocy!... My tu wieczność spędzimy... życie całe!...
— Więc cóż, więc cóż!... Zawsze przecie będziemy razem!... — powtarzał bezmyślnie.
Pieścił ją, scałowywał łzy z wilgotnych policzków, z drżących długich rzęs, z rozchylonych chłodnych warg, aż uspokoiła się i ucichła wstrząsana krótkiem jeno dziecinnem chlipaniem. Trzymał rękę swą na bijącem jej sercu, okalał ramieniem jej śliczne toczone biodra ale przytulić się nie śmiał.
Kiedy myślała, że śpi wysunęła się nieznacznie z jego objęć i zarzuciła ręce pod głowę. Ale on nie spał i widział w zielonym rozbrzasku księżycowej nocy, bijącej w okno, że ona leży na wznak z szeroko otwartemi oczyma. Żal i niepokój ścisnął mu serce.
— Nie śpisz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie wiem!
Ostrożnie położył dłoń na jej oczach. Były suche... Pogładził włosy.
— Śpij!... Nie bój się niczego!... Pamiętaj, że masz zawsze koło siebie człowieka, który gotów umrzeć za ciebie...
— Tak ale dziecka nie urodzi za mnie!... Zostać tu pogrzebaną w tej ziemi lodowej, tak daleko od swoich, od ojczyzny!...
— Znowu!
Nic nie odrzekła.
Poświata księżyca, jak wskazówka ogromnego zegaru, posuwała się z ukosa po ścianach i podłodze jurty. Nareszcie buchnęła wprost w okno zielonym, lodowym słupem. Leżeli pod nim bladzi i nieruchomi jak dwoje umarłych.
— Wiesz co, Zochno, popłyniem na wyspę!... Nie uśniemy już pewnie!...
— Czy zaraz?
— Cóż takiego? Dziwi cię to? Przecież widno! Wczoraj jeszcze wszystko przygotowałem do drogi... Na rzece będzie ślicznie!
Zgodziła się i po wypiciu koniecznej tutaj przed każdą wyprawą herbaty, poszli ku rzece przez trupio bielejące rżyska, koło mędli snopów przysiadłych jak śpiące kuropatwy, koło utkanych z światła i cienia czarno-srebrnych gajów modrzewiowych. Utonęli w mrocznych zaroślach wikliny, w których tylko w górze w przecięciu nad dróżką lśniła się cienka nitka fosforycznego światła miesięcznego. Owiał ich surowy chłód wielkiego zbiornika wody i za chwilę stanęli na brzegu mlecznych tumanów zakrywających rzekę. Stefan znikł. Zofia usiadła na wałku pościeli i przysłuchiwała się trwożnie łomotaniu jego kroków, które huczncm echem potoczyło się po wybrzeżu, pluskom i szmerom nurtów, to zbliżającym się, to cichnącym. Wydawało się jej, że samotna śpi nad przepaścią. W górze nad nią płynie poświata i rzadkie gwiazdy migocą na zielonawem niebie. Wokoło omyka ją mur cichych, czarnych zarośli...
Nagle tuż przed nią w mglistym przelocie pojawiła się wysoka czarna postać.
— To ty, Stef? — spytała ze drżeniem.
— Ja. Siadaj!... Łódka gotowa.
— Co za mgła?... Czy aby nie zabłądzimy?
Rozśmiał się.
— Niema obawy. Z zawiązanemi trafiłbym oczyma. Zresztą dalej, gdzie będzie szerzej, wypłynie księżyc!...
Pomknęli, kołysząc się wśród mgieł. Zofia siedziała na przedzie zwrócona twarzą do dzióba łódki. Z tyłu za nią pluskały niewidzialne wiosła, wyrzucając z mlecznych zwierciadeł srebrne iskry, gwiazdy i bryzgi, żłobiąc bruzdy, wiry i kręgi... Miała wrażenie, że płynie pod wodą w mlecznem naczyniu szklanem, że to szeleszczą i bulkoczą pod dziobem statku roztrącone głębokie, mgliste tonie... Wokoło zwieszały się chybotliwe wodorosty, w dali czerniały głębokie, podwodne skały i mielizny...
Nagle wypłynęli na szerokie jasne przestworze... Przyduszone podmuchem wietrzyka tumany słały się tu cienko, nisko nad samem zwierciadłem wody, toczyły się po niem i wraz z niem mieszając swe wiry i loki ze lśniącymi skrętami odmętów. Ciemne nasiąkłe oparami brzegi uciekały chyżo w dal, bladły i zapadały się w wyrastające coraz wyżej gwiezdne niebo. Środkiem szemrzących wód łuszczył się potężny słup księżycowego odbicia i ginął w nieskończoności...
Płynęli wprost tym srebrnym gościńcem. Stefan wiosło położył i czas jakiś niósł ich prąd swobodnie, zawracając nieznacznie czółenko...
Już dniało, już popielaty pobrzask zdmuchiwał z wód i mgieł blask miesięczny; siwiały cienie, bladła czarnota urwistych brzegów i kępisk wiklinowych; długie, twarde jednolite plamy ostrowi rozpękły, porzeźbiły je miękko zatoczki i wyskoki przylądków. Wędrowcy znaleźli się niepostrzeżenie w niebezpiecznych łotokach prądowin... Zmielała odnoga głucho szemrała. Olbrzymi pomost drzew obdartych z liści i kory bielał jak długi stos kości... Ominęli go ostrożnie płynąc ilastą mielizną...
Gdy weszli na swą wyspę blask różowił już wodę i niebo, dalekie chmury nasiąkały złotem... Kopice siana, zmalałe i poczerniałe, drzemały pod szklaną siatką rosy...
Wojłok wyschłych, wyległych traw kołtunił się na niekosach a na pokosach zieleniły się jaskrawe otawy...
Ale nie miały już tyle kwiecia, co trawy dziewicze, i rosa na nich nie grała brylantowymi ogniami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.