Ludzie bezdomni/Cisy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Ludzie bezdomni
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wyd. J. Mortkowicza
Drukarz Towarzystwo Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Cisy.

Zakład kuracyjny »Cisy« leży w dolinie między dwoma łańcuchami wzgórz, porosłych pięknym lasem. Środkiem doliny przepływa strumień, tworzący w samym parku dwa stawy, z których drugi jest motorem maszyn zakładowych. Dokoła stawów ściele się olbrzymi park, łączący się z lasami na wzgórzach sąsiednich. Zakłady kąpielowe (t. j. łazienki, hydropatya, natryski etc.) mieszczą się w gmachu, zwanym, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, »Wincentym«, a stoją nad drugim stawem. Z tej samej strony na wzgórzu świeci się wspaniały kursal, otoczony gajem roślin, klombów kwiatowych, gazonów, trawników, alejek zacisznych i szpalerów. W obrębie parku, tudzież poza nim, przy drogach, dążących w różne strony, a nawet wprost wśród lasu stoją wille. Jedne z nich skupiły się w szereg, jak chaty we wsi, inne szukają samotności i odgradzają się od świata gąszczami ogrodów.
Z drugiej strony stawu, w połowie wyniosłości, królującej nad okolicą, wznosi się pałac i liczne murowane zabudowania dominium Cisy. Jeszcze wyżej za pałacem, na szczycie góry widać kościół z dwiema strzelistemi wieżami, które ukazują się oczom wszędzie, gdziekolwiekby się w okolicy było.
Nazajutrz po przyjeździe dr. Judym składał wizyty, zwiedzał miejscowość, uczył się tajemnic zakładu — i był oszołomiony. Miał tutaj nietylko poznać wszystko z dokładnością przed zaczęciem zbliżającego się sezonu, ale nadto brać udział w rządzie...
Dziś tedy obznajmiał się ze składem chemicznym źródeł, jutro studyował maszyny, wprowadzające wodę do wanien, badał system ksiąg kancelaryjnych, oryentował się w procedurze gospodarczej, w prowadzeniu hotelu i t. d. To tu, to owdzie ukazywały się przed nim całe perspektywy rzeczy, których wcale nie znał, i nikły, przywalone innym szeregiem zjawisk. Nadewszystko interesował go szkielet przedsiębiorstwa, jego budowa materyalna. Zakład leczniczy Cisy był instytucyą akcyjną, o kapitale stałym wysokości blizko trzechkroć stu tysięcy rubli. Spólników było dwudziestu kilku. Ci wybierali z pośród siebie radę zarządzającą, złożoną z prezesa i dwu wiceprezesów, komisyę kontrolującą, również z trzech członków, tudzież dyrektora, administratora i kasyera. Obowiązki prezesa rady zarządzającej pełnił wybitny adwokat, stale mieszkający w Moskwie. Jednym z wiceprezesów był honoris causa wspólnik Leszczykowski, zamieszkały aż w Konstantynopolu, a drugim bogaty przemysłowiec warszawski pan Stark. Dyrektorem był dr. Węglichowski, administratorem Jan Bogusław Krzywosąd Chobrzański, wreszcie kasyerem, oraz szczęśliwym małżonkiem damy, z którą dr. Tomasz podróż odbywał z Warszawy i ojcem swawolnego Dyzia, niejaki pan Listwa.
Sporo czasu upłynęło, nim dr. Tomasz nauczył się historyi tego zakładu, która w Cisach była istotną magistra vitae. Historya, a raczej rozmaite minione historye miały tam wpływ dobitny na bieg spraw codziennych. O ile ją dr. Tomasz mógł poznać z ust wielu, historya zakładu była następująca.
Cisy znane były ze swych wód jeszcze w początkach zeszłego stulecia. Tu i owdzie trafiają się w pamiętnikach wzmianki, że w Cisach leczył się taki a taki dygnitarz. Nie była to jednak miejscowość kuracyjna w szerszem znaczeniu tego wyrazu. Korzystały z wód rozmaite osoby, ale tylko dzięki uprzejmości właściciela dóbr cisowskich, źródła bowiem znajdowały się w parku, otaczającym stary zamek rodowy. Od niepamiętnych czasów majątki te należały do rodziny Niewadzkich. Ostatnio był ich właścicielem mąż owej staruszki, którą Judym poznał w Paryżu. W ciągu siódmego dziesiątka lat tego wieku ów pan Niewadzki wyjechał z kraju. Kiedy powrócił do Cisów, był starcem złamanym i nieuleczalnie chorym. Ogrom cierpień przeżytych zmienił zasadniczo jego poglądy. Główną myślą starca było teraz dobro bliźnich a że sam był chory, więc i uczynki jego miłosierne skierowały się przedewszystkiem do wspomagania ludzi cierpiących. Kąpiele w wodzie ze źródeł w jego parku uznane zostały za skuteczne, więc p. Niewadzki wszystkie siły wytężył w tym celu, żeby urządzić zakład leczniczy w Cisach. Dla przyspieszenia tej sprawy darował projektowanej instytucyi miejscowość, obejmującą kilkadziesiąt morgów przestrzeni wraz z parkiem, źródłem, częścią przyległych lasów i z budynkami, jakie się w obrębie terenu znalazły. Sam stworzył spółkę, do której wciągnął przyjaciół, przeważnie po świecie rozsianych. Największą sumę udziałów wziął stary kolega i towarzysz, kupiec z nad Bosforu, Leszczykowski. Inne rozebrali adwokaci, lekarze, przemysłowcy. Na czele zakładu stał w pierwszych latach dyrektor nieodpowiedni, który usiłował z tej nowo powstającej miejscowości uczynić odrazu kurort europejski. Budowano tedy wspaniałe gmachy i wille, a urządzano je z przepychem, któryby mógł zadowolić najdalej sięgające wymagania. Te ryzykowne eksperymenty popchnęły całe przedsięwzięcie ku ruinie. Do Cisów zjeżdżały z całego kraju, a nawet z daleka familie arystokratyczne dla rozrywki. Zakład usiłował zyskać sobie opinię stacyi letniej europejskiej i urządzał się coraz wykwintniej. W tym czasie zmarł założyciel, Niewadzki. Na posiedzeniu rocznem okazało się, że Cisy nietylko nie dają żadnego dochodu, ale wykazują deficyt. Wobec tego, a głównie, jak to zwykle u nas, wobec ubytku podpory, która tę rzecz dla idei dźwigała, całe przedsięwzięcie chwiać się zaczęło. Wówczas zgłosił się ów handlarz dywanów z Konstantynopola. Wsparł ducha stowarzyszonych, załatał deficyt swoim groszem, otwarcie wymógł na ówczesnym dyrektorze zrzucenie się z tej godności i znalazł nowego, również kolegę swojego i nieboszczyka właściciela, mianowicie dra Węglichowskiego, który bodaj czy nie więcej od dwu pierwszych świata obszedł. Gdy tylko doktór Węglichowski ster wziął w ręce, zaraz rzeczy poszły innym torem. Przedewszystkiem nowy dyrektor zrzekł się prowadzenia części gospodarczej. Mianowano administratorem znowu wspólnego kolegę Krzywosąda Chobrzańskiego.
Następny rok nie był już wcale szeregiem zabaw, tańców, teatrów, wyścigów, gonitw, strzelań do gołębi, polowań etc., lecz istotnym sezonem kuracyjnym. Wzięto się do reorganizacyi łazienek, hotelu itd., słowem do budowania istotnej stacyi leczniczej. Dr. Węglichowski projektował wiele nowych rzeczy i przedstawiał je radzie. Jeżeli się nie zgadzała, pisał list do Leszczykowskiego, a ten bez wahania załatwiał sprawę własnym sumptem. Taka stanęła niepisana umowa.
Stary Leszczykowski był wdowcem. Miał pasierbów greków, którzy go ssali, jak gąbkę. Był to człowiek bogaty. Burza wyrzuciła go na brzeg Bosforu w jednym obdartym surducie i w krypciach bez podeszew. Bywał tragarzem okrętowym, zamiataczem ulic, roznosicielem dzienników europejskich, ajentem w pewnym sklepie francuskim, subjektem, komiwojażerem, a wreszcie właścicielem ogromnych magazynów, handlarzem dywanów, przemysłowcem itd. W trakcie tych zajęć z jego pięknego nazwiska zostały tylko pierwsze trzy litery, możliwe dla wymówienia w handlu persko-turecko-angielsko-francuskim. Sam się, nieborak, zwał starym »Les« i odmieniał ten strzępek przez przypadki. Leszczykowski był synem ubogiego szlachcica z pod Cisów. Już w sławnej szkole wojewódzkiej kieleckiej zbratał się z pankiem Niewadzkim, z Węglichowskim i Krzywosądem. Twarde życie i dziwne jego koleje na zawsze wyrwały go ze strony rodzinnej. Syn rolników od prapradziada Piasta został kupcem. Pracował po kilkanaście godzin na dobę i nigdy sobie nie udzielał świąt, ani wakacyi. Był to nie człowiek ułomny, lecz jakby zbiorowisko sił maszyny stalowej, zuchwałych i niezwalczonych. A przecież ten »M. Les« wśród wielorakich prac swoich dniem i nocą myślał o czem innem. Trzeźwy, chytry handlarz, którego ani ormianin, ani greczyn nie ubiegł w sprycie, którego anglik nie wyprzedził w żelaznej systematyczności, był w głębi duszy marzycielem i ascetą. Sypiał na twardem łóżku, mieszkał w ciasnej izbie, ubierał się byle jak. Pewnę sumę przeznaczał »ssakom« — pasierbom, a resztę słał w różne strony. Co dnia prawie na jego biurku leżał list w »ludzkim« języku, pisany nieraz z dalekich lądów świata. I żaden nie był odrzucony. M. Les był bystry. Nigdy go nie podszedł oszust i nie wyłudził grosza, ale ostatni uczciwy fantasta ciągnął zeń tysiące franków. Najukochańszą wszakże myślą M. Lesa był zakład leczniczy cisowski. Stary, szczwany kramarz śnił wiecznie o przekształceniu swego zakątka, o ucywilizowaniu go jak najwyżej. Gromadził pieniądze, odkładał żelazne sumy, ciułał, jak sknera pewne »ciche kasy« na niesłychane przedsiębiorstwa, jakie założy pod Cisami w swoim Zagórzu i okolicy, gdy tylko wróci...
»Ciche kasy« brał pierwszy lepszy inżynier, jadący na studya, malarz, potrzebujący Paryża, lekarz, technik (zawsze wynalazca in spe), wreszcie inny jaki. I znowu zaczynały się specyalne operacye w celu napełnienia próżni. Tak płynęły lata. Gdy Niewadzki ufundował zakład leczniczy w Cisach, który, rzecz prosta, nie mógł pozostać bez dodatniego wpływu na los okolicy, stary Leszczykowski mruknął: trzeba to wspierać. I wspierał po swojemu, ze swoją już nie żelazną, ale stalową wytrwałością i ze swem dziecięcem zaufaniem.
W kilka dni po przyjeździe do Cisów doktór Judym otrzymał z Konstantynopola ogromny list. W piśmie tem stary emigrant rekomendował się młodemu lekarzowi i zawierał z nim znajomość. List pisany był straszną polszczyzną. Plątały się tam wyrazy angielskie, francuskie, greckie, bułgarskie, a częstokroć stały dźwięki zagadkowe, prawdopodobnie tureckie, czy perskie. Wewnątrz była gabinetowa fotografia starego Lesa. Ten list i fotografia dziwnie się dopełniały. Zdawało się, że spojrzenie oczu mówi to wszystko, co się w słowach zawrzeć nie mogło, czego język wyłamany w służbie pieniędzy oddać nie miał siły. Trudno było wzrok oderwać od chudej twarzy i od ciemnych, wlepionych w patrzącego oczu. Silnie sklepione czoło, nos wystający i wązkie usta miały w sobie piętno rezygnacyi, niezłomności i uporu. Judym przeczytał kilkakrotnie ten list cudaczny i dziwnie przyzwyczaił się do jego stylu, jakby go uznał nietylko za zjawisko normalne, ale nawet za konieczne. W zdaniach, powtarzających się to tu, to tam, opisywał się ten człowiek daleki, a tak przecie mocny, że zdawał się chodzić po miejscach, o których w liście mówił. Znał w Cisach wszystko od a do z. Zwracał uwagę młodego lekarza na drobiazgi, których ten wcale jeszcze nie dostrzegł. W końcu listu była prośba o fotografię i częste, bardzo częste listy.
»Kocham, pisał M. Les, młodych, bo oni śmiało biorą się do pracy. Ludzie to są zwykle lazy, wiesz pan doktór, jak Anglik powie. A ja nie cierpię! Człowiek nasz, Polak, coś zrobi i wnet się zestarzeje. Poto pracuje, żeby nic nie robić. Wtedy, jak nie nie robi, korzysta z pracy młodego, jego krew pije i jego ramieniem się podpiera tego młodego, a sam udaje, że to jego jest labour. Nie tak robi Anglik. On wiecznie idzie! Forward! Do końca życia. A nie może już nastarczyć, to nie leży innym na drodze, idzie na świeżą trawkę, do spacerowania. Wtedy młody na jego miejsce przychodzi i od tego miejsca rozpoczyna, gdzie tamten stanął. A my to jeszcze wierzymy w kismet, jak Turcy. Kiedy przecie wszystko leży tu! Wszystko można zrobić! Gdybym ja był jeszcze młody, jabym wszystko zrobił. Mnie się zdaje, że my będziemy razem się wspierali, mój panie doktór Judym...«
Od chwili ujęcia steru przez doktora Węglichowskiego i administracyi przez Krzywosąda upłynęło lat kilkanaście. Cisy stały się zakładem uczęszczanym, renomowanym, znanym powszechnie. Osobą wielce wpływową był administrator Krzywosąd Chobrzański. Był to stary kawaler, przystojny, wysokiego wzrostu i pięknej figury. Nosił długie, spuszczone w dół wąsy, które zarówno jak resztki włosów na skroniach czernił tanią farbą, wskutek czego miały kolor zielonkawo szary. Ubierał się prawie zawsze w długie buty, szerokie hajdawery i coś w rodzaju czamarki. Człowiek ten przeszedł Europę wzdłuż i wpoprzek. Mówił chyba wszystkimi językami indo-europejskimi, a przynajmniej chętnie wygłaszał słowa w najrozmaitszych dyalektach, — i wszystko prawie umiał. Jeżeli była mowa o chemii, wtrącał się do takiej rozmowy częstokroć trafnie. Jeżeli kto zaczął dyskurs o malarstwie, rzeźbie, literaturze, kucharstwie, złotnictwie, rymarstwie, podrabianiu obrazów, handlu starożytnościami, krawiectwie, szewstwie, płatnerstwie, a przedewszystkiem o wszelkiego rodzaju mechanice, Krzywosąd z każdej z tych dziedzin zdradzał zapas wiadomości fachowych. Nie dość na tem: znajomość każdego z tych kunsztów umiał czynem potwierdzić. Na wigilię on sam gotował zupę i przyrządzał ryby. Wprawdzie zupa była oryginalna, bo jeśli ją przesolił w sposób żołnierski, to dla złagodzenia ostrości smaku sypał do wazy funt cukru. Wszystkie siodła w zakładzie były jego roboty, a raczej jego przeróbki. Jeżeli jakieś stadło zaręczało się lub pobierało w ciągu sezonu, Krzywosąd wypraszał sobie te łaskę, żeby on mógł robić obrączki. W całych Cisach pełno było dzieł jego. Sam reparował wszelkie maszynerye, murował z mularzami, rąbał i piłował z cieślami, heblował i malował ze stolarzem, kopał z ogrodnikiem.
Dyrektor Węglichowski miał zegarek emaliowany, dar Krzywosąda i jego dzieło. Tak przynajmniej świadczył podpis wydrapany na kopercie tego zegarka jakimś ostrym rylcem: »J. B. Krzywosąd de Chobrzanowice Chobrzański eques polonus fecit Lutetiae Parisiorum. Anno Domini 1868«. W sieni kursalu stał zegar szafkowy, grający na żądanie, za pociągnięciem sznurka ucieszną aryjkę. Zegar ten był jakoby rozbity i odbudowany przez Krzywosąda na podziw.
W czytelni zakładowej stało jego arcydzieło, t. zw. Groupe allegorique. Był to stolik, na którym sklejone kamienie, kryształki, ułamki porcelanowe, szkła, korale i t. p. tworzyły jakieś niby wirchy, jeziora, pieczary. Z głębi tych pieczar miał wychodzić na pogodę zakonnik, ale, co prawda, nigdy nie wychodził. Szczyt zdobiły rozmaite alegoryczne figurki, kogutki, żołnierzyki, chorągiewki, wieńce cierniowe, a w środku siedział biały ptak ze szkła w rodzaju gęsi, z czarnemi oczami, co mu nadawało pozór, jakby był w okularach. W sali do gry w karty stał inny majstersztyk Krzywosąda. Była nim szafa starożytna, kością wykładana z okuciem tak przecie misternem, że aż się słabo robiło. Na górnym gzemsie tego mebla widniała data, utrwalona zapomocą inkrustacyi: »A. D. 1527«. Rzecz prosta, że administrator był tylko odnowicielem tego zabytku wieków minionych, aczkolwiek złośliwi twierdzili, że był właśnie twórcą nietylko szafy, inkrustacyi i okucia, ale także owej daty na szczycie.
J. B. Krzywosąd Chobrzański znalazł się w Europie w tym samym czasie, co M. Les. Kiedy jednak drugi udał się na wschód, Krzywosąd poszedł na zachód. Faktycznie poszedł własnemi nogami przez Śląsk, Czechy, Bawaryę do Francyi. Tułał się w Paryżu, Londynie, Brkselli, zarabiając na chleb, czem się dało. W Paryżu był retuszerem u podrzędnego fotografa na rue Picpus. Do Londynu zwabił go kolega, który tam uczepił się w fabryce broni. Krzywosąd pracował przez czas pewien, jako zwyczajny robotnik, nabrał, jak mówiono, wiele wprawy w fachu rusznikarskim. Łatwiej wszakże było przyzwyczaić do tej roboty, ręce, niż wdrożyć szlacheckiego ducha. Uciuławszy nieco grosza, Chobrzański wraca na kontynent i wędruje do Brukselli. Nie znaczy to wcale, że był próżniakiem. Ani trochę! Umiał on wstać o świcie, dzień spędzić bez wytchnienia przy twardej pracy i późno w nocy skłonić głowę na nędznem posłaniu. Chodził w zniszczonej odzieży, a gotów był i tę oddać biedniejszemu, byleby o tem ludzie wiedzieli. Gdy ktokolwiek zgłosił się do niego o wsparcie, o pożyczkę, każdemu jej udzielił, ale chciał, żeby też i jemu wyświadczono to i owo dla zasług. Od warsztatu w Londynie odepchnęła go jakaś siła niewytłómaczona, żądza czegoś lepszego. Krzywosąd nie myślał ani o spokojnem życiu, ani o wielkiem bogactwie, choć lubił dostatek. Wśród najcięższych kolei losu dążył zawsze do sławy, do wyniesienia się, do znaczenia, do wpływu i rozgłosu wśród swoich. Chętnie podjąłby trud bohaterski byleby tylko nie stawał się jarzmem codziennem, pracą, obowiązującą jego tak samo, jak wszystkich, ordynarną i stałą. Mimo to był przez czas dość długi kasyerem w pewnej dystrybucyi brukselskiej. Przywykał już nawet do tego zajęcia, gdy grono kolegów, koczujące w Monachium, dało znak życia. Monachium, które widział w przejeździe do Paryża, podobało mu się niezmiernie. Ruszył tedy do »Mnichowa«. Znalazł tam całą kolonię. Byli to malarze, studenci, artyści wszelkiego kalibru, rzemieślnicy i sieroty bezdomne »die unglücklichen Polen«. Wrzało tam jak w ulu. Toczyły się spory, tworzyły stronnictwa, partye, odbywały zgromadzenia, sądy, a nawet bójki. Chobrzański wszedł, rzecz prosta, do jednego ze stronnictw i wkrótce objął tam dowództwo. Był to kierownik energiczny. Zaprowadził w swojej partyi taki ład, że częstokroć wykonanie przepisów kończyło się w biurze policyi. Adwersarzy, których trafnie nazywał »ptakami, plwającymi we własne gniazdo«, zwalczał ręką tak żelazną, że mu grożono wybiciem szyb i skóry. Gdy własnego mieszkania nie miał, groźby redukowały się do nastawania na całość skóry, co znowu umiał odeprzeć krzyżową sztuką, zażywając sękatego kija. Wnet po przyjeździe, nim trafiły się późniejsze roboty, pozował malarzom. Jego piękna twarz, pełna dziwnego wyrazu melancholii, dumy i hardości pociągała artystów. Zyskał sobie opinię ciekawej głowy i znany był dość szeroko, jako »unglückliche Pole«. Z czasem ta ściśle etnograficzna nomenklatura przeistoczyła się w mniej określoną: »unglückliche Fratze mit vielen Consonanten«, ale też wówczas Krzywosąd tylko swojej braci pozował i to nie inaczej, jak na koniu. Stosunki z malarzami pchnęły go do całkowicie innej dziedziny. Naród malarski, zmieniający miejsce pobytu, niedbały, dziś tarzający się w złocie, a jutro głodu blizki, stał się źródłem zarobków Krzywosąda. Oto, dajmy na to, wyjeżdża jakiś malarzyna w górę, opuszcza Monachium i dąży w świat szeroki. »Wójt« kupuje od niego za byle co, albo poprostu dziedziczy sprzęty artystyczne, stare ubiory, nieraz jakieś połamane zbroje, draperye, niedokończone studya, szkice, rysunki, a choćby potłuczone ramy. Dla innego trzeba zreparować stylowe siodło, zeszyć kostyum, naprawić mebel, skleić jakiś zabytek. Krzywosąd brał to wszystko w ręce i robił. Raz dobrze, drugi raz źle, ale robił. Przypatrywał się dziwnym procesom tworzenia, podsłuchiwał dyskusye, badał ów ogromny kraj, państwo malarza, i zdobywał encyklopedyczne wykształcenie w zakresie antykwarsko-graciarsko-rzemieślniczo-artystycznym. Jeżeli czego nie umiał zrobić, to przynajmniej wiedział, jak się to robi. Gdyby i tu wytknął mu kto brak stanowczości, to w każdym razie nie mógł zaprzeczyć, że o istnieniu całego mnóstwa rzeczy zupełnie obcych przeciętnemu zjadaczowi chleba, Krzywosąd potrafił gadać. Z czasem w dużej izbie na Schwantaler-Strasse mieścił się dziwaczny zakład. Były tam i narzędzia stolarza i warsztat ślusarski, tygle, retorty, kupy ram, flaszki z różnobarwnymi płynami, skóry, żelastwa. Na ścianach wisiały szkice i obrazy, częstokroć dzieła sztuki, pseudo-perskie dywany, przeróżne kawałki oręża i zbroi. Po upływie lat kilkunastu spędzonych w Monachium, Krzywosąd wyszedł na fabrykanta starożytności. Czasami udało mu się zlepić z ułamków, według istniejącego wzoru, jakąś podobiznę starożytnego sprzętu, czy mebla i odstąpić to antykwaryuszowi, wymyć zczerniałe malowidło, kupione za byle co, i puścić w świat, jako »szkołę« włoską, czy »holenderską«. Szczególniejszą miłością »wójta« cieszył się styl gotycki. Krzywosąd widział ten styl wszędzie, tam nawet gdzie był inny. Szczytem pochwały w jego ustach było słowo: — gotyk! Stąd zbiory jego zawierały tyle rzeczy śpiczastych. Wszystko, co tylko miało kształt ostrołuku, zasługiwało na uwagę, a więc: żelazne ozdoby sztachet, klucze, okucia drzwi, lichtarze chłopskie z okolic jeziora Bodeńskiego, klamerki u pasków, ramy i t. d., nie mówiąc już o istotnych ułamkach gotyku.
U Krzywosąda zbierały się nieraz rozmaite grupy burszów i artystów. Stary wąsal częstował tę młódź lekkomyślną niesłychaną szpagatówką »swego chowu«, serem, który sam wyrabiał i suchym chlebem, którego jeśli sam nie piekł, to przynajmniej osobiście archaizował w swych bezdennych szafach do stanu spleśnienia na kolor biały. W drodze szczególnej łaski pozwalał wówczas byle komu zbliżać się do »broni«, rozwieszonej na ścianach, oraz wywłóczył skądś, ze spodu stare, zagwazdane rysunki i z wyrazem zupełnej niedbałości, jakby obwieszczał rzecz najobojętniejszą w świecie, mówił, wskazując palcem ten lub ów bohomaz:
— Piotr Paweł Rubens...
Albo:
— Szkoła bolońska... Trzeci okres Gwido Reniego...
Po rysunkach takich mistrzów zaczynała się prezentacya innych zbiorów, jak naprzykład, książeczki p. t.: »Priapeia«, w oprawie białej, z cielęcej skórki. Książeczka ta była w kilku miejscach przebita na wylot. Kiedy zapytywano, co znaczą te rozdarcia, Krzywosąd objaśniał, że to było ulubione dziełko Karola XII-go, które wszakże służyło mu nieraz za cel do strzałów z pistoletu. Była tam również laska Seweryna Goszczyńskiego, zwana czasami laską Wincentego Pola. Był sztylet Beniowskiego, wysadzony muszelkami, — mundur oficera z czasów księstwa warszawskiego, dopełniony przez Krzywosąda w ten sposób, że spłowiałe wypustki zastąpione zostały innym, mniej więcej zbliżonym kolorem, a guziki i szlify odpowiednimi guzikami i szlifami uniformu piechoty francuskiej z czasów Napoleona III. Za szkłem wisiał żupanik atłasowy ześcibany z niepasujących do siebie kawałków, — stał dziwny, pokruszony sprzęcik, zwany »apteczką Stanisława Augusta«, leżała faja z terrakoty na zgiętym cybuchu, zwana »fajką Stefana Batorego« i t. d.
Nie wszystkim jednak i nie zawsze »wójt« pokazywał swe zbiory. Było, naprzykład, kilku ludzi wśród młodej kolonii, którzy go irytowali i wpędzali w zły humor. Jeden z takich, zetknąwszy się z antykwaryuszem, zaraz po stereotypowem pytaniu o zdrowie, dodawał:
— A cóż Van-Dyck’i, jakże tam? W robocie, co? No, i jakże, udają się?
Drugi wymoczek udawał głuptasa, i kiedy Krzywosąd pokazywał zbiory, wtrącał ślamazarne pytanie:
— A ja gdzieś czytałem, tylko nie pamiętam w jakiem dziele, że Szczerbiec, miecz Bolesławowski, to podobno jest w pańskich rękach, tylko pan unika o tem rozgłosu, żeby go panu stańczycy przez nastawionych zbirów nie wykradli. Namby go pan mógł pokazać... Złożylibyśmy przysięgę, że ani mru-mru...
Miał jednak Krzywosąd i swych wielbicieli. Tym pokazywał wydobyte z dna inkrustowanej szafy kawałki haftowanej materyi i zapewniał, że jest to urywek szaty, której druga część znajduje się w Cluny, — jakąś miniaturkę w zczerniałej ramce... O tym obrazku szeptem i z mruganiem mówił, że jest przez pewnego handlarza ukradziony z Brery w Medyolanie...
Gdy zarząd Cisów przeszedł w ręce doktora Węglichowskiego, Krzywosąd począł się przed M. Lesem uskarżać w listach na tęsknotę i pisywał te listy tak często, że to wnet uderzyło chytrego kupca. M.Les mruknął do siebie:
— Ta zielona małpa coś knuje.
Miał on dziwną predylekcyę do Krzywosąda. Bardzo często kupował jego bezcenne antyki, jego Rubensy i Ruysdael’e, buławy hetmańskie i pamiątki autentyczne po królach. Składał to wszystko w pewnym zielonym kufrze i nazywał go »gabinetem zielonej małpy«.
Nareszcie pewnego razu Krzywosąd wyznał w liście, że ma zamiar wracać. M. Les nie sprzeciwiał się i biedny wędrowiec wrócił do Warszawy, a wkrótce potem objął administracyę zakładu w Cisach.
Lokal jego tutaj mieścił się na dole starego »zamku«. Prowadziła do tego mieszkania brama (rozumie się gotycka), a właściwie jej resztki, grożące ruiną, które Krzywosąd starannie podpierał. Dalej szły na prawo wązkie i strome schodki aż do drzwi mieszkania. Przed progiem wisiał krużganek, otoczony żelazną balustradą. Zarówno schody, jak krużganek były świeżo dobudowane przez administratora. Dla przyśpieszenia procesu archaizacyi tych gotyków nie zamiatano tam nigdy śmieci i nie sprzątano śladów pobytu wróbli, które całemi stadami pod drzwiami wysiadywały. Krzywosąd kochał ptaki. Rozmawiał z nimi i sypał tyle okruszyn chleba, że wróble miały tam istną synekurę i nie odlatywały z krużganku.
Kiedy doktór Tomasz zbliżał się z uszanowaniem, wolnym krokiem do drzwi administratora dla złożenia mu pierwszej wizyty, zobaczył scenę tego rodzaju. U wejścia na schody tłoczyło się, wrzeszczało w niebogłosy kilkanaście sztuk dzieci folwarcznych, żydków z miasteczka i innej hołoty. Wysoko stał Krzywosąd w pantoflach i reniferowej, zczerniałej kurcie. Na poręczy ganku siedział chowany sokół, o którym słyszał już doktór Tomasz całą historyę. Sokół ten chorował przez całą zimę i ulegał kuracyi. Krzywosąd lał mu w gardło oliwę i sadzał go przy kaloryferze w takiem gorącu, że biedne ptaszysko dostawało, widać, czegoś w rodzaju pomieszania zmysłów, bo palacze znajdowali je częstokroć leżące obok drzwiczek wielkiego pieca wśród węgli i popiołu. Tylko błyskanie oczu wskazywało wówczas, że jeszcze żywot kołacze w nieszczęsnym pacyencie. Teraz, gdy słońce wiosenne świeciło tak jasno, sokół pierwszy raz wyniesiony został na dwór. Siedział na balustradzie, mocno ściskając pręt żelaza, rozglądał się, ruszał i dawał wielostronne znaki zdrowia. Krzywosąd pragnął, widocznie, pokazać chłopakom nietylko ptaka, ale i jego sztuki. Schylił się tedy i tkał mu pod dziób swą głowę, przemawiając jednocześnie:
Kąsi pana, kąsi...
Chodziło o to, że sokół powinien był pieszczotliwie szczypać dziobem resztki farbowanych włosów. Czy świeże powietrze, czy może lepszy stan zdrowia wpłynął na sokoła tak fatalnie, dość, że kiedy administrator ukląkł i podstawiał coraz bliżej łysinę, ptak dźwignął się na łapy, nasrożył i z całej siły huknął »pana« dziobem w czerep aż szczęknęło. Zgromadzeni wydali okrzyk radości, zaczęli klaskać w ręce i podskakiwać. Tymczasem Krzywosąd przyniósł długi pręt i przemówił do sokoła:
— To ja do ciebie, łajdaku, jak do rodzonego siostrzeńca, z pieszczotami, a ty mię będziesz kuł po łbie! Va-t’en!
To mówiąc, zrzucił ptaka na ziemię i zaczął go okładać prętem, aż pierze leciało. Sokół rozpuścił skrzydła i na piechotę z wrzaskiem uciekł wgłąb mieszkania, do którego drzwi zostały zatrzaśnięte.
Judym otwarł te ciężkie podwoje i wszedł ostrożnie do wnętrza. Składało się ono z dużej, sklepionej sieni o kamiennej posadzce, tudzież z dwu izb mieszkalnych. Z przedsionkiem sąsiadowało pomieszczenie na kaloryfer, gdzie właśnie sokół znosił w tej chwili tak bardzo zasłużoną karę. Dawały się stamtąd słyszeć jego zuchwałe wrzaski. Judym wkroczył do izby na lewo i zaraz w progu szepnął:
— Twardowski! Jak mi Bóg miły, Twardowski...
W istocie mieszkanie to przypominało do złudzenia lokal mistrza. Mury tu były ogromnie grube, okna zakratowane, sufity sklepione. W pobliżu okna stały warsztaty gospodarcze i krzesło z wysokiem oparciem, skórą obite. W głębi było szerokie, drewniane, starożytne łoże z baldachimem, opartym na słupkach misternie rzeźbionych. W kątach leżały stosy żelastwa, rzemieni, klepek. Na ścianach wisiały owe sławne obrazy, o których Judym tyle już słyszał.
Gdy Krzywosąd po egzekucyi przyszedł wreszcie do izby, zajął się gościem z żywością. Posadził go w fotelu, co na Judyma wywarło taki urok, jakby go zanurzono w wannie, i puścił się w dyskurs uprzejmy. Gdy rozmowa zeszła na Cisy, Krzywosąd wyrażał się o całej instytucyi z taką samą niedbałością, jaka cechowała jego mowę, w trakcie pokazywania rysunków Rubensa. Judym zauważył również, że administrator używał takich tylko zwrotów stylowych, któreby dobrze malowały jego władzę w tem miejscu. Mówił tedy:
— Kazałem przebudować cały zamek... Muszę wziąć się jeszcze do urządzenia parku. Mam na myśli całkowite odrestaurowanie łazienek, tylko że oto jak na złość brak mi czasu...
Mówił ciągle:
— To się zrobi, to się każe zrobić.
Szczególnie często powtarzał zdanie:
— To mi, wie pan doktór, pasowało... To mi dobrze robiło... Bawiło mi oko, więc kazałem zbudować...
Judymowi ten rodzaj pewności mącił nieco wyrazistość spostrzeżeń. Wiadomą było skądinąd rzeczą, że, naprzykład, przebudowanie gmachów zależało nietylko od tego, czy administratorowi »dobrze« albo »źle robiły«, ale również od innych przyczyn, głównie zaś od decyzyi rady zarządzającej.
Później przekonał się, że jednak taki sposób wyrażania gustów i wpływu tych gustów na bieg spraw cisowskich — wcale nie źle malował istotny stan rzeczy.
Kasyerem zakładu był pan Listwa, którego Krzywosąd w oczy i za oczy nazywał starym niedołęgą, albo jeszcze złośliwiej: — przedętą fujarą. Pan Listwa był mężem matki Dyzia i ojczymem tego chłopczyka. Niedołęgą w ścisłem znaczeniu tego wyrazu, a tem mniej »przedętą fujarą« kasyer cisowski nie był, ale też i do rodu farysów już się nie mógł kwalifikować. W gruncie rzeczy był to człowiek zgipsiały w ciężkich warunkach, a osobliwie w kajdanach małżeństwa. Żona i Dyzio tak urozmaicali życie pana Listwy, że praca w kancelaryi zakładu zimnej i wilgotnej, wysiadywanie tam wśród ksiąg, kwitów, rachunków — była dla niego jedyną wprawdzie, ale za to istotną rozkoszą. Kasyer czuł, że żyje wtedy dopiero, gdy wychodzi z domu. W obrębie progów rodzinnych przypominał coś w guście złamanego parasola: krył się w ciemnych kątach, ustępował z placu i milczał. Mimo tak skromnej postawy był kozłem ofiarnym we wszelkich zatargach z Dyziem, który na wiekowym ojczymie wprawiał się w dowcip. Były chwile, że pan Listwa próbował opozycyi. Ale te eksperymenty mijały szybko i trafiały się coraz rzadziej. Wszystko sprowadzał do absolutnego poziomu jeden jedyny dźwięk, padający z »jej« ust:
— Hipolicie!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.