Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


francuskiej z czasów Napoleona III. Za szkłem wisiał żupanik atłasowy ześcibany z niepasujących do siebie kawałków, — stał dziwny, pokruszony sprzęcik, zwany »apteczką Stanisława Augusta«, leżała faja z terrakoty na zgiętym cybuchu, zwana »fajką Stefana Batorego« i t. d.
Nie wszystkim jednak i nie zawsze »wójt« pokazywał swe zbiory. Było, naprzykład, kilku ludzi wśród młodej kolonii, którzy go irytowali i wpędzali w zły humor. Jeden z takich, zetknąwszy się z antykwaryuszem, zaraz po stereotypowem pytaniu o zdrowie, dodawał:
— A cóż Van-Dyck’i, jakże tam? W robocie, co? No, i jakże, udają się?
Drugi wymoczek udawał głuptasa, i kiedy Krzywosąd pokazywał zbiory, wtrącał ślamazarne pytanie:
— A ja gdzieś czytałem, tylko nie pamiętam w jakiem dziele, że Szczerbiec, miecz Bolesławowski, to podobno jest w pańskich rękach, tylko pan unika o tem rozgłosu, żeby go panu stańczycy przez nastawionych zbirów nie wykradli. Namby go pan mógł pokazać... Złożylibyśmy przysięgę, że ani mru-mru...
Miał jednak Krzywosąd i swych wielbicieli. Tym pokazywał wydobyte z dna inkrustowanej szafy kawałki haftowanej materyi i zapewniał, że jest to urywek szaty, której druga część znajduje się w Cluny, — jakąś miniaturkę w zczerniałej ramce... O tym obrazku szeptem i z mruganiem mówił, że jest przez pewnego handlarza ukradziony z Brery w Medyolanie...
Gdy zarząd Cisów przeszedł w ręce doktora Węglichowskiego, Krzywosąd począł się przed M. Lesem