Ludzie bezdomni/Kwiat tuberozy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Ludzie bezdomni
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wyd. J. Mortkowicza
Drukarz Towarzystwo Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
KWIAT TUBEROZY.

Poznanie Cisów zajęło Judymowi tyle czasu i tak go absorbowało, że o zwiedzeniu szpitala nie było mowy. Co dnia prawie obijał się o jego uszy ten wyraz: »szpitalik«. Dr. Węglichowski kilkakrotnie wspominał mu wśród innych wiadomości:
— Pamiętaj, kochany panie, że masz pod sobą szpitalik...
— Możebyśmy go mogli obejrzeć... — gorączkował się Judym.
— Nic pilnego! Poznajno kolega zakład, tamto rzecz uboczna. Mówię dlatego, że i tamto...
Tak schodziło. Nareszcie pewnego dnia doktór nie mógł wytrzymać. Rozpytywał się detalicznie, gdzie ów szpital się mieści i poszedł sam, żeby przynajmniej zobaczyć rozmiary i jakość budynku. Nadzieja pracy samoistnej w swoim, niemal własnym szpitalu, nęciła jego entuzyazm.
Za bramą parku rozchodziły się pod kątem prostym dwie ogromne aleje lipowe. Jedną z nich przybywało się do Cisów ze świata, od strony kolei, — druga prowadziła do pałacu, kościoła i szpitala. Było tej drogi więcej niż wiorsta, drogi szerokiej, ale bagnistej. W chwili, kiedy ją Judym przebywał, podsychała już, ale jeszcze tu i owdzie gładko z wierzchu zmulona i wymyta glina pod nogą rozstępowała się i lgnęła do niej bryłami. Wielkie drzewa, stojące nad tą drogą już okrywały się liśćmi; w rowach szumiały strumienie płynnego iłu, szybko z góry biegnące.
W duszy Judyma było takie wesele, jak chyba nigdy jeszcze w życiu. Gdy się zbliżał do zabudowań folwarku, rozrzuconych na dużej przestrzeni, serce silnie biło mu w piersiach. Wiatr wiosenny owiewał go jakiemiś marzeniami, po prostu uczniowskiemi. Śniły mu się na jawie zdarzenia, bohaterstwa, szalone operacye i niewysłowione pocałunki czyichś ust pachnących. Z obojętną miną, jak na trzeźwego eskulapa przystało, wyminął kilka domów, mieszkań rządcy, kasyera, ekonoma i szedł na lewo ku kościołowi, zostawiając po prawej stronie szeroką drogę wjazdową w stronę pałacu.
Obok kościoła świeżo wzniesionego z czerwonej cegły, — budowy pięknej, z dwiema strzelistemi wieżami w stylu gotyckim, — mieściło się probostwo. Dalej krył się w drzewach znacznie dawniejszy, obszerniejszy dom: szpital.
Judym nie miał zamiaru wchodzić do środka. Pragnął to uczynić w towarzystwie swego zwierzchnika. Poszedł, najprzód obejrzeć kościół, który właśnie był otwarty. Brakowało tam jeszcze posadzki, bocznych ołtarzów w nawach, konfesyonałów, malowideł, ławek. Ceglane filary stały w piasku. Tu i owdzie mieściły się ławy, zbite naprędce z tarcic. Tylko w prezbiteryum były już stalle rzeźbione. Panowało tam światło różnobarwne, przyćmione przez kolorowe witraże. Właśnie ksiądz odprawiał mszę cichą. Przed głównym ołtarzem stała gromadka ludzi. Judym obszedł lewą nawę i wolno, bez żadnego szelestu po piasku, który zupełnie tłumił odgłos jego kroków, zbliżył się do prezbiteryum. Gdy tam stanął, ujrzał w ławkach kolatorskich trzy swoje znajome paryskie, — panny: Natalię, Joannę i Wandę. Z brzegu siedziała p. Natalia. Doktór poznał ją bardziej przez słodkie zemdlenie zmysłów, przez jakiś chłód wewnętrzny, ściekający po twarzy i piersiach, niż siłą wzroku. Miała na głowie lekki kapelusik, a twarz zasłoniętą woalką barwy rudawo rdzawej. Tło z ciemnych, bronzowych tafli rzeźbionego drzewa, otaczające jej głowę, sprawiało, że wyglądała jak przecudny rysunek sangwiną. Ostre, medalowe rysy jej nosa i brody znaczone były w tkaninie woalki, podczas kiedy oczy znać było tylko, jak ciemne wgłębienia. Judym przez chwilę miał wzrok do tej głowy wprost przykuty. Nie wiedział, czy ma się ukłonić, gdyż nie był pewien, czy go spostrzeżono. Za chwilę dopiero złożył ukłon. Panna Natalia ledwie widocznym ruchem schyliła głowę. Wtedy także oczy Judyma spotkały się z oczami panny Joanny i oddały sobie w przelotnym błysku powitanie dusz młodych i czystych, tułających się na ziemi we wzajemnej tęsknocie. Twarz panny Joanny pełna była uśmiechów, pomimo, że oczy i wargi jej starały się nie wyrażać ich szczerze.
Nabożeństwo skończyło się wkrótce i garstka mieszczek, gwarząc, opuszczała kościół. Doktór szedł pospołu z tłumem, aby nie było śladu, że czeka na wyjście panien. Ale za drzwiami kościoła krążył to tu, to tam, niby dla poznania architektury pięknej świątyni. Gdy tak stał z głową zadartą, obserwując kamienne łuki, otworzyły się boczne drzwiczki, prowadzące do zakrystyi, i wyszedł tamtędy ksiądz jeszcze młody, który dopiero co mszę odprawił, a z nim trzy panny.
Nastąpiło spotkanie. Doktór przywitał panienki i przedstawił się księdzu. Ten wziął go wnet pod ramię i wszczął miłą rozmowę, pełną życzliwości i smaku. Był to księżyna zażywny, z oczami, siejącemi blask wesoły, z ustami do śmiechu. Ledwie kilka srebrnych włosów plątało się w jego bujnej czuprynie, a czerstwa twarz sprzeczała się nawet z temi nitkami.
— Kto nogą stąpił na księże terytoryum, ten idzie do księdza na śniadanie! — zawyrokował młody pleban.
— Z wjątkiem panien! — protestowała p. Podborska.
— Bez żadnych wyjątków. Ksiądz, panna i anioł trzeci, to rodzone dzieci. Zresztą ja tu rozkazuję nie jakieś tam młode panny. A to mi się podoba! Nieprawdaż, doktorze?
— A skoro takie prawo... Muszą się panie poddać.
— No? I cóż teraz? Ksiądz i doktór, to jest, źle mówię, doktór i ksiądz zdecydowali, więc już jesteśmy na plebanii... — mówił proboszcz, otwierając furtkę w nowym murze, który otaczał cmentarz kościelny.
W dużych, wygodnie umeblowanych pokojach księżego mieszkania pełno było kwiatów, obrazów (oleodruków), pism, ilustracyi. W sali jadalnej mieściła się szafka z wydawnictwami dla ludu, w ustronnym gabinecie leżały na stole pisma tygodniowe, miesięczne, gazety i stała spora biblioteka. Ksiądz bawił gości swym jowialnym humorem, który wszakże usiłował być humorem lepszego tonu, i dopytywał się u zgrabnej gospodyni o śniadanie. Wkrótce je podano. Proboszcz znał już historyę paryską dziewic i doktora. Ciekawy był przedewszystkiem drogi do Lourdes, wybierał się tam bowiem od lat kilku. Panny egzaminowały go, czy duże zrobił postępy w języku francuskim. Przy końcu śniadania proboszcz wywołał Judyma do gabinetu na papierosa, a dziewice przeglądały tymczasem w salonie świeże pisma. Okna gabinetu wychodziły na drogę lipową. Proboszcz mówił żywo i tak rozumnie, że Judym co chwila myślał: — patrzajcież, jaki to mądry i jaki miły pormidorek...
Ksiądz z ciekawością pytał się doktora o różne rzeczy wielkomiejskie, gdy wtem rzucił okiem na drogę i skrzywił się brzydko. Tą drogą szedł właśnie prędkim krokiem młody człowiek w eleganckim demi-sezoniku i jasnym kapeluszu. Dr. Tomasz poznał w zbliżającym się młodzieńcu kuracyusza, którego był widział jadącego konno w dniu swego przybicia do Cisów, a później dostrzegł przy ogólnym stole w zakładzie. Nazwiska nie pamiętał, więc spytał o nie księdza.
— A to jest pan Karbowski, wasz przecie kuracyusz. Choć taki on chory, jak ja aptekarz!
— Dlaczegóż to?
— Widzi pan... to jest łobuzina. Pochodzi, jak mówią, z bardzo dobrego rodu, odziedziczył po ojcu majątek — no i puścił go we dwa lata, ale to co do gronia. Bywał w Monte-Carlo, w Monaco, w Paryżu, gdzie kto chce. Gra w karcięta, ale to nie tak po naszemu, tylko z premedytacyą. W tem sęk!...
— Nie spostrzegłem...
— No to doktór jeszcze zdąży. W sezonie, co tylko przyjedzie bogatszego, a z fiu fiu w główce, młodzież złotą, a nawet rozmaite damule, ogrywa tak, że z płaczem wyjeżdżają. Z tego żyje.
— Czyż tu bywają tacy?
— Bagatela! Ten pan Karbowski — cho-cho... Zimą, gdy się urwie kompania bogatsza, siedzi jak suseł. Czasem wyjedzie, znowu wraca... Gdy go nędza przyciśnie, pożycza od lokajów, od kąpielowych, od żydków, felczerów, od każdego, kto na placu. Mówię dlatego, że i doktora nie ominie.
— Ech, odemnie trudno pożyczyć, szczególniej w tym czasie... — zaśmiał się Judym.
— No, no... Straciłem do niego serce, bo umie oszwabić biednego człowieka. Przychodzi, dajmy na to, do felczera, który przez sezon uskładał sobie pewną sumkę, i prosi go o zmianę dwudziestu pięciu rubli. Głupi Figaro, zachwycony poufałością »takiego pana«, wywleka z szuflady rubeljansy i rozkłada na stoliku. Ten zgarnia to do pugilaresu, później udaje, że zapomniał wziąć ze sobą dwudziestopięcio-rublowego papierka, i każe felczerowi przyjść do hotelu. Zajdziesz, mówi, to sobie weźmiesz, bo mi się teraz nie chce lecieć po pieniądze, — idę akurat do zamku... Lokaje nauczeni nie dopuszczają golibrody do »pana hrabiego«, a on tymczasem rznie w karty, licząc na to, że wygra owe dwadzieścia pięć rubli i odda.
— Ale czy oddaje przynajmniej?
— Dziś jeszcze oddaje, gdy go nacisnąć. Ale co zrobi jutro? Za numer w hotelu nie płaci chyba od roku. A zresztą teraz on tu ma co innego na myśli...
Gdy to dobrodziej mówił, dało się słyszeć lekkie stukanie we drzwi, prowadzące z przedpokoju do salonu. Ksiądz coś mruknął i wyszedł, pociągając za sobą doktora. We drzwiach przeciwległych stał ów pan Karbowski.
Był to wysmukły, blady brunet. Maleńki, niepodkręcony wąs ocieniał jego czerwone wargi. Ciemne, mgliste oczy zdawały się nie widzieć nikogo w pokoju. Gładko, od lewego kąta czoła przyczesane włosy harmonizowały z całą osobą, pełną szczególnego czaru. Modny smoking leżał na nim i uwydatniał zgrabność powolnych ruchów. Karbowski przywitał młode panienki ogólnym ukłonem, księdza cmoknął w ramię, Judymowi z miłem skinieniem głowy podał rękę i usiadł obok panny Wandy, a naprzeciwko Natalii.
Ta od chwili wejścia do salki młodego człowieka była blada, jak papier. Usta jej przymknęły się w sposób szczególny, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem, a cała twarz stała się tak piękną, że niepodobna było oczu oderwać. Karbowski mówił do panny Joanny o książce, którą ta trzymała w ręku.
W czasie tej rozmowy pewnym, jakby ociężałym ruchem uchyliły się jego powieki i oszalałe, bezmyślne, dzikie z miłości oczy wlepiły się w twarz panny Natalii. Ona także nie miała już siły ukrywać wyrazu swoich. Panna Joanna pełna trwogi i wzburzenia mówiła żywo do Karbowskiego, ale słowa jej plątały się i więzły w gardle. On pytał się, uśmiechał, rozumował, z pozoru sądząc, trzeźwo i chłodno, ale tylko na przelotne i bolesne chwile odrywał wzrok od tamtej. Mówił wolno i dźwiękami, tak widocznie, obcymi jego mowie, że wydawały się nietylko jemu, ale i wszystkim przytomnym czemś dalekiem i kłamanem.
— Pan długo jeszcze zabawi w Cisach? — zapytała go p. Natalia.
— Tak, jeszcze dosyć długo. Nie wiem... Może umrę... — rzekł z uśmiechem prawdziwie śmiertelnym.
— Umrze... pan? — szepnęła.
— Tak długo, tak dawno... tu leczę się bezskutecznie... Straciłem nadzieję.
— Możeby panu jaki inny kurort pomógł... — wtrącił ksiądz, oglądając swe paznogcie.
Karbowski musnął wąsika i przelotnie dotknął proboszcza spojrzeniem, które, zdaje się, mogłoby zabić. W tej chwili rzekł, jak gdyby do siebie:
— Ach, tyle czasy... Tak, tak... Ksiądz proboszcz ma racyę, inny kurort... Może być, że pojadę.
— Kiedy? — zapytała znowu panna Natalia.
Po tem słowie niewinnem panna Joanna drgnęła i wstała ze swego miejsca.
— Jedźmy już! — rzekła do towarzyszek, — babunia będzie niespokojna.
Panna Natalia udała, że nie słyszy tych wyrazów, tylko źrenice jej zaszkliły się białym blaskiem okrutnego gniewu, jak żywe srebro. Panna Wanda, która przerzucała ułożone z całego roku numery jakiejś ilustracyi, podniosła głowę i zapytała:
— Więc jedziemy?
Nikt nie odpowiadał. Ksiądz siedział przy osobnym stoliku i bębnił weń palcami. Oczy jego patrzały w przestrzeń, a wargi były odęte. Taki wyraz twarzy nie zdradzał wcale zadowolenia z wizyty pana Karbowskiego, ani z toku rozmowy. Ale panna Natalia i Karbowski tego nie widzieli. Było rzeczą jasną, że chodziło im o wyzyskanie tych sekund per fas et nefas, o napatrzenie się sobie wzajem w oczy, o przypomnienie w uśmiechach i dźwięku słów obojętnych, mórz bezdennych tęsknoty. Słowa, płynące z ust młodego człowieka, panna Natalia witała dziwnymi, pełnymi boskiego wdzięku ruchami warg i nozdrzy, jakby czuła zapach każdego wyrazu i na każdym, niby na róży przysłanej, składała pocałunek.
Panna Joanna żegnała się z proboszczem. Za jej przykładem uczyniły to obydwie towarzyszki. Gdy nadeszła kolej pożegnania Judyma i panna Natalia stanęła przed nim, ujrzał jej srogie oczy, skamieniałe z żalu, a jednak wydające jak gdyby krzyk rozpaczy. Przez chwilę myślał, że oddałby życie, gdyby te oczy jedną godzinę tak za nim tęskniły... Ale wnet zahuczał w duszy jego dyabelski śmiech i coś złamało się wśród głuchego bólu.
Obadwaj z Karbowskim wyszli jednocześnie z probostwa.
Przed gankiem stał lekki, odkryty wolant, do którego wsiadły wszystkie trzy panny. Konie szybko z miejsca ruszyły...
Panna Natalia nie obejrzała się ani razu. Za to Karbowski patrzał w stronę oddalającego się pojazdu wtedy nawet, gdy ten znikł już na skręcie alei. Oczy jego miały wyraz dziwnej senności, a twarz była skrzywiona cierpieniem, którego nie mogła pokryć ani maska dumy, ani uśmiech towarzyski.
Judym zazdrościł temu młodzieńcowi wszystkiego, nawet cierpień, jakich tamten doświadczał. Tą samą drogą szedł przed godziną z sercem pełnem ognia. Rwał się do pracy w szpitalu, silnie pragnął przynajmniej ujrzeć mury tego budynku, gdzie będzie kładł duszę w twardą pracę lekarską, a oto teraz cały ów szpital tak nie istniał dla niego, jakby się w ziemię zapadł. Co więcej, aspiracye odczuwane przed godziną wydawały mu się w owej chwili, jak coś głupiego do absurdu, jak coś z nieistniejącej krainy dubów smalonych. Rzeczywistością było to, że panna Natalia jest zakochana w Karbowskim.
Judym przypatrywał się z ukosa postaci tego franta, jego ruchom, giestom, z natury i wystudyowania zgrabnym i w smutku tak bezbrzeżnym, jego ubraniu pełnemu smaku i elegancyi. Nie byłby pewno wyznał tego przed nikim, ani nawet przed sobą, ale czuł to, że całe życie, wszystkie wysiłki, plany, dążenia, jest to jedno wielkie głupstwo w stosunku do życia Karbowskiego. Po cóż to wszystko? Poco zabiegi, ideje, trudy? Czyliż Karbowski nie zrozumiał życia tak, jak je rozumieć należy? Być człowiekiem pięknym, wykwintnym i dla tych przymiotów być kochanym przez najcudowniejsze zjawisko ziemi, przez taką pannę Orszeńską. Wszystko w Karbowskim zdało się Judymowi doskonałem i logicznem, nawet jego karciarstwo i szacherki. Nie przywiązywał do tego wszystkiego wagi, jak nie przywiązujemy wagi do niczego oprócz piękności, patrząc na tajemniczy kwiat tuberozy.
— Przecie, — myślał Judym, — taki kwiat jest owocem Bóg wie jakich trudów, wydatków, zachodów, jest bezużyteczny i szkodliwy, gdy go porównać ze źdźbłem tymotejki, kłosem żyta, albo kwiatem koniczyny, a przecież komużby przyszło do głowy deptać go za to nogami.
Z głębi duszy młodego lekarza wychylił się znowu żal gorzki i nienasycona zazdrość, czemu i on, czemu i on...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.