Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Widzi pan... to jest łobuzina. Pochodzi, jak mówią, z bardzo dobrego rodu, odziedziczył po ojcu majątek — no i puścił go we dwa lata, ale to co do gronia. Bywał w Monte-Carlo, w Monaco, w Paryżu, gdzie kto chce. Gra w karcięta, ale to nie tak po naszemu, tylko z premedytacyą. W tem sęk!...
— Nie spostrzegłem...
— No to doktór jeszcze zdąży. W sezonie, co tylko przyjedzie bogatszego, a z fiu fiu w główce, młodzież złotą, a nawet rozmaite damule, ogrywa tak, że z płaczem wyjeżdżają. Z tego żyje.
— Czyż tu bywają tacy?
— Bagatela! Ten pan Karbowski — cho-cho... Zimą, gdy się urwie kompania bogatsza, siedzi jak suseł. Czasem wyjedzie, znowu wraca... Gdy go nędza przyciśnie, pożycza od lokajów, od kąpielowych, od żydków, felczerów, od każdego, kto na placu. Mówię dlatego, że i doktora nie ominie.
— Ech, odemnie trudno pożyczyć, szczególniej w tym czasie... — zaśmiał się Judym.
— No, no... Straciłem do niego serce, bo umie oszwabić biednego człowieka. Przychodzi, dajmy na to, do felczera, który przez sezon uskładał sobie pewną sumkę, i prosi go o zmianę dwudziestu pięciu rubli. Głupi Figaro, zachwycony poufałością »takiego pana«, wywleka z szuflady rubeljansy i rozkłada na stoliku, Ten zgarnia to do pugilaresu, później udaje, że zapomniał wziąć ze sobą dwudziestopięcio-rublowego papierka, i każe felczerowi przyjść do hotelu. Zajdziesz, mówi, to sobie weźmiesz, bo mi się teraz nie chce lecieć po pieniądze, — idę akurat do zamku... Lokaje