Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mieszczek, gwarząc, opuszczała kościół. Doktór szedł pospołu z tłumem, aby nie było śladu, że czeka na wyjście panien. Ale za drzwiami kościoła krążył to tu, to tam, niby dla poznania architektury pięknej świątyni. Gdy tak stał z głową zadartą, obserwując kamienne łuki, otworzyły się boczne drzwiczki, prowadzące do zakrystyi, i wyszed tamtędy ksiądz jeszcze młody, który dopiero co mszę odprawił, a z nim trzy panny.
Nastąpiło spotkanie. Doktór przywitał panienki i przedstawił się księdzu. Ten wziął go wnet pod ramię i wszczął miłą rozmowę, pełną życzliwości i smaku. Był to księżyna zażywny, z oczami, siejącemi blask wesoły, z ustami do śmiechu. Ledwie kilka srebrnych włosów plątało się w jego bujnej czuprynie, a czerstwa twarz sprzeczała się nawet z temi nitkami.
— Kto nogą stąpił na księże terytoryum, ten idzie do księdza na śniadanie! — zawyrokował młody pleban.
— Z wjątkiem panien! — protestowała p. Podborska.
— Bez żadnych wyjątków. Ksiądz, panna i anioł trzeci, to rodzone dzieci. Zresztą ja tu rozkazuję nie jakieś tam młode panny. A to mi się podoba! Nieprawdaż, doktorze?
— A skoro takie prawo... Muszą się panie poddać.
— No? I cóż teraz? Ksiądz i doktór, to jest, źle mówię, doktór i ksiądz zdecydowali, więc już jesteśmy na plebanii... — mówił proboszcz, otwierając furtkę w nowym murze, który otaczał cmentarz kościelny.