Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chowała jego mowę, w trakcie pokazywania rysunków Rubensa. Judym zauważył również, że administrator używał takich tylko zwrotów stylowych, któreby dobrze malowały jego władzę w tem miejscu. Mówił tedy:
— Kazałem przebudować cały zamek... Muszę wziąć się jeszcze do urządzenia parku. Mam na myśli całkowite odrestaurowanie łazienek, tylko że oto jak na złość brak mi czasu...
Mówił ciągle:
— To się zrobi, to się każe zrobić.
Szczególnie często powtarzał zdanie:
— To mi, wie pan doktór, pasowało... To mi dobrze robiło... Bawiło mi oko, więc kazałem zbudować...
Judymowi ten rodzaj pewności mącił nieco wyrazistość spostrzeżeń. Wiadomą było skądinąd rzeczą, że, naprzykład, przebudowanie gmachów zależało nietylko od tego, czy administratorowi »dobrze« albo »źle robiły«, ale również od innych przyczyn, głównie zaś od decyzyi rady zarządzającej.
Później przekonał się, że jednak taki sposób wyrażania gustów i wpływu tych gustów na bieg spraw cisowskich — wcale nie źle malował istotny stan rzeczy.
Kasyerem zakładu był pan Listwa, którego Krzywosąd w oczy i za oczy nazywał starym niedołęgą, albo jeszcze złośliwiej: — przedętą fujarą. Pan Listwa był mężem matki Dyzia i ojczymem tego chłopczyka. Niedołęgą w ścisłem znaczeniu tego wyrazu, a tem mniej »przedętą fujarą« kasyer cisowski nie był, ale też i do rodu farysów już się nie mógł kwalifikować. W grunce rzeczy był to człowiek zgipsiały w ciężkich