Lenin/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Uljanow miotał się po pokoju i mówił do siebie, chociaż Krupskaja siedziała przy stole. Nie zwracał na nią żadnej uwagi, nie spostrzegał nawet jej obecności.
Wykrzykiwał, zaciskając pięści:
— Dobrze! Doskonale! Komitet przegłosował mnie?... Musimy przenieść „Iskrę“ do Genewy? Teraz — koniec! Wiem, co będzie... Wątpliwości nie mam! Plechanow zagarnie naszą gazetę! Będę zmuszony zerwać z Plechanowym i innymi, wystąpić do walki. To boli... to gnębi mnie!
Zatoczył się nagle i upadł zemdlony. Drgawki straszliwe wstrząsały stężałem ciałem; zgrzytał zębami i rzęził, jęcząc i mrucząc słowa bez związku.
Nadzieja Konstantynówna z trudem doprowadziła go do przytomności.
Otworzył oczy i, widocznie, natychmiast przypomniał sobie wszystko.
Zaklął i szepnął, patrząc w okno, za którem wznosiła się brudna, ceglasta ściana:
— Pisz!
Krupskaja natychmiast usiadła przy stole.
— Napisz do Trockiego, aby się śpieszył z przyjazdem do Genewy. On doprowadzi do zerwania stosunków z Plechanowym i jego grupą... Chcę pozostać nieco na uboczu. Na wszelki wypadek... Przygotuj też listy do tych młodych studentów Zinowjewa i Kamieniewa. Gorące to głowy i zuchwałe serca. Niech przyjeżdżają... Źle to, że nie mam przy sobie żadnego tęgiego Rosjanina, źle i przykro, lecz na wojnie nie można zważać na to, kto porwie za broń. Byleby się bił! Napisz prędzej!...
Zupełnie rozbity, chory, gorączkujący przyjechał Uljanow do Genewy. Znalazł już tam Trockiego. Długo naradzał się z nim i z przybyłym do Szwajcarji Łunaczarskim.
Ucieszył się, poznawszy tego wspaniałego mówcę, o głosie głębokim, szlachetnym, wzbudzającym zaufanie i szacunek. Był to prawdziwy Rosjanin o wysokiej kulturze i dużej wiedzy.
Uljanow nie posiadał się z radości.
— Taki nabytek! Taki nabytek! — myślał, zacierając ręce.
Jednak radość jego wkrótce osłabła.
Poznał Łunaczarskiego dokładnie, nachmurzył czoło i mruczał do siebie:
— No, i cóż z tego, że mam Rosjanina?! Niesie na sobie przekleństwo rasy — ów na niczem realnem nie oparty maksymalizm myśli. Wierzy w zwycięstwo nasze, jak w jakiś cud nadprzyrodzony, który gwałtownie odmieni myśli i przyrodę ludzką. Święty Mikołaj, czy rosyjskie, głupie, rabie „awoś“ — te nasze „potęgi“ mają i nad nim władzę. On pójdzie za mną, lecz płakać będzie i bić się w pierś, gdy ujrzy, że krwią będziemy zatwierdzali nasze prawo, że przez niewolę poprowadzimy ludzkość do wolności!
Trockij wkrótce rozpoczął atak przeciwko Plechanowowi.
Cała redakcja „Iskry“ zebrała się w kawiarni Landolta. Omawiano projekt trzeciego zjazdu rosyjskich socjalistów. Trockij bronił programu, opracowanego przez Lenina. Łunaczarskij podtrzymywał go. Plechanow i Akselrod zbijali dowodzenia nowych członków partji.
Jednak robotnicy i studenci, przysłuchujący się debatom, wypowiedzieli się za programem Lenina.
Trockij, zwracając się do Plechanowa, zawołał z szyderczym śmiechem:
— Czy rozumiecie, towarzyszu, dlaczego zostaliśmy podtrzymani przez członków partji? Dlatego, że wy już nie znacie i nie wyczuwacie pracującej klasy. Emigracja wyżarła w was poczucie rosyjskiej rzeczywistości, a słowa i myśli wasze są dobre dla legalnych socjalistów europejskich, lecz nie dla nas! Staliście się już okazami muzealnemi!
Od tego dnia nie tylko w komitecie partji, lecz i w redakcji „Iskry“ stosunki z grupą Plechanowa tak się zaostrzyły, że Uljanow, Martow i Potresow odmówili swej współpracy.
Włodzimierz z Krupską i Martowym pracowali całemi dniami i nocami, pisząc listy i okólniki, wyjaśniając sytuację w partji i żądając pieniędzy na nową gazetę.
W parę tygodni później zjawił się mały świstek „Naprzód“.
Gdy pierwszy próbny numer leżał już na stole, a Trockij odczytywał artykuły, skierowane przeciwko Plechanowowi i oskarżające starego wodza o tchórzostwo, a żądające nowego zjazdu partji dla omówienia programowej i taktycznej działalności, Uljanow, jeszcze słaby i chory, zaciskał zimne ręce i niemal z rozpaczą patrzył w lazurowe niebo, szepcąc nieruchomemi wargami słowa, same jakgdyby cisnące mu się do głowy. Były to słowa Chrystusa, wyłkane w chwili miotania się ducha, tęsknicy i wahania:
— Boże, oddal ode mnie ten kielich męki!
W chwili, gdy miał rozgorzeć bój śmiertelny, rozumiał Uljanow, że odtąd już sam ma poprowadzić pracujących ku pałającemu w oddali ognisku, nad którym grała łuna krwawa; musiał ująć w swoje ręce losy miljonów zrozpaczonych nędzarzy, pchnąć ich na walkę z zastępami wrogów, chociażby wśród nich byli bracia i mistrzowie, dla których serca biły uwielbieniem rzewnem.
Niebo nie odpowiedziało na milczące wołanie Uljanowa.
Bój się rozpoczął.
Padały ciężkie oskarżenia, oszczerstwa, płomienne słowa oburzenia, nienawiści; twarde, jak kamienie, myśli, gnębiące lub porywające.
Mały, ubogi „Naprzód“ dopiął celu.
Mimo intryg i wysiłków Plechanowa, odbył się trzeci zjazd rosyjskiej socjalistycznej partji. Stał się on pierwszym kongresem bolszewików i zarodkiem partji komunistycznej, do której przyłączało się coraz więcej dawnych stronników genewskiej grupy starych „bożków“ i wodzów socjalizmu. Nie pomogły zabiegi Bebla, usiłującego skłonić Lenina do zgody z mieńszewikami Plechanowa i proponującego sąd rozjemczy.
Dla Uljanowa już wszystko było jasne. Drogi jego nauczyciela rozminęły się na zawsze z drogami rewolucyjnego marksizmu. Plechanow był dla niego już tylko agentem burżuazji, wrogiem, który musiał być zgnieciony do reszty.
Po raz pierwszy otwarcie, na cały świat rzucił Uljanow zuchwałe hasła komunizmu rosyjskiego, nawołując robotników, aby się nie zatrzymywali na tworzeniu burżuazyjnej republiki w Rosji i aby się nie dali usidlić gnijącemu parlamentaryzmowi Zachodu.
— Dążymy do założenia pierwszej socjalistycznej rzeczypospolitej w Rosji — mówił do towarzyszy, przybywających do niego. — Jest to naszym ideałem. Nie chcę was oszukiwać obietnicą, że odrazu dojdziemy do celu. W zbyt ciężkich warunkach, istniejących w naszym kraju i wszędzie zagranicą, gdzie panuje fałsz, podnosimy sztandar walki. Wierzę jednak, że potrafimy rozpalić rewolucję, która odrazu stanie na rubieży pomiędzy burżuazyjnym a socjalistycznym przewrotem. Dalsze kroki będą łatwiejsze! Pogłębienie rewolucji doprowadzi nas jeszcze bliżej do osiągnięcia ideału. Nie cofniemy się nigdy!
Imię Uljanowa-Lenina stawało się coraz głośniejszem, porywało nowe zastępy zwolenników i oddanych towarzyszy, wytwarzało kadry zaciekłych wrogów.
O osobiste przyjazne stosunki nie dbał. Chodziło mu tylko o zwiększenie ilości oddanych sprawie towarzyszy.
Nieprzyjaciół się nie bał i mawiał słowami poety:
— Uznanie dla nas nie w radosnych krzykach tłuszczy, lecz w nienawiści i przekleństwach wrogów obalonych.
Kiedy w Rosji po nieudanej wojnie z Japonją wybuchnęła burżuazyjna rewolucja, podtrzymana przez socjalistów, Lenin przekradł się potajemnie do Petersburga.
Mieńszewicy, kierowani z Genewy przez Plechanowa, stworzyli Radę robotniczych delegatów, do której natychmiast weszli bolszewicy: Trockij, Zinowjew, Kamieniew, Badajew oraz inni, nadając energiczny i prawdziwie rewolucyjny bieg pierwszej w dziejach ludzkości instytucji, gdzie klasa robotnicza ujmowała w swoje ręce władzę, wypowiadała wojnę burżuazji i rzucała hasła rewolucji socjalnej.
Siedząc na galerji sali, gdzie obradowała Rada robotnicza, nieznany nikomu, ukryty w tłumie publiczności, Lenin przysłuchiwał się mowom mieńszewików i wyszkolonych przez siebie towarzyszy partyjnych.
Myślał, zaciskając zęby:
— Tylko przemoc, gwałt, niesłychany teror zjednoczy tych ludzi i poprowadzi ku memu celowi. Żadnego miłosierdzia i litości, chociażby to był ojciec lub żona! Kto nie ze mną, ten musi zginąć!
Mrużył oczy i, patrząc na mówiących mieńszewików, rozprawiających o współpracy z rządem, szeptał:
— Zginiesz! I ty, i ty... Zginiecie wszyscy!
Patrząc na swoich stronników, zadawał sobie męczące pytanie:
— Czy są oni dość silni, mężni i wytrwali, aby nie dopuścić do rozpędzenia rad robotniczych, tworzących się wszędzie?
Pojechał do Moskwy, bo wiedział, że tam najpierw wybuchnie zbrojne powstanie robotników, a na ulicach wyrosną barykady.
Naradzał się i dawał wskazówki Szancerowi — Muratowi, przywódcy dojrzewającego powstania.
Fale rewolucji przelewały się od zachodniej granicy aż do Władywostoku.
Władze traciły głowę i oddawały bez oporu swoje placówki. Armja, pozostająca jeszcze na terenie wojny, przechodziła na stronę ludu.
Nikt nie wiedział o tem, że przewrotny Witte dał milczącą zgodę na wybuch oburzenia i protestu, aby zniewolić Mikołaja II-go do podpisania dekretu o nowej konstytucji, przewidującej zwołanie Dumy państwowej.
Rozumiał zaufany przyjaciel Aleksandra III-go, że parlamentaryzm olśni i porwie wszystkie wzburzone warstwy ludności i na czas dłuższy uspokoi umysły.
Rozumiał to i Lenin. Obawiał się, że Witte potrafi ująć rewolucję w spokojne łożysko parlamentaryzmu. Dlatego też przez swoich stronników nadawał burzliwy, rewolucyjny charakter Radzie robotniczej i podsycał dążenie do zbrojnych powstań.
Wybuchnęło ono wreszcie w Moskwie, lecz zachłysnęło się we własnej krwi na Preśni.
Wtedy wrogowie Wittego, aby oczernić go w oczach monarchy, pchnęli cały swój aparat na stłumienie rewolucji. Pracować zaczęły oddziały karne Rinna, hrabiego Mellera, barona Rennenkampfa, skrzypiały szubienice, pod gradem kul padały setki skazanych na śmierć rewolucjonistów, więzienia zostały wypełnione po brzegi politycznymi przeciwnikami cara.
Witte, w obawie o swoją karjerę, rozpędził Radę robotniczych delegatów, wtrącając najbardziej radykalnych mówców do więzienia i oddając ich pod sąd.
Uljanow-Lenin ukrył się w Finlandji.
W małej mieścinie fińskiej potajemnie zamieszkał obywatel niemiecki, drukarz z zawodu, Erwin Weikoff. Odbywał ciągłe wycieczki pomiędzy Kuokkalą, Perkiarwi, Wyborgiem i Helsingforsem, a wszędzie miewał spotkania z różnymi ludźmi, dążącymi do niego z Rosji.
Pewnej nocy do małego domku, stojącego w podwórzu, otoczonem świerkami, zapukano trzy razy, a po krótkiej przerwie — jeszcze dwa.
Był to znak umówiony.
Mały, barczysty człowiek o potężnej czaszce łysej, otworzył drzwi. Na progu stał młody robotnik w czarnym palcie z nastawionym kołnierzem.
— Włodzimierzu Iljiczu, to ja — Badajew! Przyprowadzam wam gości — rzekł, wyciągając rękę do gospodarza.
— Ach, bardzo się cieszę, towarzyszu! — odpowiedział Lenin. — Wchodźcie, proszę!
Do pokoju weszło trzech marynarzy i młody pop o szeroko rozwartych, marzycielskich oczach.
Wszyscy usiedli. Badajew opowiadał:
— Towarzysze Dybienko, Żelezniakow i Szustow byli majtkami na pancerniku „Patiomkin“, który podniósł flagę rewolucyjną.
— Pozdrawiam was, towarzysze! — zawołał Lenin. — Proletarjat nigdy nie zapomni waszego czynu! Stał się on bowiem zarodkiem rewolucji we flocie! Opowiedzcie mi cały przebieg sprawy.
Marynarze długo mówili ponuremi głosami. Gdy doszli do rozbrojenia ich w porcie rumuńskim, Dybienko rzekł:
— Uciekliśmy z Rumunji i szukaliśmy was po świecie, abyście postanowili, co mamy robić teraz?
Lenin odpowiedział natychmiast:
— Pojedziecie zagranicę i stamtąd będziecie kierować towarzyszami, służącymi we flocie wojennej.
— Znamy wszystkich w Sebastopolu, Odesie, Kronsztadzie... — wtrącił Szustow.
— Tak też myślałem! — ucieszył się Lenin. — Będziemy posyłali im nasze gazety i broszury, aby towarzysze byli gotowi stanąć w naszych szeregach.
— Oni staną wszyscy, jak jeden mąż! — zawołali majtkowie. — Tylko przedtem wymordują oficerów, którzy znęcają się nad nimi i krzywdzą.
Lenin podniósł głowę i długo patrzał na mówiących. Uśmiechnął się prawie dobrotliwie, niby do dzieci, i rzekł dobitnie:
— Oddamy oficerów na wasz sąd, towarzysze!
— My z nimi poigramy po swojemu! — mruknęli.
— Poigracie! Waszego wyroku zmieniać nie będziemy — odpowiedział łagodnie i oczy zmrużył.
Naradzali się szeptem i, otrzymawszy od Lenina list, wyszli.
Badajew, wskazując oczami na popa, rzekł:
— Ojciec Grzegorz Gapon prowadził robotników przed pałac Zimowy, aby prosić cara o dymisję dla złych ministrów i o nadanie konstytucji.
Lenin nie odzywał się, zaciskając szczęki i mrużąc oczy.
Milczał długo, swoim zwyczajem nieznacznie przyglądając się popowi, siedzącemu przed nim.
Wreszcie wyszeptał:
— Gdy spotkałem was zagranicą, byłem przekonany, że pop Gapon jest agentem ochrany, podłym prowokatorem, prowadzącym głupi tłum najciemniejszych robotników pod salwy gwardji cara!
Gapon drgnął i złożył ręce na piersi, wpatrując się w przenikliwe źrenice Lenina.
— Teraz, gdy patrzę na was, waham się... Uważam was raczej za człowieka, nierozumiejącego, co czynił. Prosić cara? Błagać tyrana na kolanach? O co? O to, co można wyrwać mu z gardła tylko siłą, wyrwać wraz z sercem jego i głową?! Szaleńcy! Obłąkańce! Dusze rabie!
To mówiąc, Lenin zaczął biegać po izbie i trzaskać w palce.
Po chwili zatrzymał się przed milczącym popem i, wbijając w niego ostry wzrok, rzucił:
— Cóż, nic nie mówicie?! Słucham!
Pop poruszył się i, przyciskając blade dłonie do piersi, jęknął:
— Ludzie ślepi oskarżają mnie o zdradę... A ja? A ja od pięciu lat budzę w robotniczych dzielnicach ducha, wzmacniam wiarę w przyjście królestwa Bożego na ziemi....
Wciągnął powietrze i dalej mówił:
— Miałem widzenie prorocze i głos usłyszałem rozkazujący: „Odmieniło się serce tyranów, więc prowadź za sobą ludzi, aby serce to wylało strugę dobroci!“
— A ono wylało strugę ołowiu z karabinów! — wybuchnął złym śmiechem Lenin. — Twój Bóg nie zna cara i doradził ci czyn zbrodniczy, straszny!... Cóż zamierzacie czynić teraz?
— Nie wiem! — szepnął Gapon z namiętnością. — Myśl moja miota się na bezdrożu...
— Ja wskażę wam drogę prawdziwą — rzekł po namyśle Lenin. — Jedźcie zagranicę, wejdźcie do rodzin emigrantów, dotrzyjcie do bogatych domów i do najbiedniejszych, a wszędzie opowiadajcie o tem, co uczynił car z błagającym tłumem, z krzyżami i ikonami. Powtarzajcie jak słowa Biblji jedno i to samo: „Cara i jego obrońców musimy zgnieść rękami spracowanych ludzi!“ Rozumiecie?
— Rozumiem... — odpowiedział cicho pop.
— Idźcie teraz! Muszę porozmawiać z towarzyszem na osobności — rzeki Lenin, odprowadzając Gapona do progu.
Gdy się za nim zamknęły drzwi, a za chwilę stuknęła furtka, Lenin spojrzał na Badajewa i spytał:
— Agent?
— Nie! — zaprzeczył stanowczo.
— Wasza sprawa! — wzruszył ramionami Lenin. — Co chcecie uczynić z nim?
— Podejmuje się przewozić przez granicę wszystko, co mu polecimy: broń, granaty, nielegalne druki... Na popa nikt nie zwróci uwagi.
Lenin ze zdumieniem spojrzał na robotnika i podniósł ramiona.
— Kto polecił wam przyprowadzić do mnie tego człowieka? — spytał nagle.
— Nie obawiajcie się! — odparł Badajew. — Dobry partyjny towarzysz, śmiały, wypróbowany! Nazywa się Malinowski.
— Malinowski? Malinowski? — powtórzył Włodzimierz. — Aha, przypominam sobie. Mówił mi o nim Leon Trockij. Z wami i z innymi kandydatami ma od naszej partji pójść do Dumy.
— Włodzimierzu Iljiczu! — zawołał Badajew. — Zwolnijcie mnie! Ja przecież nie mogę rozpatrywać budżetu państwowego, wnosić poprawek do projektów nowych praw! Ciemny jestem, nie uczony! A tu nie żarty: praca parlamentarna!
Lenin wybuchnął głośnym śmiechem i śmiał się długo, zacierając ręce. Wreszcie uspokoił się nieco i powiedział, klepiąc robotnika po ramieniu:
— A poco macie rozpatrywać budżety, projekty praw? Powinniście przy każdej sposobności wychodzić na trybunę i powtarzać, że klasa pracująca nie uznaje żadnych burżuazyjnych projektów i budżetów, że dąży do obalenia zmurszałych, cuchnących instytucyj państwowych, że rozpędzi na cztery wiatry cara, ministrów, burżuazję, a gdy się będą opierali, pośle ich na latarnie! To wszystko, co macie umieć tymczasem, bracie miły!
Badajew ze zdziwieniem patrzył na mówiącego.
— Jakżeż tak? — pytał z powątpiewaniem. — Zbiorą się w tej dumie ministrowie, generałowie, poważni panowie, bogacze, a my takie słowa będziemy mówili?!
— Czyż myślicie, że ministra i bogacza stryczek nie udławi? — spytał Lenin.
— To wiadomo... — mruknął robotnik. — Tylko takiej mowy słuchać nie zechcą.
— Głupiej mowy waszej o budżecie nie będą słuchali, a o szubienicy jeszcze jak posłuchają! — zaśmiał się Lenin, żartobliwie patrząc na Badajewa.
Nagle urwał śmiech i, pochylając nisko głowę, spojrzał zpodełba i mruknął:
— Gapon — zdrajca, kupiony przez rząd...
— Nie! — zawołał Badajew. — Znają go oddawna w kołach robotniczych.
— Gapon — sprzedajny zdrajca! — powtórzył z naciskiem Lenin. — Powiedźcie o tem Trockiemu. Niech napomknie o nim przewódcom mieńszewików i socjal-rewolucjonistów. Oni już załatwią z nim porachunki! Dziś zmienię mieszkanie. Powiadomię was o miejscu. Teraz idźcie już, bo mam jeszcze dużo do zrobienia.
Po odejściu Badajewa, Lenin natychmiast przeniósł się do innego domu i zaczaił się. Przez kilka dni nikt z partyjnych towarzyszy nic o nim nie wiedział.
Tymczasem przed dawnem mieszkaniem Lenina przez cały dzień siedziała starucha, sprzedająca z koszyka karmelki, jabłka i ziarna słonecznikowe. Przyglądała się bacznie przechodniom i na trzeci dzień spostrzegła młodego popa, który szybkim krokiem kilka razy przechodził przed domem, usiłując nieznacznie zajrzeć przez szpary ogrodzenia do podwórka.
Gdy zbliżał się do końca ulicy, podszedł do niego elegancki mężczyzna małego wzrostu, o mięsistej, wygolonej twarzy i zezującem oku, co chwila znikającem pod drgającą, ciężką powieką.
Starucha podniosła swój koszyk i podreptała przez miasteczko, wykrzykując:
— Jabłka! Cukierki! Słonecznikowe ziarna—a—a!
Zatrzymała się przy małej chatce i, obejrzawszy się ostrożnie, wślizgnęła się do sieni.
Na stuk wyszedł Lenin.
— Towarzyszu! — szepnęła. — Pop Gapon krąży koło waszego domu, a z nim razem czatuje Iwan Manasewicz-Manujłow, ochrannik i agent Wittego.
— Dobrze, towarzyszu Szymonie! Teraz dowiedźcie się, gdzie mieszka Gapon i powiadomcie Rutenberga, o którym pisał do mnie Nachamkes.
Z temi słowami Lenin zamknął drzwi.
Upłynęło kilka tygodni. Włodzimierz krył się w Teriokach, Perkiarwi, Usikirce i Helsingforsie. Powrócił wreszcie do Kuokkały, do dawnego mieszkania. Zastał tam towarzysza Szymona.
— No, opowiadajcie, jak się to wszystko odbyło? — spytał, potrząsając ręką robotnika.
— Gapon mieszkał w Teriokach. Wyśledziłem go i powiadomiłem inżyniera Rutenberga. Przyszedł do popa z dwoma jeszcze towarzyszami, doręczył mu oskarżenie i wyrok... Związali i... powiesili. Policja znalazła Gapona. Wisiał już od paru dni. Na piersi miał arkusz z wyrokiem śmierci od socjal-rewolucjonistów.
— Psu — psia śmierć! — zaśmiał się Lenin. — Ten Rutenberg — dobry inżynier, ale i kat, co się zowie! Mógłby się i nam przydać, gdyby przeszedł do nas!
— Nie przejdzie! — odpowiedział Szymon. — To — druh Sawinkowa, socjal-rewolucjonista zakuty!
— Szkoda! — westchnął Lenin. — Jabym go posłał zabić tego błazna rewolucji!
— Kogo?
— Borysa Sawinkowa!... — cicho śmiejąc się, odpowiedział Lenin.
Towarzysz Szymon ze zdumieniem zajrzał w zmrużone oczy stojącego przed nim Lenina. Ten w milczeniu uśmiechnął się dobrotliwie i chytrze zarazem, kiwnął głową, a palcem wskazał na ziemię.
— Czy teraz, czy później poślę go tam! — szepnął z naciskiem.
— Zaco?
— Ja wiem — zaco! — warknął Lenin, biorąc do rąk książkę i siadając przy oknie.
Szymon opuścił mieszkanie Lenina.
Dopiero gdy wszyscy się przekonali, że nowa konstytucja była aktem oszukańczym, zasadniczo zmienionym i niemal zniesionym, partja zażądała od Lenina, aby wyjechał zagranicę, ponieważ policja polityczna była już na jego tropie i coraz ciaśniejszem kołem otaczała znienawidzonego przez rząd wodza klasy robotniczej.
Odjeżdżając, pożegnał odprowadzających go towarzyszy słowami:
— Przekonaliście się, że nie mamy wspólnych dróg ani z caratem, ani z burżuazją wraz z jej przegniłym do reszty parlamentaryzmem. Niech kroczą po tej drodze te warstwy robotnicze, które nie mają odwagi i wstrętu do niewoli. My bez ich pomocy zdobędziemy władzę nad krajem, swoje ustanowimy prawo i swoją wymierzymy sprawiedliwość wrogom naszym! Nie zapomnimy też o tych towarzyszach, którzy, ulegając woli fałszywych proroków i zbrodniczych kierowników, stają na drodze naszej ku zwycięstwu proletarjatu. Nie ustawajcie w organizowaniu się, w powiększeniu szeregów waszych, w przygotowaniach do ostatecznej bitwy!
Były to słowa tak śmiałe, że wydały się wszystkim przechwałką bez treści i znaczenia.
Reakcja zaczęła już pokazywać kły, szalały sądy wojenne, grupy nacjonalistyczne otwarcie wypowiadały się za rozpędzeniem i zniesieniem Dumy, żądały zastosowania najsurowszych sposobów ujarzmienia rewolucjonistów, wychodzących ze swych skrytek podziemnych, i przecięcia raz na zawsze przedwczesnych marzeń budzącej się Rosji.
Któż mógł w tym okresie wierzyć pełnym nadziei i siły słowom odjeżdżającego wodza? Słuchali go towarzysze z niedowierzaniem i szeptali, smutnie kiwając głowami:
— Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyźre!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.