Lenin/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.

Nikomu nie pokazał odjeżdżający z Rosji Lenin swego oblicza.
Było ono straszne.
Gdy siedział sam w wagonie i patrzał na sunące przed oknami smętne krajobrazy, oblicze jego stało się tragiczną maską nienawiści.
Nienawidził teraz wszystko i wszystkich.
Praca kilku lat wydawała mu się marną, nędzną, pozbawioną rozpędu i siły.
Nienawidził Plechanowa, Struwego, Bebla, dawnych przyjaciół — Martowa i Potresowa, nienawidził Trockiego.
— Oni wszyscy chcą, — szeptał przez zęby, — abym po upadku powstania i wzmożeniu się reakcji palnął sobie w łeb, jako największy zbrodniarz, niemal zdrajca, w rodzaju Gapona, jako potwór, posyłający ludzi na pewną śmierć!
Zaśmiał się cicho i złośliwie, bo uświadomił sobie dokładnie, że myśl o możliwości samobójstwa ani razu nie przychodziła mu do głowy.
Wiedział, że jest źle, że Rosja, przerażona „stołypińskiemi krawatami“, jak nazywano szubienice, któremi prezes rady ministrów — Piotr Stołypin pokrył cały kraj, zapada się w otchłań bezdennego mroku i zgnębienia.
Przed oczami Lenina przeszły setki robotników, włościan, żołnierzy i rewolucyjnej inteligencji, — wszystkich odwiedzających go w Kuokkale i Teriokach.
Rozmawiał z nimi i słyszał, a jeszcze bardziej wyczuwał niewypowiadane myśli. Były one mroczne i beznadziejne. Wszyscy byli przekonani, że rewolucja została na długie lata zdławiona, robotnicze organizacje wytępione, że należy zrewidować programy partyjne i dążyć najwyżej do zatwierdzenia legalnej socjal-demokratycznej frakcji w parlamencie.
Lenin kipiał gniewem. Nienawidził swoich upadających na duchu stronników. Nigdy nie miał przyjaciół, bo nie uznawał przyjaźni, żądając tylko oddania się sprawie.
Każdego z najbardziej wiernych towarzyszy mógłby bez wahania odtrącić, rozdeptać, posłać na śmierć, gdyby się okazał niepotrzebnym, lub szkodliwym. Czuli to wszyscy i unikali bliższych z nim stosunków. Żył zapatrzony w sprawę. Przestawał być człowiekiem. Zmieniał się w maszynę, to burzącą przeżyte ideje, to przekształcającą ruch swoich kół i trybów, odpowiadając wiernie na wszystkie, najbardziej zawiłe, nieprzewidziane odruchy zewnętrzne.
Przypomniał sobie nagle wypadek, który miał miejsce w Kuokkale. Obudził on dawne wspomnienia z nad Wołgi i z Syberji i zmusił Lenina do zaciśnięcia zębów i milczenia, chociaż gotów był przeklinać i rozwalać głowy własnemi rękami.
Kalinin, jeden z najbliższych uczniów jego, przyprowadził ze sobą kilku chłopów, delegatów partji pracy w Dumie Państwowej. Goście patrzyli nieufnie, zpodełba i milczeli.
— Witam was, towarzysze, — zaczął Lenin, dobrotliwie uśmiechając się do wieśniaków. — Spodziewam się, że razem pójdziemy do celu — do zupełnej zmiany ustroju Rosji?
Stary chłop, siedzący naprzeciw Lenina, podejrzliwie zerknął w jego stronę i pomyślał:
— E—e, nie oszukasz nas! Znamy się na takich buntownikach w miejskich tużurkach i sztywnych kołnierzykach! Różnemi drogami chadzamy!
Nie powiedział tego na głos i tylko mruknął:
— To się pokaże... Musimy wpierw dobrze się przyjrzeć wam — bolszewikom...
Lenin odrazu wyczuł nieufność, niemal wrogość. Ostrożnie, krok po kroku jął wyjaśniać cel rewolucji — wytępienie burżuazji.
— Robotnicy zagarną w swoje ręce fabryki i banki i dadzą wam ziemię, pługi, traktory, kosiarki... — mówił.
Wieśniak znowu zerknął na niego i przerwał:
— Chłopi sami potrafią przywłaszczyć ziemię. Nas — mrowie! Gdy się podniesiemy, — kto nas wstrzyma? Żołnierze — synowie nasi strzelać do nas nie będą, oj, nie będą! My z ziemią i panami poradzimy sobie w jeden mig!
— Doskonale! — zawołał Lenin. — Proletarjat poprowadzi was wtedy do nowych zdobyczy rewolucji, towarzysze!
— Poczekajcie-no trochę! — upomniał go chłop, ponuro spoglądając na czysty kołnierzyk i białe, nie znające ciężkiej pracy ręce Lenina. — Proletarjat — to niby pracujący lud?
— Tak! — odpowiedział Włodzimierz, jeszcze nie rozumiejąc, do czego zmierza wieśniak, spokojny, twardy, jak głaz, albo pion starego dębu.
— Jakaż wasza praca, twoja, naprzykład? — spytał i sztywnym, zgiętym, niby żelazny hak, palcem, czarnym, o popękanej skórze, dotknął ostrożnie bladej, miękkiej dłoni Lenina.
Był to niespodziewany obrót sprawy.
Prorok i wódz robotników zmrużył oczy i po chwili odparł łagodnym głosem:
— Pracuję głową, aby Rosja mogła żyć szczęśliwie...
— T-a-a-k! — mruknął chłop, patrząc na swoich towarzyszy, którzy szyderczo uśmiechali się pod wąsem i głaskali kłaczaste brody. — To i car tak samo powiedziałby, i policjant, i nauczyciel!
Nagle się ożywiając, mówić zaczął, wymachując czarnemi, zgrzybiałemi rękami:
— Nie, bratku! To już my nieraz słyszeliśmy! Oj, nieraz! Ty, miły człowieku, przy pługu pochodź, boso, w twardych portkach płóciennych, poznaj krwawicę naszej pracy, chłód i mróz, troskę o rodzinę, lęk przed nieurodzajem, głodem, chorobami... Ech!...
Lenin odpowiedział wymijająco:
— My was poprowadzimy ku lepszej doli, towarzysze! Staniemy przed waszemi szeregami i poprowadzimy.
Chłopi zamienili pomiędzy sobą bystre spojrzenia.
Starzec, gładząc brodę, mruknął:
— Teraz to już wiemy... Wy nas poprowadzicie? Nie pytacie tylko, co nam potrzeba?
— No, to mówcie, chociaż i sami wiemy — odezwał się Lenin, łagodnie patrząc na chłopów.
— Co tu długo gadać?! — ciągnął stary wieśniak. — Nie chcemy cara, bo o wojnie od czasu do czasu myśli, ludzi nam porywa, podatkami ciśnie. Nie chcemy monarchji, bo póki ona będzie, póty wy buntów wszczynać nie zaniechacie i — nigdy spokoju nie zaznamy! Z obszarnikami i szlachtą damy sobie radę. Od czegóż siekiery, drągi i pożar? Hę? Tak to! Tego chcemy i do tego zmierzamy, miły człowieku!
Leninowi oczy na chwilę błysnęły, lecz pohamował się i spytał jeszcze bardziej łagodnym głosem:
— Nic nie mówiliście o burżuazji, o kapitalistach, którzy płacą wam tanio za chleb, a drogo żądają za towary swoich fabryk? Dobrze wam z nimi, towarzysze? Czyż potrzebni wam są uczeni, adwokaci i inna inteligentna kanalja, oszukująca was i ciągnąca w objęcia burżuazji, aby ona mogła złupić z was skórę?!
Chłopi milczeli, namyślając się i od czasu do czasu ślizgając zagadkowym wzrokiem po przysłuchujących się rozmowie robotnikach.
Jeden z wieśniaków, potężny, barczysty, spojrzał śmiałemi oczami niebieskiemi i rzekł spokojnie, lecz dobitnie:
— Słyszeliśmy już te wasze gadania w Dumie! Puste one, czcze, niemądre. Kukułcze słowa!
— Kukułcze?! — wyrwało się oburzonemu Kalininowi.
— Jak raz — kukułcze! — zaśmiał się chłop. — Nie macie nic: ani domu, ani roli, a do cudzych gniazd ochoczy jesteście i za gospodarzy we wszystkiem się podajecie! Burżuje dają nam pługi, wyborowe ziarna na zasiew, piękne bydło, dobre towary. Cóż? Płacimy za wszystko, bo są to rzeczy potrzebne. Na całym świecie płacą — płacimy i my. A cóż wy nam dacie? Nie umiecie rządzić fabrykami, prowadzić gospodarstwa. Kowal, ślusarz, cieśla — to, bracie mój, nie mądry człek, który wszystko umie... Jakże też można bez adwokata i uczonych się obejść? Któż wtedy doradzi? Nie wy przecież?
— My wam dopomożemy odebrać ziemię, zagarniętą przez carów i burżujów — wtrącił Lenin.
— Dziękujemy! — odezwali się chłopi chórem. — W tej sprawie pójdziemy razem z wami.
— To już i zgoda! — zawołał Włodzimierz.
Wieśniacy uśmiechnęli się chytrze.
— Po prawdzie powiemy, — mruknął stary, — powiemy, aby później sporu nie było pomiędzy nami! Ziemię odbierzemy, ale nikomu do naszych spraw mieszać się nie pozwolimy... Nasz będzie wtedy rząd. Nie dopuścimy ani buntów, ani wojny...
— A robotnicy? — wybuchnął Kalinin. — Cóż wy sobie myślicie? My się z tem nie pogodzimy nigdy! Taki wam strajk urządzimy, że gorąco będzie!
Lenin z groźnym wyrzutem spojrzał na towarzysza.
Chłopi jednak już podnieśli głowy i, ponuro patrząc na wszystkich, milczeli.
— Jakoś załatwimy polubownie nasze sprawy — rzucił pojednawczo Lenin, chociaż oczy miał zmrużone i mocno zaciskał szczęki. — Załatwimy...
Stary wieśniak nie zwrócił na te słowa żadnej uwagi. Wstał i, ociągając na sobie sukmanę, rzekł:
— Odrazu powiem, co „ziemia“ myśli o was! Wiemy, że od robotników bunt i niepokój idą. My zmusimy do zniesienia wielkich fabryk, gdzie tysiące się was gromadzą. Rozrzucić każemy małe fabryczki po całej Rosji, zdaleka jedną od drugiej. Gdy na każdej fabryce będzie po stu robotników, my sobie z nimi damy radę! Spokój będzie, bo teraz pracować nie możemy...
Obecni przy rozmowie robotnicy wszczęli hałas. Rozległy się krzyki, pogróżki, wyzwiska:
— Burżuje! Czytać nie umieją, a już o pognębieniu robotników marzą! Nauczyli was dobrze lokaje burżuazji, całe to padło inteligenckie, te szuje liberalne! Zdrajcy!
Wieśniacy spoglądali na siebie, jakgdyby pytając, czy nie czas rękawy zakasać i bić ciężkiemi, stwardniałemi pięściami.
Lenin przyłapał spojrzenia ich i myśli.
Zaśmiał się nagle dźwięcznie, szczerze i wesoło.
— Towarzysze! — krzyknął przez śmiech. — Zabawna historja! O co się kłócicie? Wszyscy mają rację! Towarzysze od ziemi myślą o ziemi, bo to dla nich pierwsze do zdobycia. Robotnicy — o władzy politycznej, ponieważ jest to ich najważniejsze zadanie. Zdobywajmy razem placówki naszych wrogów, a później dojdziemy do porozumienia i w innych sprawach. Cóż mamy dzielić skórę niedźwiedzia, którego tymczasem nie upolowaliśmy?!
Robotnicy mruczeli i złośliwie spoglądali na wieśniaków. Chłopi patrzyli na nich pogardliwie i mówili:
— Dlaczego nie porozumieć się?... My gotowi. Tylko najpierw ziemia!
Wreszcie opuścili mieszkanie Lenina.
Towarzysze rzucili się na swego wodza i osypywali go wyrzutami:
— Mówiliście z nimi, a tymczasem to są — zdrajcy rewolucji! Co to znaczy? Wstyd! Hańba!
Lenin porwał się z krzesła, przyskoczył do wzburzonych robotników i krzyknął syczącym głosem:
— Dość! Dość! Chłopów jest sto miljonów, słyszycie wy — półgłówki? Muszę z nimi politykować ciągle. Z nimi będzie trudniejsza, dłuższa walka, niż z carem i burżuazją! Rozumiecie?
Towarzysze umilkli, patrząc na wściekłą twarz Lenina.
Spostrzegłszy to, uspokoił się natychmiast i nawet uśmiechnął.
— Powiem wam tylko jedno, a wy zapamiętajcie to sobie dobrze! — rzekł. — Gdy będziemy robili rewolucję socjalną, — wieś, „ziemia“ rzuci hasło chłopskiej burżuazyjnej rewolucji.
Po wyjściu towarzyszy, Lenin zaczął biegać po pokoju i zacierać ręce, ciesząc się i wykrzykując:
— Nie pomyliłem się ani o jotę! Zrozumiałem wszystko tam nad Wołgą i Jenisejem. Nic się nie zmieniło! Szedłem dobrą drogą. Bez inicjatywy i kierownictwa proletarjatu włościaństwo jest zerem dla rewolucji, przygotowywanej przeze mnie. Zero! Ale ja do tego zera dodam nowe, ogromne liczby!
Umilknął i, mrużąc oczy, rzucił przez zaciśnięte zęby:
— Chociażbym miał wytępić pięćdziesiąt miljonów chłopów! Są oni chciwymi niewolnikami, a ja ugnę ich krwawym batem, widmem strasznej śmierci, uciskiem, jakiego nie znali nigdy! Zmienię ich na nowych rabów proletarjatu, aż się opamiętają i pójdą z nami ramię przy ramieniu!
Splunął. Nienawidził w tej chwili tego mrowiska ciemnych ludzi od pługa, stojących na jego drodze.
Był samotny zupełnie, lecz myśl o ciężkiej walce z włościaństwem, dodała mu chęci do życia.
Odjeżdżał, mając przy sobie Nadzieję Konstantynównę, milczącą, skromną, surową — posłuszne narzędzie w jego ręku, i kilku młodych ludzi obcej mu rasy.
Jeden z robotników, odprowadzających go, zapytał:
— Jak się to stało, Włodzimierzu Iljiczu, że najbliżsi wasi pomocnicy: Trockij, Swerdłow, Joffe, Zinowjew, Kamieniew, Stiekłow są żydami?
Lenin zmrużył oczy i odpowiedział:
— Z Rosjanami nie można porywać się na takie rzeczy! Natychmiast zaczną bawić się w mrzonki, tęsknić do duszy wszechświata, myśleć o uszczęśliwieniu ludzkości, a gdy urwie im się guzik od bluzy, wpadną w rozpacz, siądą, płacząc na brzegach „rzek babilońskich“, bić się w pierś zaczną, skruchę odczuwać i na niebo baraniemi oczami spoglądać. Dla naszej sprawy najlepsi byliby Amerykanie, Anglicy lub Niemcy. Z braku ich, biorę innych, nie mających w sobie krwi rosyjskiej, towarzyszu!
Zaśmiał się złym śmiechem.
— Wy jesteście nasz, rosyjski człowiek, a przecież prowadzicie do celu i na duchu nie upadliście? — zadał robotnik nowe pytanie.
— Jakiż ja rosyjski człowiek? — odparł, wzruszając ramionami. — Ojciec — Kałmuk astrachański, matka — z domu Blank, nazwisko — pochodzenia obcego... Ja od Kałmuków odziedziczyłem śmiałość do burzenia i zuchwałość do budowania nowego świata na ruinach i cmentarzach starego!
Spojrzał na zdumionego towarzysza i urwał nagle.
Uśmiechnął się dobrotliwie i łagodnym głosem dodał:
— Zażartowałem z was, przyjacielu! Jakiż ze mnie cudzoziemiec? Urodziłem się nad Wołgą i od dzieciństwa słuchałem opowieści o Stieńce Razinie, Jemielce Pugaczowie i innych rozbójnikach i buntownikach. Cha—cha—cha!
— No, przecież, uspokoiliście mnie! — zawołał robotnik.
— Uspokoiłem? To — dobrze! Powiem wam teraz coś innego — ciągnął Lenin. — Ja w rozpacz nie wpadnę nigdy i przed niczem się nie zawaham! Wierzę, że to, co dziś przegraliśmy, jutro odbijemy! Nie podobny w tem jestem do rosyjskiego człowieka! A to dlatego, że w młodości wyrzuciłem z serca miłość dla siebie i troskę o życie własne. Niczego nie pragnę, oprócz zwycięstwa partji, i dojdę do niego prędko, tylko patrzeć, towarzyszu! Nie myślcie o tych obcych nam z krwi pomocnikach naszych! Czyż zaprzątacie sobie głowę tem, czy to Rosjanin, czy też kto inny sfabrykował dla was młotek, piłę, tokarkę? Nie! Więc niech wam nie chodzi o to, kto: Rosjanin, Żyd, Polak, Łotysz czy Murzyn da wam państwo socjalistyczne! Aby tylko dał!
Robotnik zaśmiał się i rzekł z przekonaniem w głosie:
— Pewno, że tak!
— No, widzicie, jakie to proste i jasne?!
— Pewno, że tak! — powtórzył robotnik i więcej już o nic nie pytał.
Lenin zamieszkał narazie w Zurychu. Pracował tu nad stworzeniem naraz dwu dzienników, ciułając grosz po groszu z przysyłanych mu z Rosji od niedobitków jego partji drobnych zapomóg pieniężnych.
Głównym wrogiem dla niego byli teraz mieńszewicy i na nową walkę z nimi ostrzył nóż.
Nie miał też wygórowanego pojęcia o zachodnich towarzyszach, ujętych w karby demokratycznej ideologji.
W Stuttgarcie w końcu r. 1907 po raz pierwszy wypróbował zachodnio-europejską socjal-demokrację, zwołaną na kongres II Międzynarodówki.
Lenin zaproponował do przyjęcia wniosek, żeby, na wypadek wojny europejskiej, wszystkie partje socjalistyczne dążyły do wybuchu wojny cywilnej przeciwko kapitalizmowi, podnosząc sztandar rewolucji socjalnej. Podtrzymała go tylko Róża Luxemburg i propozycja została odrzucona z całą stanowczością. Bebel zasadniczo zgadzał się z myślą wniosku, lecz ze względów taktycznych uważał przeprowadzenie go za niewłaściwe.
Lenin z pogardliwym wyrazem na twarzy zawołał wtedy:
— Pamiętajcie, że za kilka lat albo przyjmiecie mój wniosek, albo też przejdziecie w szeregi wrogów proletarjatu!
Nacisnął czapkę na głowę i zamierzał opuścić salę posiedzeń.
Jednak nie uczynił tego.
— Nie wolno cofać się! Kongres przyjmie nikczemną „gutaperkową“ formułę, która osłabi nas.
Został i wraz z Zinowjewym i Różą Luxemburg przeforsowali poprawkę, obowiązującą partyjnych socjalistów do wysiłków, skierowanych przeciw wojnie i kapitalizmowi.
Nazajutrz, przeglądając dzienniki, Lenin śmiał się długo i złowrogo.
Cała prasa socjalistyczna rzuciła się na niego z wściekłością, nazywając go „anarchistą“, Maratem, zbrodniarzem i szaleńcem, opętanym przez manję wielkości i ambicję osobistą.
— Głupcy! Głupcy ślepi! — syczał przez śmiech.
Gdy wziął do rąk gazety rosyjskich socjalistów, kierowanych przez Plechanowa, przestał się śmiać. Uspokoił się nagle i czytał uważnie, zatrzymując się na poszczególnych wyrazach i słowach.
Skończył i, zamknąwszy oczy, siedział zamyślony.
— Czytałaś? — spytał Krupskiej, ruchem głowy wskazując stos rozrzuconych po biurku i podłodze dzienników.
— Przeglądałam dzisiejsze pisma — odparła. — Atak przeciwko tobie na całej linji!
— Atak... — szepnął. — Atak, który skończy się ich klęską! Tymczasem nic mnie nie obchodzi grzeczniutki, dobrze wychowany i wytresowany, jak piesek cyrkowy, socjalizm europejski. Rozprawię się z nim później! Przyjdzie czas, gdy na mnie połamie zęby... Ale nie mogę pozostawić bez odpowiedzi naszych półgłówków, owczym pędem brnących za Plechanowym. On wie co robi i tylko dotąd nie odkrył swoich kart! Inni idą za nim, o niczem nie myśląc. Nie mogę dłużej czekać! Muszę otworzyć oczy partyjnych towarzyszy i w proch obrócić stare „ikony“ socjalistyczne... albo... albo przynajmniej obryzgać je błotem od stóp do głów. Muszę z tem zrobić porządek!
Schwycił „Jutrznię“ i na głos czytał.
— Słyszysz? — zawołał. — Nazywają mnie Nieczajewym. Tyle lat ze mną pracują, a dotąd nie znają mnie. Ja i — Nieczajew!! Co mam z nim wspólnego? Nienawiść klasową, wiarę w zbawienność rewolucji, energję do walki? Ale to mają Plechanow, Kautzky, Bebel, Lafargue, ba! nawet Czernow i Sawinkow. Nieczajew był wściekły ślepiec, bez namysłu porywający się na czyny szalone. O, jam nie taki! O każdym swoim kroku myślałem lata całe i nogę stawiam tam, gdzie znam każdy kamień, najmniejsze ździebełko trawy. Znam i przewidzieć mogę każde drgnienie duszy narodu rosyjskiego, którego nikt nie zna i nie znał nigdy... Dowód najlepszy — nie rozumieją mnie!
Krupskaja zaśmiała się cicho.
— Co ci przyszło do głowy? — spytał Lenin.
— Kiedyś czytałam twoją charakterystykę. Już nie pamiętam, kto pisał, że jesteś najzdolniejszym uczniem jezuitów, że w tobie się skojarzyły wady i talenty Machiavelego, Talleyranda, Napoleona, Bismarka, Bakunina, Blanqui i Nieczajewa — rzekła ze śmiechem.
— Do takiego biografa można zastosować określenie popów rosyjskich, którzy o głupcach mówią, że są „bałwanami króla Niebieskiego“! — odparł i zaczął się śmiać głośno i wesoło.
Był to śmiech dziwnie beztroski i zupełnie szczery.
Lenin przeniósł się do Genewy, gdzie założył dziennik i tu, w jaskini „lwa“ — Plechanowa rozpoczął wojnę z mieńszewikami.
Nazwał ich „zgniłkami“ i „pobitemi psami“, szczekającemi na własny cień.
Wreszcie napisał artykuł, który przeraził nawet Nadzieję Konstantynównę.
Lenin dowodził, że mieńszewicy zaprzedali się burżuazji.
— Tak nie można pisać! — zaprotestowała Krupskaja. — Jest to już wyraźne oszczerstwo! Któż uwierzy, że Plechanow, Dejcz, Czcheidze są zaprzedańcami?!
Lenin śmiał się, patrząc na nią, a w jego oczach była tak głęboka pogarda dla obaw żony i jej oburzenia, że umilkła i zgnębiona wyszła z pokoju.
Socjaliści nie pozostawili tego oskarżenia bez odpowiedzi.
Lenin został powołany przed sąd partyjny.
Stawił się spokojny, beztroski, tylko w źrenicach jego zapalały się szydercze ogniki.
Na zapytanie, czy miał zamiar wzbudzić w szerokich kołach robotniczych nieufność do partji, uśmiechnął się i odparł:
— Użyłem zupełnie świadomie takich wyrazów, aby robotnicza klasa zrozumiała moje słowa literalnie, czyli, że jesteście kupieni przez burżuazję.
— Przecież, jest to ohydne oszczerstwo! — zawołali sędziowie, zrywając się z miejsc.
Lenin obojętnym wzrokiem ogarnął zgromadzenie i, wzruszając ramionami, spokojnym głosem oświadczył:
— Zwalczając przeciwnika należy zawsze używać wyrazów, wzbudzających w tłumie najgorsze podejrzenia. Właśnie tak uczyniłem!
— Gdzież są pańskie zasady moralności? — z oburzeniem zapytał jeden z sędziów.
— Któż to, towarzyszu, opowiedział wam takie brednie, że ja mam zasady i że hołduję moralności? — odpowiedział pytaniem, mrużąc oczy.
— Istnieją zasady etyczne, niezmienne... — rozpoczął sędzia.
Lenin niecierpliwie przerwał mu:
— Towarzyszu, nie traćcie słów i czasu! W moim słowniku pojęcia te nie istnieją. Zasada moja — rewolucja; moralność — rewolucja!... To już i wszystko! Dla powodzenia wszystkie drogi i środki są dopuszczalne.
— Nawet fałszowanie pieniędzy, lub „pożyczki“ od żandarmów? — krzyknął z miejsc dla publiczności jakiś młodzieniec, bijąc się w pierś. — Cóż na to odpowiecie, towarzyszu Uljanow?!
Lenin uśmiechnął się zagadkowo i odparł łagodnym, dobrotliwym głosem, niby do dziecka mówił:
— Odpowiem! Towarzyszu, czy nie macie przy sobie kliszy banknotu, a ja go odbiję na rzecz partji i rewolucji? A, może znacie jakiego żandarma, który chciałby dać pieniądze na mego „Proletarjusza“, bo ja chętnie wezmę?...
Wszczął się hałas, krzyki oburzenia, przekleństwa.
Lenin podniósł głowę i chrapliwym głosem zawołał:
— Towarzysze! Nie mam nic więcej do powiedzenia wam. Odchodzę i oświadczam, że wyrok wasz nie zwiąże mi rąk, że będę postępował tak, jak tego wymagają sprawy rewolucji i partji bolszewików, czyli istotnych socjalistów, nie zaś lokajów, nadskakujących liberalnym fałszerzom i demokratycznym szantażystom!
Jednak przeciwnicy szkodzili mu w Genewie na każdym kroku. Nie mógł nawet znaleźć drukarni dla siebie. Zmuszony był przenieść się do Paryża.
Lenin z Krupską pędzili tu ciężkie życie.
W Rosji wszystko się pochowało lub legło zduszone przez wzmagającą się, ponurą reakcję.
Socjaliści albo się wyrzekali swoich przekonań i przechodzili do obozu legalnych liberałów, albo opłakiwali minione czasy nadziei, twierdząc, że rewolucja zamarła na długie lata, a może nawet na zawsze. Nikt już nie szukał nowych dróg i tylko z dalekiego Paryża zalatywał samotny, a potężny głos:
— Nie dawajcie się oszukać grabarzom rewolucji, którą mieńszewicy i inni zdrajcy naszej sprawy nazywają chaosem. Przeżyliśmy okres wielkiej rewolucji nie dlatego, że był ogłoszony manifest 17 października 1905 r. o rosyjskiej konstytucji, nie dlatego, że burżuazja zaczęła protestować przeciwko zgrzybiałym formom rządu, lecz dlatego, wyłącznie dlatego, że w Moskwie wybuchnęło zbrojne powstanie robotników i że przed światowym proletarjatem na jeden miesiąc zabłysła petersburska rada robotniczych delegatów, jako gwiazda przewodnia. Echa jej nie umrą! Rewolucja odrodzi się niebawem, powstaną Rady robotnicze, Rady zwyciężą!
Te słowa śmiałe, nadzieją opromienione, świeciły, jak dalekie błyskawice. Dla jednych były one ostatniemi pomrukami odlatującej burzy, dla drugich — fałszywemi ogniami, puszczanemi dla postrachu, dla innych, a tych coraz mniej pozostawało w Rosji, brzmiały one — niby rzewne słowa Ewangelji, którą niegdyś w mrocznej epoce prześladowania chrześcijan głosili z ukrycia apostołowie i ich uczniowie, podtrzymując i pokrzepiając wiarę ściganych, umęczonych, trwogą ogarniętych, niepewnych ani dnia ani godziny wyznawców drogiej i jedynej dla nich prawdy.
Tymczasem rozproszona i prawie zgładzona partja nie mogła zaopatrywać swojego proroka i wodza w środki pieniężne.
Drobne sumy, przysyłane z Rosji, nie starczyłyby na utrzymanie Lenina, Krupskiej, Zinowjewa i Kamieniewa, a tymczasem większą część zapomóg oddawano na drukowanie gazety „Socjal-Demokrata“, gdzie rzucano hasła nadziei i nawoływano do czujności, aby nie zmarnować chwili, nadającej się do podniesienia czerwonego sztandaru.
Były to lata głodu i nędzy ostatecznej.
Lenin, żywiąc się czarną kawą i suchym chlebem, dnie całe spędzał w Narodowej Bibljotece i opracowywał szereg książek, które miały się stać później biblją nowej sekty rewolucyjnego proletarjatu.
Nie zwracał już żadnej uwagi na napaści socjalistów z innych obozów, na ich drwiny i oszczerstwa, — pracował, nie upadając na duchu, niezłomnie wierząc w dążący świt nowej rewolucji.
— Skąd macie tę wiarę i pewność, że przyjdą inne czasy, kiedy pracujące warstwy będą mogły dążyć do swego celu? — pytał go nieraz Kamieniew.
Takie same pytanie czytał Lenin w oczach Krupskiej i Zinowjewa.
Podnosił głowę, nadsłuchiwał, baczny i drapieżny.
Zdawało się, że to dziki zwierz wietrzy i czyha, czując zbliżającą się zdobycz.
Mrużył skośne oczy, zacierał ręce i szeptał przenikliwie:
— Wielka wojna jest nieunikniona... Wyczuwam ją każdym fibrem duszy. Słyszę jej ciężki chód, a z dniem każdym rozlegają się głośniej, bliżej jej twarde kroki. Nadchodzi nasz czas! Godzina ostatecznej walki i zwycięstwa!
Więcej nic nie mówił. Chory, blady, głodny, w podartem ubraniu biegł do bibljoteki, czytał, pisał, jakgdyby się obawiał, że nie zdąży na czas zakończyć pracy, gdyż lada chwila nastanie potrzeba czynu, walki, dla których on — nędzny, ubogi emigrant — skrzętnie zbierał, systematyzował i ożywiał hasła, układał „świętą księgę“ nowej wiary, broń bitewną i narzędzia zniszczenia wrogiej twierdzy.
Po ciężkich latach ucisku, sumienie uciemiężonego narodu rosyjskiego budzić się zaczęło. Na dalekiej Lenie syberyjskiej wyzysk i znęcanie się kapitału doprowadziło do powstania robotników w kopalniach złota.
Echa strzałów żandarmskich do bezbronnych ludzi poniosło ponurą, drażniącą wieść ponad bezkresne równiny Rosji.
Odpowiedziało im wrzenie w środowiskach fabrycznych, w kołach inteligencji, w Dumie państwowej, w prasie rosyjskiej i zagranicznej.
Rząd uląkł się i natychmiast rewolucyjne żywioły zajęły nowe placówki. W Petersburgu i Moskwie zjawiły się legalne, chociaż skrajne pisma „Gwiazda“, „Prawda“ i „Myśl“.
Lenin rzucił całą powódź swoich artykułów.
Podnosił w towarzyszach partyjnych gasnącą wiarę w możliwość rewolucji socjalnej, zohydzał parlamentaryzm, przytaczał nowe oskarżenia, potępiające przeciwników, i twierdził, że zachodni socjalizm przegnił razem z legalizmem socjal-demokratów.
Ciskał zuchwale w twarz całego świata rękawicę, oświadczając, że tylko rosyjski proletarjat rewolucyjny posiada siłę do zburzenia starego, przeżytego, tonącego, w marazmie społeczeństwa i do wyprowadzenia ludzkości na drogę prawdziwego postępu, idąc na czele pracujących wszystkich ras i narodów.
W tym okresie ożywiającego się ruchu, partja zażądała od Lenina, aby zamieszkał w pobliżu rosyjskiej granicy. Potrzebowała bowiem ciągle rad jego i kierownictwa.
Natychmiast porzucił Paryż i przeniósł się narazie do Pragi.
Codziennie przybywali tu towarzysze z Petersburga i Moskwy. Stosunki z Rosją nie przerywały się odtąd ani na chwilę. Lenin znowu złączył i powiększył szeregi partji, kierował gazetą „Prawdą“, w której umieszczał artykuły, odzywając się na wszystkie echa życia, przygotowywał mowy dla najbardziej śmiałego posła do Dumy, towarzysza Malinowskiego.
Lenin odmłodniał. Niewyczerpany zasób sił burzył się w nim i tryskał. Nie spał, nie jadł, naradzając się z gośćmi, pracując przy biurku, rozsyłając listy prywatne, cyrkularze, komunikaty.
Stawał się znowu wodzem.
Towarzysze myśleli, że kieruje życiem partji w przeżywanej dobie. On zaś przygotowywał partję do wielkich czynów, bo czuł i wierzył niezłomnie, że chwila dawno oczekiwana zbliża się szybko i nieubłaganie.
W tym czasie Lenin zwołał zjazd partji w Pradze czeskiej dla omówienia taktyki, uzgodnionej z okolicznościami momentu politycznego.
Przed rozpoczęciem obrad otrzymał list cyfrowany. Odczytał go i uśmiechnął się zagadkowo.
Na zjeździe zbliżył się do niego nieznajomy człowiek i, przyglądając mu się podejrzliwie, rzekł:
— Niezmiernie się cieszę że was poznaję, towarzyszu! Jestem delegatem od socjalistycznej lewicy Dumy Państwowej. Wygłaszałem pisane przez was mowy...
— Malinowski? — przerwał mu Lenin.
— Tak! — potwierdził nieznajomy.
— Sądzę, że macie do pomówienia ze mną na osobności... — szepnął Lenin.
— Istotnie... chciałem... — zaczął Malinowski.
— Nie tutaj! — potrząsnął głową Lenin. — Przyjdziecie do mnie dziś wieczorem. Będziemy sami... W cztery oczy łatwiej się mówi. Prawda?
— Rzecz jasna, że łatwiej! — zgodził się. — Przyjdę do was, Włodzimierzu Iljiczu.
Około północy zjawił się w pokoju Lenina i niespokojnym wzrokiem szperał po wszystkich kątach.
— Widzę, że macie coś ważnego do powiedzenia! — uśmiechał się Lenin. — Mówcie śmiało — nikt nas nie podsłucha.
Usiedli i pochylili ku sobie głowy, jak dwaj spiskowcy.
— Spotkała mnie pewna przykrość... — zaczął Malinowski niepewnym, drżącym głosem. — Towarzysze twierdzą, że posiadają dowody... dowody...
— Że służycie na dwa fronty: rewolucji i policji! — dokończył za niego Lenin.
— To już wiecie? — spytał, ze zdumieniem i trwogą patrząc w jarzące się źrenice Włodzimierza.
Ten w milczeniu skinął głową i czekał, nie spuszczając wzroku z niespokojnie biegających oczu gościa.
— Oszczerstwo! Krzywda mi się dzieje, Włodzimierzu Iljiczu! — zawołał i uderzył się w piersi. — Wiecie, że byłem mieńszewikiem, lecz stopniowo, po długich obserwacjach i namyśle, przeszedłem do bolszewików i wykonam wszystkie wasze zlecenia, towarzyszu!
— Dość! — syknął Lenin. — Ani słowa więcej! Wiem wszystko, „towarzyszu Romanie“. Wszystko! Od waszej pierwszej zwykłej kradzieży i ostatniej — z włamaniem, za co skazano was na więzienie, — do rozmów tajnych z szefem żandarmów, Kurłowym, i z Bieleckim z departamentu policji!
Malinowski porwał się na równe nogi i sięgnął do kieszeni.
Lenin zaśmiał się szyderczo.
— Zostawcie rewolwer w spokoju! Nic wam nie zagraża ze strony naszej partji... tymczasem, — szepnął. — Potrzebni nam jesteście, bo tylko wy jeden... z zezwolenia departamentu policji możecie bezkarnie wygłaszać w Dumie to, co my wam podyktujemy. Dla partji jest obojętnem, kto wypowiada nasze myśli: uczciwy socjalista, czy podły prowokator. Chodzi nam o to, aby Rosja słyszała, co myślimy i do czego dążymy.
Towarzysz Roman milczał, ze zdumieniem i nieufnością patrząc na Lenina, który uśmiechał się do niego uprzejmie i ciągnął dalej:
— Przez cały czas współpracy z nami będziemy bronili was przed wszelkiemi zarzutami. Jeżeli zaczniecie uchylać się od tego...
Włodzimierz wstał i podszedł do Malinowskiego. Dotknął jego kieszeni i rzekł:
— Rewolwer, ani nawet cały korpus żandarmów nie uratują was, towarzyszu. Zginiecie tegoż dnia, w którym centralny komitet partji wyda na was wyrok śmierci. A teraz bądźcie spokojni tymczasem! Zupełnie spokojni!
Rozstali się, mocno potrząsając sobie ręce i rozmawiając życzliwie.
Ledwie zamknęły się drzwi za prowokatorem, z szafy wyślizgnął się Zinowjew, a z pod łóżka wypełznął Murałow, stary partyjny robotnik.
Śmiali się cicho i mówili do Lenina:
— Ależ zabiliście mu, Iljiczu, ćwieka do głowy! Cha, cha, cha!
Włodzimierz zacisnął usta i szepnął:
— Szkodnik to i ostatni szubrawiec, jednak partja ma z niego więcej korzyści niż niebezpieczeństwa. Musimy go bronić wszelkiemi sposobami. Wyśpiewa on nam kiedyś wszystko, co potrzebujemy wiedzieć, a później nastąpi... likwidacja...
— Śmierć? — zapytał Zinowjew.
— Tacy żyć długo nie powinni — z uśmiechem łagodnym odpowiedział Lenin. — Zapamiętajcie tylko dobrze dzień dzisiejszy, bo, być może, że będziecie zmuszeni poświadczyć rozmowę moją z prowokatorem i z wami.
W milczeniu skinęli głowami.
— Chcę wprowadzić Malinowskiego do centralnego komitetu partji; zapewnijcie jednogłośne obranie go przez kongres jutrzejszy! — dodał Włodzimierz.
Znowu skinieniem głowy potwierdzili rozkaz wodza.
Nie mieli żadnych zwątpień i cienia wahań.
Szli przecież ku celowi partji.
Dla niej gotowi byli oddać życie... swoje i innych, chociażby dla tego musieli wytępić połowę całej ludzkości.
Był to wyższy nakaz. Dla nich — promienny ideał, dla wrogów — zbrodnia ponura.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.