Leśniczy/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Leśniczy
Podtytuł Obrazek wiejski
Pochodzenie „Tygodnik Mód i Powieści“, 1890, nr 22-35, 37-46
Redaktor Jan Kanty Gregorowicz,
Emil Skiwski
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Niby na pozór nic się nie odmieniło w Magdzinie, w rzeczywistości jednak stosunki całkiem inny przybrały charakter. Pan Hieronim sam z własnej woli, pomógł bratu uporządkować rachunki.
— Wybacz, drogi Ludwiku — mówił — żem zwlókł trochę tę sprawę, ale nie miałem czasu. Lato, widzisz, i jesień nie jest pora właściwa na tego rodzaju czynności. Teraz zima, roboty niewiele, więc mogę w księgach ład zaprowadzić. Chciałeś poznać stan interesów, poznaj że go. Nie jest świetny, ale, na szczęście, mamy drogi ratunku.
O sprzedaży lasu mowy już nie było. Pan Ludwik mówić o tem nie lubił, pan Hieronim milczał dyskretnie... tak jak gdyby ten przedmiot nigdy poruszany nie był. Na opłacenie pilniejszych długów dał pieniędzy nieoszacowany Winterblum. Spłacił kilku wierzycieli hypotecznych i prócz tego złożył w ręce pana Hieronima pewną sumę na opłacenie podatków, na potrzeby bieżące. Sam się z tem ofiarował; pan Ludwik wymawiał się i grzeczności tej przyjąć nie chciał.
— Masz pan zamiar — mówił — majątek kupować, gotówka panu potrzebna.
Rozśmiał się na to mały człowieczek i zapewnił, że aczkolwiek Krezusem nie jest, ma jednak tyle kapitału, że może i majątek nabyć i zacnemu człowiekowi w potrzebie dopomódz. Po pewnych certacyach rzecz przyszła do skutku; pan Winterblum w towarzystwie pana Hieronima, zaopatrzonego w plenipotencyę, udał się do hypoteki, dla dopełnienia zwykłych formalności.
Jedyny człowiek, uczynny i dyskretny! Gdy mu dziękowano uszy sobie zatykał i dowodził, że taka bagatelka wspomnienia warta nie jest.
Przyjeżdżał do Magdzina często, przesiadywał całemi tygodniami, a przez ten czas ciągle panu Ludwikowi towarzystwa dotrzymywał, zajmował go rozmową, wieści ze świata przynosił.
Kaliński na drugi plan zeszedł. Nie odebrał mu pan Ludwik ani zaufania, ani szacunku, lecz już go się nie radził i nie żądał towarzystwa jego jak dawniej.
Widząc to stary oficyalista, postanowił ustąpić i prosił, aby go na dawne miejsce, do lasu posłano.
Żądanie jego nie natrafiło na opór. Ustąpił więc. W przeddzień wyjazdu przyszedł pożegnać Anielcię, zastał ją zajętą robótką. Była sama. Powiedział z czem przychodzi. Spojrzała na niego zdumiona...
— Dlaczegóż to pan nas opuszcza? — zapytała.
— Robić tu co nie mam — odrzekł — a darmo chleba jeść nie chcę. Wracam więc, panienko, do lasu... bo go nikt teraz nie pilnuje.
— Panie Kaliński — rzekła, patrząc mu prosto w oczy — w tem coś jest.
— Eh... nic — odrzekł wymijająco.
— Pan mnie nie zwiedzie... nie! Ja czuję żal w pańskim głosie, w spojrzeniu... Dlaczego pan ze mną szczerze nie mówi?
— Nie ma o czem, panno Anielo. Zwyczajna rzecz. Ten pan... nazwiska jego nigdy spamiętać nie mogę, ten pan...
— Winterblum...
— Wszystko jedno... otóż ten pan ma dar zabawienia i zajęcia pani ojca... gospodarstwa pilnuje pan Hieronim, o lesie mówić przestali... więc cóż ja mam tu robić?... idę tam, gdzie będę pożyteczniejszy, a nie mogłem odejść, nie pożegnawszy się z panią...
— Nie umiem panu powiedziéć, jak mi to przykro.
— Dlaczego, przecież za górami nie będę. Na każde wezwanie, a nawet i bez wezwania, przyjdę tu... Bogu dzięki, że ojciec pani spokój odzyskał i że mu czas weselej schodzi w towarzystwie.
Anielcia pokręciła główką.
— Jak się panu to towarzystwo podoba? — spytała.
— Skoro ojciec pani zadowolony...
— Nie odpowiada pan wprost.
— Cóż mam mówić?
— Mnie się ten pan nie podoba wcale — rzekła głos zniżając — ja go nie cierpię.
— A to dlaczego? Cóż pani złego wyrządził?
— Nic. Może ja się mylę, może nie mam racyi, ale w tym człowieku jest coś odpychającego... Biedny ojczulek widziéć tego nie może, a ja powiedziéć mu nie śmiem. Ciocia, chociaż prawie że nie patrzy na ludzi, zawsze swojem gospodarstwem zajęta, także to spostrzegła.
— No tak, w rzeczy samej, bardzo przyjemny on nie jest.
— Wie pan, kiedy czasem patrzę na niego, jak pochylony nad stołem rozwesela ojczulka swojem opowiadaniem, to zdaje mi się, że widzę kota, który się przyczaił w ogrodzie i lada chwila rzuci się na ptaszka.
Po twarzy Kalińskiego przemknął smutny uśmiech.
— Dziwna rzecz — ozwał się — że i ja takie samo porównanie miałem na myśli... zresztą może się mylimy, może pod tą powierzchownością niesympatyczną kryje się najlepszy charakter. Ze względu na ojca pani, pragnąłbym żeby tak było.
Anielcia pokręciła głową.
— Odchodzę już — rzekł Kaliński — niech panią Bóg ma w swojej opiece, panią i cały ten dom.
— Wolałabym żebyś pan bliżej nas był, ale skoro już postanowiono inaczej, żegnam pana, nie tracąc wszakże nadziei, że będzie pan nas często odwiedzał i zawsze o nas pamiętał.
Oficyalista złożył pocałunek na drobnej rączce Anielci i odszedł, dziewczyna udała się do pokoju ojca.
Pan Ludwik był sam, gdyż Winterblum z panem Hieronimem, z powodu ważnego, jak mówili, interesu, wyjechali do miasta.
Niewidomy siedział na fotelu pogrążony w dumaniach, tak że wejścia córki nie słyszał. Zbliżyła się do niego i objęła za szyję.
— Dzień dobry, ojczulku — rzekła.
— Dzień dobry, moje dziecko... bardzo dobrze żeś przyszła, siądź tu przy mnie... Co mi powiesz, Anielciu?
— Jak się ojczulek dziś czuje?
— Jak zwykle, moje dziecko, nawet lepiej niż jak zwykle, bo spokojniejszy jestem... Dzięki dobrym ludziom.
Anielcia westchnęła.
— Czemu wzdychasz? — zapytał — czy masz jakie zmartwienie... Powiedz.
— Ja nie wzdychałam, ojcze.
— Jednak słyszałem wyraźnie. Cóż ci to dolega, moje dziecko, powiedz szczerze.
— Mój ojczulku... czyż mało przyczyn do smutku... dość pomyśléć o twej ciężkiej niedoli.
Pan Ludwik ręką machnął.
— Powiedz mi — rzekł po chwili — dlaczego dziś w domu tak cicho?
— Bo nie ma nikogo. Ciocia jak zwykle gospodarstwem zajęta, pan Kaliński odjechał przed godziną.
— Już odjechał?
— Tak... przyszedł mnie pożegnać... był bardzo smutny.
— Dziwak jest, zacności człowiek, ale dziwak, uprzedza się do ludzi bez żadnego powodu; wszędzie dopatruje złe... ja nie wiedziałem nawet, że taki podejrzliwy jest. Przypuszczam, że stetryczał z powodu starości, bo dawniej taki nie był.
— Przecież pan Kaliński jeszcze nie jest tak bardzo stary, a przynajmniej nie wygląda na takiego.
— Zdaje ci się, Anielciu, to dziad już i może dlatego dwoi mu się w oczach. Wyobraź sobie, że on mnie straszy jakiemiś urojonemi przypuszczeniami.
— Bo on nas kocha, ojcze, on jeden tylko...
— On jeden?!
— Tak, podług mego zdania przynajmniej.
— Ja jego dobrej woli nie kwestyonuję, o jego charakterze najlepsze przekonanie mam, ale powtarzam, że zdziwaczał; bo proszę cię naprzykład, zdaje się, że chyba samo niebo zesłało mi człowieka, który jest towarzyszem wybornym. Nadzwyczaj przyjemny, zawsze w pogodnym humorze, wesoły, dowcipny, mający dużo do powiedzenia, umila mi chwile samotności, skraca czas, który mnie niewidomemu, a więc skazanemu na przymusową bezczynność, tak się zawsze długim wydaje. Nie masz pojęcia, Anielciu, jaką wartość dla mnie ma taki właśnie towarzysz... On współczuje mojej niedoli, poświęca się dla mnie, traci czas, opuszcza własne, najpilniejsze interesa, i dlaczego? z jakiej racyi? Nie jest mi on przecież brat, ani swat, ani nawet dawny dobry znajomy... a jednak... Ten człowiek, Anielciu kochana, ma serce... złote serce! miałem na to wiele dowodów... on przyszedł mi także z pomocą materyalną, bezinteresownie, bo policzył sobie za to taki tylko procent, jaki ma od listów zastawnych... Znajdźże mi w dzisiejszych czasach człowieka, który to zrobi...
Anielcia słuchała tych pochwał w milczeniu.
— I cóż, moje dziecko — rzekł — nic nie mówisz?
— Słucham co mi ojczulek opowiada.
— I nie przyznajesz mi słuszności?
— Doprawdy — rzekła, rumieniąc się — sama nie wiem co mam mówić... lękam się, żeby ojczulek nie powiedział, że dziwaczeję na starość, jak nasz kochany pan Kaliński.
— Jakto? więc i ty masz jakieś uprzedzenie względem pana Mieczysława?
— W ogóle nie lubię o nikim źle mówić... ale...
— A cóż mogłabyś o nim złego powiedziéć? Może co wiesz? w takim razie nie krępuj się dla mnie, proszę.
— Nic nie wiem.
— A więc?
— To jest człowiek bardzo niesympatyczny...
— Pod jakim względem?
— Nie wiem, mój ojczulku, wytłomaczyć, ani umotywować nawet tego nie potrafię... Osobiście nic mi złego nie zrobił, przeciwnie, jest dla mnie uprzedzająco grzeczny... nieraz aż mnie kłopocze swoją wyszukaną uprzejmością, powiem nawet nadskakiwaniem... o tobie, mój ojczulku, odzywa się zawsze z największą życzliwością, z uwielbieniem, a jednak...
— Cóż? cóż? powiedzże.
— W tem jest fałszywa nuta... w jego słowach podstęp przeczuwam.
— Mylisz się, Anielciu.
— Być może.
— Jesteś pod wpływem uprzedzeń Kalińskiego.
— O co to, to nie! Ja jestem pod wpływem moich własnych przeczuć, mnie głos wewnętrzny ostrzega o niebezpieczeństwie... ja się tego człowieka boję... jabym pragnęła, żeby oddalił się ztąd jak najprędzej. Niech idzie dokąd chce, niech mu się dzieje jak najlepiej, ale niech tu między nami nie będzie... Ojczulku! — zawołała, rzucając się panu Ludwikowi na szyję — mój ojczulku najdroższy, czy wątpisz o mojem przywiązaniu do ciebie?
— O tem, moje dziecko — z pewną surowością w głosie rzekł — mowy nie ma. Uspokój się, jesteś jak widzę podrażniona, postaraj się zebrać myśli, panować nad sobą, pomówmy spokojnie, moja Anielciu... Przed pół rokiem interesa nasze majątkowe były w takim stanie, że obawiałem się o twój los, o twoją przyszłość. Dziś zmieniło się na lepsze. Pilniejsze potrzeby zaspokojone, groźba wywłaszczenia nad nami nie wisi i jest nadzieja, że przy pomocy Bożej i pracy wuja Hieronima, względem którego, mówiąc między nami, byłem niesprawiedliwy, nie zabraknie ci chleba. Słuchaj dalej: przed półrokiem byłem złamany, zgnębiony zupełnie, zniechęcony do życia, dziś przeciwnie, radbym żyć dla ciebie, moja Anielciu, i dla przyszłości. Komuż to zawdzięczam jeśli nie człowiekowi, który w tobie, dla fantazyi, dla powodów wcale nieusprawiedliwionych, dla dziecinnego kaprysu poprostu, budzi takie nieprzychylne uczucia. Niesprawiedliwa jesteś, Anielciu, niesprawiedliwa... powtarzam.
Dziewczyna przycisnęła obie ręce do czoła.
— Ah, ojcze — rzekła — daj Boże, żebym była w błędzie... a co się tyczy przyszłości ja ją sobie wyobrażałam inaczej.
— Jakto inaczej?
— Sądziłam, proszę ojca, że pozostawimy interesa majątkowe własnemu ich biegowi, że opuścimy Magdzin i udamy się do znakomitych lekarzy, po to, ażeby ci, ojcze, świat powrócić.
— Więc ta mrzonka nie opuściła cię aż dotąd? — zapytał z gorzkim uśmiechem.
— Nie mrzonka to, mój ojcze — odrzekła — wypadki podobne do osobliwości nie należą. Ja jestem prawie pewna, że się uda, a doprawdy, aby ci, kochany ojcze, wzrok ocalić, warto choćby cały majątek poświęcić.
Pan Ludwik uśmiechnął się.
— Widzisz — rzekł — to samo codziennie powtarza mi człowiek, którego o jakieś złe zamiary posądzasz.
— On?
— Tak, Anielciu, i musiałem mu dać słowo, że pojadę z nim zagranicę i poddam się operacyi. On będzie mi towarzyszył i zaprowadzi...
— To się nigdy nie stanie! — zawołała z mocą.
— Co? — zapytał zdumiony — dlaczegoby się stać nie miało?
— Ja na to nie pozwolę nigdy! nigdy!...
Pierwszy raz w życiu pan Ludwik odezwał się szorstko do córki:
— Proszę cię, Anielciu, pamiętaj o tem, że mówisz do ojca i zostaw mnie samego.
Dziewczyna wyszła nie rzekłszy ani słowa i dopiero, gdy znalazła się w swoim pokoju, puściła wodze łzom. Tak płaczącą zastała ją ciotka Józefa, cioteczna siostra pana Ludwika, która od śmierci matki Anielci zastępowała w Magdzinie panią domu i matkowała młodziutkiej swej siostrzenicy.
Ciotka Józefa była to osoba już nie młoda, kobieta z dobrem sercem, do brata i do Anielci przywiązana szczerze, lecz po za sprawami gospodarstwa domowego nic widziéć nie chciała, a może i nie mogła. Zdawało jej się, że gdy w domu nikt nie głodny, gdy spiżarnia pełna zapasów, w oborze i w kurnikach porządek, to już spełniła wszystko co do niej należy i wszyscy powinni być zadowoleni. Życie jej upływało między folwarkiem, kuchnią i śpiżarnią; po za tem świat dla niej nie istniał. Obowiązki swe względem Anielci pojmowała w ten sposób, że należy dziewczynę nauczyć gospodarstwa domowego, robótek ręcznych i dość na tem. Po co więcej. Guwernantka zrobiła już swoje, wykształciła Anielcię naukowo, ciotka wykształciła ją praktycznie, a za rok, dwa, trzy, trafi się ktoś, Anielcia wyjdzie zamąż, będzie u siebie panią i gospodynią. Zwykły to los kobiety i do tego losu, zdaniem ciotki, Anielcia była przygotowana. Nie mogła też poczciwa ciotka zrozumiéć, dlaczego Anielcia bywa niekiedy zamyślona i smutna. Grymasy to, nic więcej, bo czem się martwić. Dobrze jej, głowa ją o nic nie zaboli, trosk nie zna, a że ojciec kaleka, cóż na to poradzić. Wola Boża, nie on jeden jest w takiem położeniu.
Wszedłszy do pokoju Anielci, ciotka Józefa zdziwiła się niezmiernie, widząc siostrzenicę swą zapłakaną.
— Cóż to, Anielciu? — spytała — czy nie jesteś chora przypadkiem?
— Nie, ciociu.
— A więc?... powiedzże, moje dziecko, może będę mogła zaradzić.
Po niejakiem wahaniu, Anielcia opowiedziała ciotce przyczynę swego smutku. Pani Józefa kiwnęła kilka razy głową, wzruszyła ramionami i rzekła:
— Nic a nic nie rozumiem, dlaczego masz być smutną — a w myśli dodała:
— Grymasy!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.