Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII


W górę Kamy.




Nazajutrz rankiem 18 Lipca statek przybył do przystani, oddalonej o milę od Kazani. Na brzegu tłoczyła się ludność, ciekawa nowin, złożona przeważnie z Czeremissów, Mordwy, Czuwaszów i Tatarów. Ci ostatni bądź nosili przy krótkich kaftanach czapki z okrągłemi wyłogami, przypominające tradycyjny kapelusz Piotra Wielkiego, bądź długiemi kapotami i myckami przypominali żydów polskich.
Wielkorusów na wybrzeżu było niewielu, jakkolwiek Kazań jest miastem gubernialnem, posiadającem uniwersytet rosyjski i cerkiew archierejską. Ale na przystani znaleźli się w przeważnej liczbie Azjaci, których dotknął dekret wygnania, wydany przez miejscowego gubernatora wzorem zakomunikowanego telegraficznie z guberni sąsiedniej. Oczekiwali na statek. Wysiadającymi byli tu natomiast chłopi rosyjscy, wracający do swoich osiedli.
Obaj dziennikarze, korzystając z godziny przerwy podróżnej, wyszli na brzeg. Milczący Blount rysował w karnecie typy ludzkie. Żywy Jolivet zagabywał wszystkich, notując odpowiedzi w pamięci, Strogow nie wyszedł na brzeg, nie chcąc pozostawić Liwonianki na pokładzie bez opieki.
I znowu cóś go uderzyło mocno. Grupa cyganów, którą obserwował wczoraj w pomroku, wysiadała tutaj. Zdał sobie sprawę z tego, że w dzień kryła się pod pokładem, a dopiero nocą wyległa na górę, gdy nie można było jej się przypatrzeć. Nie godziło się to ani ze zwyczajami Cyganów, ani z dusznością dnia w porze letniej. Uderzyło go i to także, że stary Cygan — widocznie wódz grupy i ten, który zaczepił go na placu w „Niżnym“ — idąc przodem wysiadających, nie występował z dumą zwykłą randze wodza i swobodzie cygańskiej. Nędzną czapę nasunął mocno na czoło, garbił się, a na ramiona naciągał grubą świtę, otulając się nią wbrew skwarowi poranka.
Jakaś młoda cyganka, schodząc ze statku, nuciła:
„Przepaskę złotą mam na kruczych włosach.
„Korale lśniące na brunatnej szyi...
„Idę za szczęściem“...
Ledwo miał czas pomyśleć o tem, że niejedna z pięknych tancerek — cyganek znalazła fortunę, stanąwszy na ślubnym kobiercu z jakimś magnatem rosyjskim. Albowiem tok jego myśli przerwała zamykająca pochód Sangara — kobieta lat 30, wysoka, wyprostowana dumnie, o bujnych włosach i wspaniałych oczach, mierząca go w przejściu niesamowicie przenikliwem spojrzeniem, jakby chciała sobie wryć w pamięć jego rysy. Był pewny, że to była ona, która już raz wzięła go za szpiega i niewątpliwie zauważyła wczoraj dobrze kociem spojrzeniem cygańskiem, widzącem nawet w mroku.
Miał chęć przez chwilę pójść ich śladem, wybadać zamiary tej grupy: dokąd, którędy się udają. Ale powstrzymał się.
— Gadając z tą bandą, ryzykuję zdradzić własne incognito. I po co... Jeżeli nawet podążają z Kazani na Iszym w moim kierunku, tarantas, zaprzężony w dobre koniki syberyjskie, zawsze wyprzedzi furę cygańską. Bądź więc spokojny, druhu Korpanowie!
Zaznaczmy, że Kazań zwany „wrotami Azji“ otwiera dwie drogi poza Ural. Ale obrana przez Strogowa droga na Perm, Ekaterynburg, Tiumeń, jest dogodniejsza znacznie w charakterze szlaku pocztowego od krótszej wprawdzie, lecz ciężkiej i pustynnej drogi na Iszym, Czelabugę, Złatoustje, oraz leżące już w Azji Czelabińsk i Kurganę. To właśnie skombinował Strogow, śledząc oczyma znikającą zdała grupę cyganów z Sangarą na tyłach.
Statek, zabrawszy zapas węgla, podniósł kotwicę Strogow zauważył, że z dwóch dziennikarzy tylko Blount był na pokładzie. Czy Francuz został umyślnie, czy też nie zdążył na czas?... Wtem ukazał się na brzegu — pędzący, zadyszany, gdy już statek odsunął się od przystani. Ale zręczny Jolivet wykonał skok, godny znakomitego clovna i... poprostu padł w objęcia angielskiego kolegi.
— Sądziłem, że pan obrałeś gorszą drogę! — rzekł z przekąsem Blount.
— Nigdy! przekładam pańskie towarzystwo! Ale od przystani do telegrafu jest wcale daleko...
— Żarty! czyliż funkcjonuje telegraf do Koływani?
— Nie! ale zapewniam pana, że działa między Kazaniem a Paryżem.
— Pan telegrafował?!
— Do kuzynki... Mogę teraz powiedzieć panu nawet treść depeszy. Jestem dość poczciwy, aby nie kryć się z tem, czego się dowiedziałem. „Tatarzy z Feofar–Chanem na czele minęli Semipałatyńsk i płyną w dół Irtyszu“.
Blount, zagryzłszy wargi, odszedł. Stał przy barjerze chmurny, skrzyżowawszy ręce na piersi. Jego dziennik był zdystansowany.
Na pokładzie pojawiła się Liwonianka.
— Spójrz, siostrzyczko! — rzekł Strogow. I zachwycony wskazał jej wspaniałą panoramę leśną, która w skrzących blaskach słońca rozwijała się przed nimi w chwili, kiedy statek wstępować jął w górę świetlistych fal Kamy. Ale oczy Nadzi nie rozpromieniły się. Z troską wbijały się w horyzont, jakoby sięgając do odległego celu.
— Jak daleko jesteśmy od Moskwy?
— 900 wiorst! — odparł.
— 900 na 7000! — westchnęła.
Skłonił ją, aby zjadła śniadanie. Ale ponieważ odmówiła przekąsek, kawioru, śledzi i zaostrzających na północy apetyt wódek — poświęcając się, spożył z nią razem tylko „kulebiakę“, zapijając ją herbatą.
Szybko nasyciwszy się, bez żadnych wstępów, przyciszonym głosem, aby on tylko sam słyszał, oświadczyła Nadja towarzyszowi:
— „Bracie! jestem córką wysianego na osiedlenie. Nazywam się Nadjeżda Fedor. Moja matka zmarła w Rydze przed miesiącem. Ja udaję się do Irkucka, aby podzielić wygnanie ojcowskie“.
— Będę rad doprowadzić Nadję Fedor zdrową do jej ojca.
— Dziękuję! Gdyby nie ty, umarłabym samotna w Nowogrodzie.
— Jakże ważyłaś się udać na Syberję w czasie tak burzliwym?
— To był mój obowiązek. Zresztą dowiedziałam się o wybuchu zamieszek już po wyjeździe z Rygi, dopiero w Moskwie.
— Jednak... nie zawróciłaś!
Opowiedziała mu z niezmierną prostotą, nie podkreślając uczuć, podając krótko niemal same fakty, ale tem nie mniej wzruszając słuchającego — smutną historją swego życia.
Pewnego dnia szczęście jej rodziny zostało zburzone. Ustaloną została łączność jej ojca — szanownego i wziętego lekarza — z jakiemś stowarzyszeniem tajnem, w gruncie rzeczy nie dążącem do przewrotu, ale zakazanem przez podejrzliwość miejscowych władz. Wasyli Fedor, aresztowany nagle przez żandarmów, nie mając czasu objąć żony, już wówczas chorej, i córki — dwu opłakujących rozstanie z nim istot — został zesłany administracyjnie na Syberję. Od dwóch lat mieszkał tam, uprawiając zawód lekarski. Żona nie mogła udać się za nim. Choroba, wzmożona przez cios rozłąki z mężem, potęgowała się z dnia na dzień. W dwadzieścia miesięcy potem matka zeszła do grobu, Nadja, pozostawszy sama, ledwie mając z czego żyć, z wielkim wysiłkiem zebrała jakie takie środki oraz i od łaskawego na nią nowego gubernatora wyjednała sobie zezwolenie na wyjazd do wzywającego ją ojca. Uczyniła co mogła. Reszta jest w ręku Boga...
...Orzeźwiający powiew nocy szedł od lasu. Statek robryzgiwał kołem sterowem szumiące wody i rzucał miljony iskier na brzegi, na których kupiły się świecąc w mroku ślepiami, stada wyjących wilków!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.