Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.


Michał Strogow.




Odźwierny gabinetu cesarskiego zaanonsował generała Kisowa. Car żywo spytał wchodzącego:
— Pański goniec?
— Jest tu — czeka.
— Człowiek odpowiedni?
— Ręczę zań głową.
— Ze służby pałacowej?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Znasz go osobiście?
— Spełniał moje najtrudniejsze polecenia.
— Zagranicą?
— Nie, w Syberji.
— Skąd pochodzi?
— Z Omska. Sybirak.
— Ma zimną krew, inteligencję, odwagę?
— Wszystko, aby mieć powodzenie tam, gdzie inni znaleźliby zgubę.
— Wytrzymały?
— Do ostatnich granic — na głód, chłód, pragnienia, bezsenność.
— Czyż ma ciało z żelaza?
— Tak. Wasza Cesarska Mość.
— A serce?
— Ze złota.
— Nazywa się?
— Michał Strogow.
— Gotów do wyjazdu?
— Oczekuje rozkazów W. C. Mości.
— Niech wejdzie.
Za chwilę wszedł wezwany do gabinetu. Michał Strogow był jednym z najwyborniejszych okazów rasy Kaukaskiej. Wysoki, barczysty, o piersi, wydatnej, muskularny, zdawało się, iż stojąc, wrasta w ziemię. Obfite czarne włosy wiły się nad pięknem, inteligentnem czołem. Twarz, zwykle biada, kraśniła, gdy serce zapulsowało mocnem wzruszeniem. Oczy błyszczały szczerem wejrzeniem odwagi bohaterskiej. Nozdrza wzdymały się, jak u rasowego rumaka.
Nie rozumiał, co znaczy załamywać ręce w rozpaczy, lub drapać się po głowie w zakłopotaniu. Był stanowczy, skąpy w słowach i gestach. Raczej maszerował, niż chodził, niby żołnierz wytrawny, idący na zdobycie wrażych okopów. Miał na sobie świetny uniform strzelecki, zdobny krzyżem zasługi i mnóstwem medali. Należał do rzędu specjalnych kurjerów cesarskich śród których wyróżniał się sprawnością, w wykonaniu rozkazów — zaletą cenioną najwyżej w państwie Moskiewskiem. Był jakby stworzony do misji, igrającej z niebezpieczeństwem, zwłaszcza na gruncie Syberji, której obyczaje i djalekty znał doskonale.
Jego ojciec, Piotr Strogow, zmarły przed laty dziesięciu, mieszkał w Omsku; był z zawodu myśliwcem. Przebiegał stepy, tak w czas skwarów okrutnych, jako i mrozów, sięgających nieraz 50 stopni niżej zera, ze strzelbą na drobną zwierzynę i widłami, lub nożem, na grubą. Zabiwszy 39 niedźwiedzi, złożył broń i wziął się do uprawy roli, posłuszny przesądowi, że przy czterdziestym niedźwiedziu oddaje się żywot.
Ód owej chwili syn Michał pomagał ojcu w utrzymaniu rodziny. Mając lat czternaście zabił pierwszego niedźwiedzia, sam go wypaproszył i skórę gigantycznego zwierza przywlókł do domu, odległego o mil kilka. W tem życiu nabył żelaznego zdrowia mieszkańców północy, Jakutów. Mógł obyć się dobę bez jadła i napoju, nie spać przez nocy dziesięć, wyszukać sobie przytułek w szczerym stepie tam, gdzie inni musieliby zginąć. Zgadywał nadchodzący zdaleka orkan po niewidnych innym oznakach i odnajdywał drogę śród mroków długiej nocy polarnej. Zaostrzonemi swemi zmysłami zdobył, nawzór ojca, wszystkie tajemnice stepów. Lada chmurka, trawka, układ gałęzi drzewa, daleki poszum, przelot ptaka, kierunek płatków śniegu, ślad zwierzęcia — wszystko to służyło mu za wskazówkę nieomylną. Gadał milczeniem, jak Indjanin, z otaczającą naturą.
Jego jedyną namiętnością była miłość dla starej matki, która nie zdecydowała się opuścić mężowskiego domku na brzegach Iryszu. Przyrzekł odwiedzać ją przy każdej sposobności, a obowiązku tego dopełniał ze czcią religijną. Wykazawszy przedziwne zalety: odwagę, zręczność, krew zimną, rozsądek — w podróżach na Kaukaz z poleceniami trudnemi i w nużących bojach z następcami Szamila, a później w wyprawach na kraniec Rosji Azjatyckiej do Kamczatki — dostąpił zaszczytu odkomenderowania go na dwór cesarski. Stąd lwią część skromnej pensji stale wysyłał matce; a gdy wypadło mu jeździć do krajów dalekich i trzy lata jej nie widzieć — z jego polecenia Marta Strogowa otrzymywała regularnie należny synowi z kasy dworskiej żołd miesięczny.
Stanął przed carem, zgoła nie wiedząc, po co został wezwany. Nieruchomy, wyprostowany, wytrzymał jego obserwujące długo, przenikliwe spojrzenie. Cesarz widocznie był zadowolony z oględzin, gdyż dał znak szefowi policji, aby zasiadł przy biurku. Podyktował mu przyciszonym głosem krótki list, położył na nim swój podpis z dodaniem sakramentalnej formułki ukazów cesarskich; „Byt’ po siemu.“ Potem rozkazał zbliżyć się Strogowowi i głosem stanowczym zadał mu szereg pytań.
— Imię?
— Michał Strogow, Najjaśniejszy Panie.
— Stopień?
— Kapitan Korpusu Kurjerów Cesarskich.
— Czy znasz Syberję?
— Jestem Sybirakiem.
— Urodziłeś się...?
— W Omsku.
— Masz tam rodziców?
— Starą matkę.
Cesarz chwilę milczał. Następnie podał mu list:
— Ten list należy wręczyć Wielkiemu Księciu nikomu innemu.
— Wręczę, Najjaśniejszy Panie.
— Wielki Książę jest w Irkucku.
— Udam się do Irkucka.
— Trzeba przedrzeć się przez kraj zbuntowany, między ludymi, którzy zechcą ci ten list odebrać.
— Przedrę się.
— Nie zaufaj zdrajcy Iwanowi Ogarewowi, którego może spotkasz na swojej drodze.
— Nie zaufam.
— Pojedziesz przez Omsk.
— To moja droga.
— Jeśli zobaczysz się z matką ryzykujesz, że cię poznają. Nie powinieneś jej zobaczyć.
Chwila wahania! Potem mocne:
— Nie zobaczę.
— Przysięgnij, że nikt nie dowie się, kim jesteś z czem jedziesz.
— Przysięgam!
— Zbawienie Syberji, życie Wielkiego Księcia zależą od wypełnienia twego poselstwa.
— Wypełnię je.
— Zatem przedostaniesz się do celu?
— Przedostanę się, albo mnie zabiją.
— Trzeba, abyś żył.
— Będę żył, Najjaśniejszy Panie!
— Michale Strogow, jedź w imię Boże!
Goniec salutował po wojskowemu. W chwilę opuszczał pałac.
— Masz szczęśliwą rękę, — rzekł Cesarz. To człowiek, jak się patrzy!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.