Kurjer carski/Część druga/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.


Zając przebiega drogę.




Wyprzedzono Tatarów nadobre... Przebywając Jenisejsk zmuszeni będą stracić kilka dni na budowę pontonów. Strogow nabrał otuchy. Stanie jeszcze na czas w Irkucku.
Jechano przez puszczę, której wysokie cedry i sosny gęstemi koronami osłaniały podróżnych od skwaru.
Kraj był piękny i bogaty, ale wyludniony przerażał i budził żałość okrutną pustką. Rozkaz władzy wojskowej stworzył tu dla obrony — pustynię!
Pogoda sprzyjała: nie było burz, ani deszczów. Noce świeżym tchem krzepiły bohaterską trójkę, przywracając jej siły po trudach podróży. Pigasow był pełen zachwytu.: „doprawdy, to lepiej, niż sterczeć 12 godzin w krześle telegrafu!“ Przejęty zadaniem zwrócenia córki ojcu–wygnańcowi zezwolił nawet na szybsze tempo jazdy, które silny konik syberyjski znosił wybornie.
— „Muszę być w Irkucku przy scenie spotkania się ojca z dziećmi. Co za radość! Ach, gdyby tylko nie ten ból... ślepy syn. Łzy i śmiech, wszystko w życiu się plącze“...
Robiono tedy 10 — 12 wiorst na godzinę. 28 sierpnia przejechano Bałajsk, 29–go Rybińsk, nazajutrz dotarto do Kamska. Wszędzie po miastach było głucho i pusto. Rozkaz władzy moskiewskiej, pragnącej wstrzymać najazd pustynią, do cna spełniony został przez ślepo posłuszną ludność, zresztą zatrwożoną słusznie okrucieństwami Tatarów. Nigdzie po drodze nie spotkano gospody. Żywiono się zapasami zabiegliwego Pigasowa — świetnem ciastem „pogacza“, które zapijano zabranym z Krasnojarska kumysem.
Do Birjusińska podróż szla gładko. Przy wyjeździe z tej osady zaszedł wypadek. Pigasow nagle krzyknął: Ach!
— Co się stało? — spytał zaniepokojony ślepiec.
— Nie widziałeś?... Ach, prawda, ty nie widzisz...
— Ja też nie widziałam — rzekła Nadja.
— Mój Boże! zając przebiegł nam drogę.
— Ej, Pigasow! czego tu się bać? — uśmiechnął się mimowoli Strogow, nie podzielający przesądnej wiary ludu rosyjskiego w złe znaki.
Lecz Pigasow zatrzymał kibitkę.
— Wam to nic... wyście nie widzieli... Ale dla mnie to przeznaczenie, omen!
Smagnął konia, zasępiwszy się. Ale mimo złego prognostyku dzień przeszedł bez wypadku.
W Alsalewsku na progu pustego domostwa Nadja znalazła dwa noże syberyjskie. Dała jeden Michałowi, sobie zachowała drugi.
Przejeżdżano ostatnie odnogi wzgórz Sajańskich. Pigasow, tak przedtem gadatliwy, stracił humor, milczał stale. Jakkolwiek inteligentny, nie mógł pozbyć się przesądności ludzi północy. Kibitka za to pędziła co się zowie. Właściciel wobec rzuconego nań uroku, już nie uważał za stosowne oszczędzać konia.
Jednak zła wróżba zdawała się spełniać! O trzydzieści wiorst przed Niżnym Udińskiem podróżni ze zdziwieniem natrafili na ślady spustoszenia, które mnożyły się po drodze i zajmowały wielkie połacie ziemi. Nie mogły to być wyniki uchodźtwa. Stratowane dokoła trawy, domy, leżące w zgliszczach, albo porozbijane świadczyły, że przeszła tędy — i to bodaj ledwo przed 24 godzinami — nawała wraża, wielka armja. Nie mogli to być Tatarzy Feofara; ci byli daleko za nimi.
— Jakiż to nowy wróg idzie przeciw Rusi? — rozmyślał ze ściśniętem sercem Strogow, któremu Nadja opisywała napotkane po drodze objawy zniszczenia.
Z pewną ostrożnością posuwano się przecież dalej.
Rankiem 8 września koń zatrzymał się, nie chciał postąpić kroku. Sirko zawył żałośnie. Mikołaj zeskoczył z kibitki. Wrócił wzruszony.
— Na drodze leży trup włościanina! Musimy go pogrzebać, aby go nie rozszarpały zwierzęta...
— Nie! nie wolno nam zatrzymać się ani godziny! — zakrzyknął Michał.
I kibitka ruszyła. W istocie, gdyby chciano grzebać po drodze wszystkie trupy, niepodobna by nigdy przybyć do Irkucka. Spotykano je teraz rozpostarte grupami po dziesięć i dwadzieścia zabitych na tle okrutnej ruiny osad ludzkich.
Miasteczka, których nazwy wskazywały, że założone zostały przez zesłańców polskich, nosiły ślady grabieży i podpaleń.
Tegoż dnia pod wieczór, gdy zarysowały się przed nimi kopuły Udińska, Nadja zakomunikowała Michałowi, że widać łuny na horyzoncie. Czy podpalały miasto wojska rosyjskie z rozkazu władzy, aby nie dało wrogom przytułku, czyto Tatarzy zażegli opuszczoną przez ludność siedzibę — trudno było rozstrzygnąć. Ostrożny Strogow doradził skręcić z głównej drogi i objechać miasto zdaleka.
Pigasow zawrócił konia...
Nagle w ciemnościach błysnęło, gwizdnęła kula, koń padł. Jacyś jeźdźcy otoczyli kibitkę. W mig trzej podróżni znaleźli się w więzach. Strogow, choćby widział, nie znalazłby czasu do obrony, tak znienacka rozegrała się ta scena w mrokach nocy. Za to mógł słyszeć, co mówili napastnicy.
Z urywków rozmowy wniósł, że znalazł się w pętach Tatarów, stanowiących trzecią kolumnę najeźdźców — złożoną z hord Kokandy i Kunduzy, operującą w tym pasie zawczasu według planu Ogarewa, przed połączeniem się w okolicach irkucka z dwiema innemi armjami Feofara.
Groza położenia dla stolicy Syberji — Irkucka wzrastała. I było niepojętem, że zaciśnięte wargi ślepego jeńca mruczały jeszcze „Dojdę!“
Troje więźniów, z którymi obchodzono się brutalnie, znalazło się nazajutrz w pochodzie tatarskim. Nadja znosiła, jak zawsze, z godnością ciężki los. Mikołaj ledwie tłumił oburzenie. Strogow pod zrezygnowaniem taił energję myśli o ucieczce przy lada sposobności.
Barbarzyńcy, słysząc, że jest ślepy, dali mu ślepego konia: „A może widzi!“ mówili. Nieszczęsne zwierzę, którem jeździec nie był w stanie kierować, pędzone ukłuciami i biczami drwinkarzy, szalało, uderzało się w biegu o drzewa przydrożne. Nagle galopem rzuciło się w bok — ku przepaści. Nadja i Mikołaj wydali krzyk rozpaczy.
Koń stoczył się w przepaść — złamał obie nogi. Strogow, cudem osunąwszy się z siodła nad wyrwą, ocalał, nie doznawszy nawet rany. Zwierzęciu dano zemrzeć w parowie, nie dobiwszy go nawet ciosem łaskawym. Michał, przytroczony do siodła jednego z jeźdźców, zniewolony był odtąd iść pieszo za nim. „Człowiek z żelaza“ — szedł bez skargi!
Na jednym z postojów za Chibarlińskiem, gdzie Tatarzy zalewali się obficie wódką, zdarzył się wypadek okrutny, który pociągnął ważne za sobą następstwa. Dotąd cudem Nadja została uszanowana przez żołnierzy — budziła w nich jakąś przesądną obawę chłodną dumą swego spojrzenia, niby istota wyższa. Tu naraz zbliżył się do niej jakiś dzikus — chciał jej zadać gwałt.
Strogow nic nie widział. Ale Pigasow ujrzał szamocącą się w ramionach żołdaka dziewczynę. Bez chwili namysłu, niemal instynktownie, wyciągnął z olstr przy siodle tatarskiem pistolet i gruchnął w pierś żołnierzowi, rażąc go śmiertelnie. Kamraci zabitego chcieli rozszarpać wybawcę Nadi.
Ale oficer na odgłos wystrzału zerwał się — przybiegł — rozkazał przywiązać nieszczęsnego Mikołaja w poprzek do siodła konia i zakomenderował: „Odjazd!..“ Cały oddział odjechał galopem..
Powróz, tajnie przegryzany przez Strogowa, pękł przy nagłem puszczeniu się w galop konia, za którym jeniec wlókł się dotąd. Pijany jeździec nie spostrzegł zguby.
Michał Strogow i Nadja zostali sami na drodze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.