Kurjer carski/Część druga/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.


Przez stepy.




Byli znowu wolni... Ale porzuceni złośliwie na pustyni bez środków do życia, bez sposobu do dalszej podróży. Utrata wiernego przyjaciela krwawiła im serca. Tatarzy znikli w obłoku kurzawy, unosząc swoją ofiarę.
Michał siadł na kamieniu przydrożnym, zakrywszy ślepe oczy, głowę ścisnąwszy oburącz.
— Michale! — rzekła Nadja — dokąd zaprowadzę cię teraz.
Podniósł głowę. Był jakoby zdziwiony.
— Do Irkucka! — odparł.
— Główną drogą.
— Tak. Jest pusta, więc bezpieczna. Ci od jechali. Tamci nie prędko nadejdą. Będzie czas w potrzebie zejść na manowce.
I poszli, znowu trzymając się za ręce. Po drodze Nadja rozglądała się z troską. Czy nie leży gdzie trup Mikołaja? A może oszczędzono go dla okrutnej kaźni publicznej w Irkucku?
Doskwierał im głód. Na szczęście w jakimś domu opuszczonym znaleźli suszone mięso i suchary — posilne mimo utraty smaku. Co do wody, nie brakło jej w miejscowości, gdzie szumi tysiąc potoków Angary.
Michał nie mógł widzieć znużenia Nadi. Ale zgadywał je. „Wyczerpana jesteś, biedne dziecko“. — mówił do niej. „Nie!“ — odpowiadała. „Jeżeli nie będziesz w stanie iść dalej, poniosę cię!“ — „Dobrze!“ — zgadzała się. Szli wciąż, wziąwszy się za ręce. Przechodzili w bród drobne dopływy Oki. Wszędzie była pustynia — wszędzie trupy i ślady pożogi. Wszelako niebezpieczeństwo nie szło przed nimi; czyhało od tyłu, skąd lada chwilę mogły zjawić się wywiadowcze oddziały przeprawiającej się przez Jenisejsk armji Feofara, zaopatrzonej już w przybyłe zgóry rzeki barki. Tedy odpoczywali o ile mogli najkrócej — po sześć godzin na dobę, I Nadja oglądała się często poza siebie.
Mówili ze sobą niewiele, urywkami. To Nadja wspominała dobroć Mikołaja, zaś on ją — wbrew własnej niewierze — pocieszał, że ten żyje. To prosił ją, aby mówiła mu o jego matce, a wtedy gotów był słuchać jej bez końca. To ku jej zdziwieniu wyrażał obawę drażliwego sumienia, że sprzeniewierzył się przysiędze, matki swej nie ocalił, a naraził misję swoją, tak ważną dla kraju. „Czy Bóg i Car mi to przebaczą?“ — pytał. „Żeś nie zniósł myśli o skatowaniu matki? Azaliż to może być grzechem?“ — odpowiadała zapytaniem. Z kolei wyrażała obawę szlachetnego serca, że, nie mając listu cesarskiego, nie znając jego treści, dąży do Irkucka już tylko dla niej — dla przy prowadzenia jej do ojca. Odpowiadał jej: „Mylisz się! Wystarczy, jeżeli zjawię się przed W. Księciem, zanim zdąży Ogarew“. Ale miała wrażenia, że tai przed nią jakiś ważny sekret.
15 Września dosięgli osady Kimiltejska bez przeszkód, bez niebezpieczeństw. Wataha tatarska przed nimi najwidoczniej przeszła spiesznym marszem: zgliszcza nie dymiły, trupy rozkładały się. Awangarda armji zachodniej nie zjawiała się. To było pomyślne. Irkuck ze swemi siłami mógł wytrzymać nacisk odosobnionej kolumny.
Natomiast niepokoiło Michała ciągłe zatrzymywanie się Nadji. Jej stopy były pokaleczone. Mimo wielkich sił moralnych fizyczne były na wyczerpaniu. Znajdowali się już tylko o 230 wiorst od Irkucka — tak niewiele w stosunku do olbrzymiej drogi, którą mieli za sobą — a gotowa była nieraz wykrzyknąć: „Zostaw mnie w stepie. Idź sam! Niczego się nie boję. Ukryję się. Potem ty z ojcem odnajdziecie mnie.“ Ale on jakby zgadywał tę myśl — brał ją wówczas na ręce — i niósł, a z tym drogim ciężarem postępował szybko, jakkolwiek jego stopy także krwawiły. Potem szła znowu pokrzepiona, ochocza.
W odległości dwuch wiorst zarysowała się rzeka Dinka, przecinająca drogę do Irkucka.
— Noc nadchodzi. Spocznijmy! — rzekła.
— Nadziu! ostatni wysiłek. Musimy mieć Dinkę za sobą...
„Tem pewniej będziemy mieć za sobą awangardę Feofara.“
Poszli. Powietrze było ciężkie, nieruchome. Ale na horyzoncie jawiły się czasem błyskawice. Naraz szczekanie przeleciało przez step.
— Słyszysz? — drgnęła Nadja.
Potem dal się słyszeć krzyk bolesny, rozdzierający. Ktoś wzywał pomocy.
„Mikołaj! Mikołaj!“ — zawołało dziewczę.
I pobiegła tak szybko, jakby rozpacz i nadzieja oskrzydliły ją, dały jej siły niezmożone. Michał ledwie mógł nadążyć za nią. Naraz u stóp Nadi pojawił się pies, zaskomlał — potem prowadził ją tam, skąd wydobywał się głuchy krzyk. Jego treścią było jedno imię: „Michale!“
— Tu... tu.. — wolała Nadja rozpaczliwie, dając znak kierunku Michałowi głosem.
Ujrzała scenę okrutną. Głowa, ludzka — głowa Mikołaja — krzycząca, patrząca obłędnie, napastowana przez sępa. Korpusu nie było widać. Tatarzy okrutnym zwyczajem zakopali nieszczęsnego po szyję w ziemi. Prażyło go słońce przez trzy dni. Nie miał rąk do obrony przed dzikiem ptactwem. Jeno wierny Sirko go bronił, ale i on już ustawał w boju z olbrzymim sępem. Może już trzy dni skazaniec wywoływał daremnie imię przyjaciela.
Nadja skamieniała. Pies wstąpił w ponowny bój z potężnym skrzydlatym drapieżcą. Zgłodniały nie miał już mocy. Trafiony ostrym dziobem w łeb, padł martwy przy głowie pana.
Strogow nadążył już tylko na ostatnią chwilę, aby z ust konającego usłyszeć te wyrazy:
„Żegnajcie, przyjaciele. Rad jestem, żem was jeszcze ujrzał. Módlcie się za mnie.“
Daremnie Strogow z Nadją ryli rękoma, odgarniali piasek — odkopali wpół męczennika. Ale serce już nie biło. Nadja przyklękła do modlitwy. Strogow ponownie zasypywał zwłoki. Przy panu złożył wiernego Sirko.
Wtem stepem poszedł głuchy pobrzęk.
— Patrz, Nadju, patrz! — co tam?!
— Tatarzy! — jęknęła przerażona.
Szły awangardy armji Feofara. Ten, który skonał, ocalił ich przed nową niewolą. Za jego ostatnim krzykiem zeszli daleko na manowce. Byli niewidzialni dla przeciągających wojsk w pomroce wieczora, zdala od bitej drogi.
— Muszę dokończyć pogrzebu; nie oddam jego ciała wilkom i sępom na pożarcie.
Sypał mogiłę.
— A teraz w drogę, Nadziu!
Główny szlak był zajęty przez hordy tatarskie i ich obozy, rozciągnięte długim wężem. Nadja i Michał musieli skręcić w bok. Udawali się na południowschód. Znajdowali się teraz o sto kilkadziesiąt wiorst od Irkucka. Ale dotrzeć tam wpoprzek bezmiernego stepu przed armją, dążącą konno prostym szlakiem, nie było–ż to nad siły pieszych, znużonych, zgnębionych — ślepca i młodej dziewczyny?
Jednak szli, a 2–go października roztoczył się przed nimi olbrzymi obrus wodny — jezioro Bajkał!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.