Księga ubogich/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Księga ubogich
Data wydania 1934
Wydawnictwo J. Mortkowicz
Drukarz Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

V

W niejednej-ci ja biesiadzie
Uczestniczyłem wesołej —
Słuchajcie mnie, przyjaciele! —,
Uczeń aż nazbyt pojętny
I z nienajgorszej szkoły...

Gdy powszedniości zbyt wiele
Zalazło w progi otwarte —
Hej, utęskniony wieczorze! —,
Serca wszelakie złoto
Na jedną rzucałem kartę.

Nigdy się było nie drożę:
Upust dający wymowie —
Fala o falę uderza —,
Kielich wznosiłem do góry,
By wasze wychylić zdrowie.

Mieliście grubego zwierza,
Wielce mu radzi, przeradzi —
Bezdenne są źródła troski —,
Że ogień skrzył się nam w oczach,
Jak wino, płynące z kadzi.


Że jakiś wysłaniec boski
Chwytał nas wszystkich w ramiona —
Lubię ja zorze, gdy gasną —,
Tłumacząc, iż niema różnicy,
Czy ktoś pożyje, czy skona...

Byliście wdzięczni, że własną
Możecie rozrządzać duszą —
O płodne w owoce lato! —
Bez onych względów, zastrzeżeń,
Co bujność rozkwitu głuszą.

Wdzięczni byliście i za to,
Że godnych ja chwil nie pominę —
Człek nie wie, gdzie znajdzie radość —,
Aby was wszystkich raz jeszcze
Zaprosić kiedy w gościnę.

I oto czyniący zadość
Danemu tak szczodrze słowu —
Nie dla mnie ten grób się tam kopie —,
Korzystam ze sposobności,
Wzywam i witam was znowu.

Zaiste, na wielką stopę
Żyję w tym moim salonie —
Lubi się chełpić me serce —:
Obszerny po widnokręgi,
U stropu słońce płonie.


Patrzajcie, co za kobierce!
Tkane rękami Boga! —
Innym nie sprzyjam warsztatom! —
Robota ogromnie wzorzysta,
Materya przedziwnie droga...

Za legowisko światom
Od wieków-ci one służą —
Naprzemian sen mija się z jawą —:
Śmierć chodzi po nich i życie
Stopą ponadmiar dużą...

Siądźcie tu, pod tą złotawą,
Lśnistą koroną jaworu —
Żywizno błękitnych pował! —,
Lub pod tym smrekiem, pod brzozą,
Pod baldachimem boru.

Sam On-ci je wyhodował
Na wasze dziś odwiedziny —
Oczu przymglonych ślepoto!... —,
Jeśli wam nie w smak przyjęcie,
Nie z Jego to będzie winy.

Jest i kapela!... Są oto
Gęśle, wybrane z gęśli —
Pieśń bywa bezbożna i święta —:
Snać aniołowie te dźwięki
W bród po przestworzach roztrzęśli.


Owady brzęczą, ptaszęta
Z drzewem i kwiatem świergocą —
O duszo ty nieobyta! —
I pierś człowieka rozbrzmiewa
Niedoli i doli swej mocą.

Chłońcie ten napój do syta!
Innego wina tu nie trza! —
Zagadki czekają w otchłani... —
Wymowy waszej upusty
Napełnią kręgi powietrza.

Rozgrzani i rozśpiewani
O mego gazdostwa cudzie —
Odkryją się kiedyś tajnie —,
Ujmiecie prawicę bożą,
Choć tylko jesteście ludzie.

Po ziemi chodząc zwyczajnie,
Przecież swój ślad poznaczycie —
Godzina goni godzinę —
Krokami, jak śmierć, wielkimi,
Krokami wielkimi, jak życie...

O chodźcie do mnie w gościnę!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.