Przejdź do zawartości

Książę Niezłomny (Calderón, tłum. Słowacki, 1894)/Dzień drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Xiąże Niezłomny
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom IV
Redaktor Henryk Biegeleisen
Wydawca Księgarnia Polska
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Juliusz Słowacki
Tytuł orygin. El Conde constante
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 

Cały tom IV
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
DZIEŃ DRUGI.

Ogród Króla – Na ganku pokazuje się FENIXANA.
FENIXANA.

Zara! Estrella! Roza! – Cóż
Nikogo nie ma oprócz róż?

MULEJ wychodzi z poza wzgórza.
MULEJ.

Piękna w wołaniach imie zmień,
Ja ci odpowiem lutni słodka!
I oko twoje mnie napotka,        5
Boś ty jest słońce, ja twój cień.
Za tobą chodzę nakształt chmur;
I słysząc echo twego głosu,
Wołanie twoje, zszedłem z gór. –
Co dumasz?

FENIXANA.

Ach! z mojego losu        10
Girlandy sobie czarne plotę.
W górach, gdzie jedno pochlebne,
Wolne, nie wdzięczne i srebrne,
I słodkie i szepczące tęsknotę
Źródło ma tajemną grotę;        15
I stamtąd strumieniem bieży
Kwiaty łąkom malujące;
Pochlebne – bo szepce coś łące
A własnym słowom nie wierzy;
Niestałe źródło i zwodne,        20
Bo chociaż szemrze – pogodne;

Wolne – bo otwarcie gada
Gdy głos zefirom poruczy;
Szalone – bo ze skał spada,
A słodkie – bo w trawach mruczy,        25
A głośne – bo słyszane zdaleka,
A niewdzięczne – bo ucieka.
Tam, przy tém źródle, zmęczona
Ściganiem za jedną sarną,
Z melancholją moją czarną        30
Ległam... a góry téj strona
Pokryta, nakształt płomyków,
Krzyczącą jaśnią gwoździków,
Jakoby falą karminów,
I szmaragdami jaśminów        35
Błyszczała. – Ledwo z tęsknotą
Smętnym się oddałam dumom,
I samotnym źródła szumom,
I wielkiej ciszy: – gdy oto
Szmer usłyszałam za sobą:        40
Przelękła, skoczyłam z trawy,
I twarz w twarz, z ciemną osobą,
Z duchem kobiecéj postawy,
Z czarną spotkałam się marą.
Z Afrykanką suchą, starą,        45
W lachmanach, z pochyłym grzbietem;
Z cieniem człowieczéj postaci,
I z cienia tego szkieletem
Zeszłam się. Zda się pień drzewa,
Co korę spruchniałą traci,        50
I bursztynem się oblewa.
Gdy czarne myśli naraisz,
Czarne wróżby ci przychodzą;
I straszą i sercu szkodzą,
Nim się do nich przyzwyczaisz.        55
Gdy mię wzięła ta szalona
Za rękę, szatańskie plemie!
Myślałam że wrosłam w ziemię,
Że byłam drzewem jak ona...
W oczach mi czarno i dymno...        60
Od jéj rąk szło we mnie zimno;

I broniłam się daremnie,
Od niej strach przechodził we mnie...
A jéj głosy oblakane,
Pełne uragań bezczelnych,        65
I jadów pełne śmiertelnych,
Ciche, zaledwie szeptane,
W sercu się odbiły głucho,
Tak jak węże, lazły w ucho.
„Nieszczęśliwa niewiasto!“ wrzasła;        70
„Nieszczęśliwa! śmierci będziesz łupem!
Proś, by piękność ta twoja zagasła,
Wprzód nim zmarłych zostanie okupem.
Tak... ta piękność twoja będzie ceną,
kupiony towar będzie trupem“.        75
To wyrzekła – a ja taką sceną
Zatrwożona i dotad lękliwa,
Pół umarła, a jeszcze pół żywa;
Ach i lepiej bym cała umarła!
Niżby ta wróżba straszliwa        80
Wiedźmie téj wydarta z gardła
Była prawdą, nim wejdę w mogiłę,
Nim te oczy blask niebios utracą. –
Ach! więc ciało ludzkie? ciało zgniłe!
Oszacują i mną żywą zapłacą?        85

(Wychodzi.)
MULEJ.

Porzuć piękna te rospacze,
Ja ci te sny, pełne trwogi,
Jedynie przez mój los srogi
Rozwiążę i wytłómaczę.
Tarudanta masz być żoną?        90
A jeśli go nie pokonam..
(Ach na samą tę myśl konam!)
To pewnie, że moje łono
Na dwoje mieczem rozkroi,
Nim go twa miłość napoi...        95
Więc zawsze widzę z daleka
Jak mi los okrutny grozi;
Za mnie, martwego człowieka.

On cię dostal i uwozi:
I tak – o! moja Syreno!        100
Przyszłość, wróżbę sprawdzoną zobaczy;
Bo ty mego trupa będziesz ceną,
Bo z miłości skonam i z rospaczy.

Ustępuje na stronę. Wchodzi DON FERNAND, bez broni ale w Xiążęcym ubiorze... NIEWOLNICY pracujący w ogrodzie zbiegają się ku niemu.
PIERWSZY NIEWOLNIK.

W tym ogrodzie, kopiąc grzędy,
Skorośmy tylko postrzegli        105
Panie, że przechodzisz tędy:
Wszyscyśmy oto przybiegli
U nóg twoich się położyć.

DRUGI NIEWOLNIK.

Bog nam pozwolił tej pociechy dożyć!
I tę nam ulgę w nędzy dał jedyną!        110

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Tyś jest litośny! bo lzy twoje plyną,
Ty niewolników litujesz się męce.

DON FERNAND.

Bracia! podajcie mi ręce.
Bóg, co widzi ludzkie duchy,
On wié, że temi rękami        115
Chciałbym zdjąć wasze łańcuchy;
Ale nie mogę. – Bóg z wami! –
Pracujcie cicho i skromnie
A częściéj o Nim niż o mnie
Pamiętajcie. – Smętna chwila! –        120
Ale też miejcie nadzieję,
Bo zło, gdy nad miarę przeleje
To się często na dobre przesila.
Pomnąc, że i w ostatecznym
Razie, odwaga pomoże.        125
Idźcie i z losem koniecznym,
Sercami nie bądźcie w sporze.
Uwaga ta, niech was czyni
Odważnemi, na fortuny upiora:
Bo to dziwna na świeci Bogini!        130

Trup z niéj dziś – a kwiat był wczora...
To się może znów jutro zaśmieje.
O! Boże! Cóż dawać rady!
Kiedy ten tłum taki blady,
I smętny... takie łzy leje!        135
Trzeba te nauki schować
Aż ich serca jęk nie zgłuszy. –
Chciałbym was czém udarować;
Ale nie mam nic przy duszy,
Przebaczcie mi przyjaciele!        140
Nadzieją się z wami dzielę.
Bo sądzę, że nam z ojczyzny
Co pewnie tam o nas pamięta,
Przybędą wkrótce okręta,
Zgoją cierpienia i blizny:        145
Wtenczas – co ja mam na świecie,
To będzie moje i wasze:
Wszystkich! rękami opaszę!
Wszyscy ze mną pojedziecie! –
Teraz, idźcie już biedacy,        150
Srogo bardzo spracowani;
Idźcie znów do waszéj pracy.
I bądźcie Panom poddani.

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Twoje zdrowie, Panie nasz,
Nieszczęsnym nam dodaje sił.        155

DRUGI NIEWOLNIK.

Bogdaj ty setne lata żył!
Bóg ciebie weź pod swoją straż!

(Niewolnicy odchodzą.)
DON FERNAND.

Duch mój został pełny mąk,
I w smętném dumaniu stoi:
Żeście wy od moich rąk        160
Biedni, tak odeszli z niczém!
Biedni! biedni bracia moi! –
Któż nad sercem niewolniczém
Ulituje się prócz Boga?

Mulej wychodzi z ukrycia, gdzie patrzał na poprzednią scenę.
MULEJ.

Tu byłem. I żałość sroga        165
Zdjęła mnie... i z uwielbieniem
Patrzałem, z jaką miłością
Traktowałeś niewolniki.

DON FERNAND.

Zaprawdę, żem przejęty litością
I przejęty był cierpieniem,        170
Patrząc na te męczenniki,
Które Pan do taczek pędza...
I uczyła mię ich nędza,
Jak znosić więzy haniebne,
I los swój dźwigać biednemu: –        175
Kto wie? – może mnie samemu
Wkrótce to będzie potrzebne.

MULEJ.

Co Wasza Jasność powiada?!

DON FERNAND.

Co? – kto się Infantem rodził,
A dziś Pan nim obcy władnie:        180
Niech wie, że los często spada,
I spadł już i jeszcze spadnie.
W Infanctwo mię już ugodził:
A kto wie – może niżéj pokłoni?...
Dzień za dniem nieszczęsny goni,        185
I płacz z płaczem w łańcuch wiąże.

DON FERNAND.

Nie mniejszy mój ból o! Xiąże,
Chociaż innego rodzaju.
Bo Wasza Jasność do kraju,
Jak sądzę, wkrótce powróci...        190
Ale to, co mnie tu smuci
Ratunku znaleść nie może;.
Troska moja bezimienna.
Fortuna jak xiężyc zmienna.

DON FERNAND.

Gość jestem na waszym dworze;        195
I twój los mię serdecznie obchodzi

A tyś mi nie dał nowiny?
Jak się tam tobie powodzi
Z sercem téj cudnéj dziewczyny?

MULEJ.

Łaski byly na mnie zlane.        200
Ale wielką tajemnicą
Usta przypieczętowane,
I tą pieczęcią zamknięte....
Lecz przyjaźń ma prawa święte,
Więc z jakam winien różnicą,        205
Tym dwóm, a równym potęgom,
Obojgu serca przysięgom:
Powiem, mową nieudolną,
Ile mi powiedzieć wolno.
I com ci winien istotnie. –        210
Miłość ma cierpi samotnie,
I bogata jest i biedna:
Bo jak Fenix na świecie jest jedna,
I nie ma podobnéj sobie.
Miłość moja jest na probie;        215
Bo dla oka, myśli, duszy,
Fenix jest skrą wyobraźni; –
Fenix, powodem katuszy
Dla czucia, miłości, bojaźni.
Fenix nadzieję mi niszczy        220
Gdy wątpię i czuję trwogę –
Lecz gdy się na duchu wzmogę,
Fenix mi nadzieją błyszczy.
Fenix, moją wieczną troską!
Fenix, moją iskrą Boską! –        225
Tak méj przysięgi nie łamiąc,
Przyjaźni fałszu nie zadam:
Bo o Fenixie ci gadam,
I nie milcząc i nie kłamiąc.

DON FERNAND.

Więc ci powiem bez ogródki,        230
Otwarcie – żeś nie wart litości;
Bo Fenixem są twe smutki,
I Fenixem ty jesteś miłości. –

Lecz mój ból, miły kolego,
Mój smutek – to co innego...        235
Ludzie go pojmą nie jedni
Bo to jest smutek powszedni,
I wielu już tak cierpiało

Wchodzi KRÓL Fezu.
KRÓL

Xiąże, oto za tą skałą,
I tam, za temi parowy,        240
Kazałem przyrządzić łowy.
Nim słońce swój wieniec spali
Pośród peréł i korali,
Strzelce zaskoczą z przeciwka,
I tygrysa nam napędzą.        245
Dla Xięcia to będzie rozrywka.

DON FERNAND.

Panie, twe ręce nie szczędzą
Ciągłych łask. Utrudzasz głowę,
Zawsze wynajdując nowe
Rozrywki, rozrywkom bliźnie; –        250
Jeśli tak zwykłeś pan dziki
Traktować twe niewolniki?
To zapomną o Ojczyźnie! –

KRÓL.

Więźniom takim jak ty Panie
Którzy Panów swoich szczycą,        255
Takiem winien traktowanie.

Wchodzi DON ŻUAN.
DON ŻUAN.

Panie, idź i spójrz strzelnicą
Na morze, a mówię szczerze,
Ujrzysz najpiękniejsze zwierze,
W którém się i dzikość szczera,        260
I ludzka maluje sztuka.
Jedna Chrześcijańska galera
Do drzwi tego portu stuka.
A taka piękna i wolna,
Choć cała czarna i smolna;        265

Że nam pojąć niepodobna
Patrząc, na tego sokoła;
Jak ona razem wesoła,
I w wesołości żałobna?
Wszyscy tam wysoko stańcie,        270
Portugalski herb ujrzycie.
Żaloba ta po Infancie
Prędko nam pociechę zlegnie;
Bo z jéj lotu po błękicie
Widać że po niego biegnie.        275

DON FERNAND.

Przyjacielu, Don Żuanie
Omyli cię ta rachuba.
Zły to znak, to jéj ubranie,
I ta żaloba jéj gruba
Oj byliby oni biali        280
Gdyby po mnie przyjechali!

Wchodzi DON HENRYK z pargaminem w ręku, w grubéj żałobie ubrany – ze świtą.
DON HENRYK.

Rąk mi pozwól Tangierski mocarzu.

KRÓL.

W szczęsny czas wasza jasność przybywa...

DON FERNAND (Do Żuana.)

Don Żuanie... już na cmentarzu...

KRÓL (Na stronie.)

Ceuta, moja! –

DON HENRYK.

Niech mi wasza Mościwa        285
Łaska, brata uściskać pozwoli.

DON FERNAND (Ściskając brata.)

Mój Henryku – czemu téj niedoli
Znak na tobie? i twarz taka blada?
Dość! – Twa postać mi to sama powiada.
Słów nie trzeba, bo mówią twe oczy. –        290

Nie płacz bracie, ja wiem co cię boli,
Ja wiem co ci serce tłoczy.
Masz mi donieść że zostanę w niewoli?
Ha! to dobrze, ja tego żądam.
Nie potrzebnie cię w żałobie oglądam;        295
Mogłeś przyjść tu wesoło i w bieli,
I mnie mógłeś uścisnąć weseléj,
I ucztować na każdym popasie.
Jak się ma brat mój miły i król mój?
Nic nie słucham, aż powiesz, jak ma się        300
Brat i Pan mój...

DON HENRYK.

O! bracie – ach ból mój
Bez wyrazów... ach ty nie wiesz co czuję...
Niech raz tylko poselstwo sprawuję,
A ty bracie, co mi towarzyszysz
Sercem w mowie, raz me słowa usłyszysz,        305
I dość będzie jednego słuchania!

(Do Króla Fezu.)

Panie, chociaż na tej górze.
Gdzieś przybył dla polowania;
Nie w stolicy twojéj murze:
Podaruj mnie swą uwagą,        310
A tego jeńca wolnością.
Kiedy wielką nawałnością,
Kiedy wielką fal przewagą
Bici, na morskich rozruchach,
Utraciliśmy armadę:        315
Gdy Infant został w łańcuchach;
Gdy te wieści, jędze blade
Rozkołysane przez dzwony,
Przyleciały do Lizbony
Z wiatrem, co po morzu dyszał;        320
Kiedy król o nich usłyszał:
To bez żadnéj prawie skargi,
Wpadł w melancholje serdeczne,
A z melancholji w letargi,
A z letargów we sny wieczne.        325
I zwłoki jego dziś leżą,

Płacze go ciżba nabożna;
A ludzie patrząc dziś wierzą
Że z boleści umrzeć można. –
Niebieska mu świeci chwała!        330

DON FERNAND.

Tyle brata kosztowała
Moja niewola!

KRÓL.

Wié Alla
Ile mię ta śmierć zasmuca.

DON HENRYK.

Otóż król co swiat porzuca,
W swym testamencie pozwala,        335
Owszem, każe daé fortece
Ceuty, za Infanta osobę...
A ja przywdziawszy żałobę,
Od króla Alfonsa lecę,
Jako od dziedzica tronu,        340
Którego jeszcze nie znacie....
Oto, z tym aktem...

DON FERNAND (Wyrywając pargamin.)

Stój bracie!
Słowa te pełne pokłonu,
Nie tylko że nie są godne
Krwi królewskiéj i wyrodne,        345
Nie godne są ust Infanta;
Nie godne mistrza zakonu,
Od którego wiara czeka
Wsparcia i wiecznego zelanta: –
Lecz nie godne są człowieka,        350
I nie godne barbarzyńca
Co nigdy o Chrystusie nie słyszał...
że mój brat (niech mu Bóg świeci)
Włożył ją do testamentu
Te klauzę – to tylko na to,        355
Aby u ludzi wiedziano
Że brat dba o swego brata; –

Nie na to, aby czytano
I tlómaczono to słownie...
Jeśli rzekł: oddajcie Ceutę! –        360
To ma się znaczyć, że trzeba
Powolnie, albo gwałtownie,
Z pomocą ludzi i nieba
Upomnieć się o Infanta.
Jakżeby król katolicki?        365
Jak on, wierny, sprawiedliwy?
Taki król jak on? – nie żywy,
Na swój proch, oddany laurom,
Kładł taką okropną plamę,
By Ceutę oddawać Maurom,        370
Te Ceutę – miasto te same
Gdzie on pierwszy, zdjęty żarem,
W imie Przenajświętsze Pańskie,
Ze szpadą i ze sztandarem
Przyskoczył i Chrześcijańskie        375
Chorągwie zatknął na wieżach.
A teraz byłożby czynem.
Godnym téj sławy w rycerzach?
By miasto – które wyznało
Że Chrystus jest Boga synem;        380
Kościoły pozakładało
Gdzie się Imie Jego święci
Pośród serdecznych płomyków,
I meka się ma na pamięci...
Aby kościoły już stare,        385
Przez ludzi, przez katolików, –
Przez ludzi, co mają wiarę
I tego Boga wyznają,
Przez ludzi, co serca mają!
Przez nas?! przez Portugalczyków!        390
Były?!... Aby te kościoły,
Które złoconemi czoły
Podpierają mleczne pasy,
Jak naszéj wiary Atlasy;
I na krzyż złoty pobożny,        395
Wieszają słońca czerwone:
Aby przez xiężyc dwórożny

Były na niebie zaćmione
Jęcząc tak jak męczennice!
Więc że teraz te kaplice        400
Opuścilibyśmy tajnie?
Oddawszy na stodoły i stajnie?
Albo, czego ten Maur łaknie,
Na Mahometa meszkity? –
Gdy to mówię – tchu mi braknie!        405
Gdy myślę – stoję jak wryty;
Język mi w ustach kościeje,
Włosy wstają, pot się leje,
I drży całe moje ciało!
Bo choć to nieraz bywało        410
Że jaka stajnia uboga
Ugościła Pana Boga.
I dała mu sen w swoim żłobie —
Lecz meszkity?! Boże Panie!
Ach toby na naszym grobie        415
Napisano: tu Chrześcjanie,
Przewrotnym podobni Panom,
Wygnali Boga z kościołów,
Boga i Jego Aniołów,
I oddali je szatanom!        420
I byłożby sprawiedliwie?
Azebyśmy Boże gmachy
Gdzie my stoim jak szyldwachy,
Mając cały świat pod nami
W zatrwożeniu i podziwie;        425
Teraz otwierali sami,
Wpuszczając tam nasze wrogi?
Ażeby ten lud ubogi,
Chrześcijański a gorący:
Z miasta wychodził płaczący,        430
Z dobytkiem, z całą rodziną:
A my, na te łzy co płyną
Patrzalibyśmy gnąc szpady?
Aby osadnik, nie rady
Zmieniał wiarę dla majątku?        435
Aby tam Arab, dzieciątku
Urodzonemu bez winy,

Wlewał fałsz trupa z Medyny,
Za młodu kalać zaczynał,
Do swojéj wiary naginał,        440
Do swych zapędzał namiotów
Do swego zamykał płota? –
Więc dla jednego żywota
Tyle Chrześcjańskich żywotów!
Tyle łez wylanych z powiek! –        445
Cóż ja? czym więcéj niż człowiek?
Cóż mię równa z ludzi likiem? –
Czy to że byłem Infantem? –
Więc oto nie Infant ze mnie,
Oto jestem niewolnikiem;        450
Już nie korony brylantem:
Gotów jak drudzy nikczemnie
Żyć i tu Pana bogacić.
I któż wam każe tak płacić
Za niewolnika? –Niech płaci        455
Niewolnik ciałem i gardłem.
Bo kto swoją wolność straci,
Ten, mówię, ludziom umiera.
Więc ja dawno już umarłem.
Któż mię dziś z trumny wydziera?
Któż chowa na większe czyny?        460
Daj! – niech dre te pargaminy!
Niech drę na świstki tę kartę,
Niech drę na kawałki gadu –
I jeszcze je zjem już podarte,        465
Aby nie zostało śladu.

(Drze pargaminy i kawałki połyka.)

A teraz Królu, i Panie
Rozkazuj mi, panuj srogo,
Jak chcesz... Niewolnik zostanie
Którego kupić nie mogą.        470
Każ niech mię łańcuchy strzegą,
Niech robią na rękach blizny:
Cierpliwością cię nasycę.
Henryku! wróć do Ojczyzny
I mów: żeś mie tu w Afryce        475

Zostawił pogrzebanego.
Bo ja z żywota mojego
Taką rzecz pokorną zrobię:
Jakbym na prawde był w grobie,
Wspomnienia ludzi nie warty,        480
Z oczu ludzkich i z myśli już starty. –
Chrześcjanie! Xiąże Fernand już skończył!
Losom swoim on jeszcze nie sprostał,
Lecz co do was, czas służby już wybył. –
Maury! oto niewolnik wam został. –        485
Niewolnicy! brat jeden wam przybył.
Aby nędzę z niedolą połączył,
I łzy swoje połączył z waszemi.
Wy niebiosa! oto człowiek na ziemi
Panu swemu kościoły zakłada.        490
Założone podpiera na skale.
Morza morza! do fal waszych pada
Jedna łza co powiększy wam fale;
A wy góry! oto człowiek pospołu
Ze zwierzęty do jaskiń ucieka;        495
Wichry! wichry! oto nędzarz was z dołu
Westchnieniami zaklina i wścieka;
A ty ziemio! oto garstke popiołu
Rzuca tobie i zewłok człowieka
Co z robaków twoich włoży laury...        500
A to wszystko by ten król i te Maury,
I ten Infant i ziemi gdzieś końce,
Chrześcijanie i xiężye i słońce,
I niebiosa i ziemia i chmury,
I zwierzęta i morza i góry;        505
I kto jeszcze na powietrzu przytomny
A pieczęć żywota nosi
Tu widzieli: — jak xiąże niezłomny,
Wiarę swoją przeświętą podnosi,
W obronie praw Bożych stawa,        510
I przed Maurami wyznawa
Jego Przenajświętsze Imie.
A choébym w działowym dymie,
Śród mieczów i ludzkich grotów,
Bronił od ludzkiéj obrazy        515

Nie wymówionych przymiotów
Téj, co poczęła bez zmazy:
A miał w sobie sto żywotów?
Oddałbym żywot sto razy!

KRÓL.

Twardy, niewdzięczny człowieku?        520
Także mi za łaski moje
Odpłacasz?... Jak śmiesz robaku,
Tego mi wlaśnie odmawiać
Czego najwięcej żądałem?
W państwie eię tak traktowałem        525
Jako brata, jako syna;
Nie czułeś prawie niewoli.
Lecz teraz przyszła godzina
Że cię twój łańcuch zaboli,
I los cię ukole srogi.        530
Tu więźniu! z duszą robaczą!
Tu sam! niech wszyscy zobaczą
Jak ty mi całujesz nogi...

(Fernand klęka mu do nóg.)
DON HENRYK.

O! nieszczęście!

MULEJ.

O! cierpienie!

DON ŻUAN.

Boże! co za poniżenie!        535

KRÓL.

Do mnie twe należy ciało.

DON FERNAND (Wstając.)

Tak zaprawdę, ale mało
Mało to ci mocy doda,
Panować nad kościami mojemi:
Bo ta ziemia, to gospoda        540
W ogromnéj naszéj podróży:
I na to wyskoczył z ziemi

Człowiek, by się z losem kłócił;
I na końcu każdéj burzy,
Znowu do ziemi powrócił.        545
Więc żeś mi kazał pochyłą
Twarzą paść tu gdzie proch leży!
Za to ci wdzięczność należy,
Bo mię oswajasz z mogiłą.

KRÓL.

Ponieważ jesteś w niewoli        550
Za tem więc idzie z porządku,
Że nie możesz mieć majątku,
Ni pieniędzy, ani roli.
Więc ponieważ ciebie trwoga
Może zmusić... lub bicz Pana? —        555
Czemu mi Ceuta nie zdana?

DON FERNAND.

Bo nie moja jest Ceuta, lecz Boga.

KRÓL.

Nie jest że to pierwsze prawo
że niewolnik Pana słucha?

DON FERNAND.

Nie przeciwko prawom ducha        560
Ma niewolnik słuchać pana.
To nie pies nęcony strawą.
Ale uchrystusowana
Natura, z woli przymiotem,
Która służy... grzech ją maże.        565

KRÓL.

Podły jeńcze, zabić każę.
Dam ci śmierć...

DON FERNAND.

Śmierć jest żywotem.

KRÓL.

Więc życiem ciebie obdarzę
Ale takiém że się zlękniesz

I sam śmierci będziesz chciwy.        570
Bo jam srogi.

DON FERNAND.

Ja cierpliwy.

KRÓL.

Obaczémy – zaraz zmiękniesz.
Héj...

Wchodzi SELIM dozorca niewolników.
SELIM.

Co Panie?

KRÓL.

.
W mgnieniu oka
Wziąć go, niech mi stóp nie plami,
I porównać go z jeńcami.        575
Niech jego postać wysoka
Ugnie się pod równą nędzą;
Niechaj go do łazień pędzą,
Niech moich koni dogląda,
Dać mu w ręce taczki, grabie;        580
A zdjąć te jasne jedwabie
I ubrać w szarak ubogi;
Dać chleba, gdy jeść zażąda;
Spleśniałą wodę niech pije.
Łańcuch mu włożyć na szyję,        585
Łańcuchami okuć nogi.
W mazamorach bez podłogi,
Na wilgoei niechaj lega.
Niech jego orszak służebny
Tym samym prawom podlega        590
Co on.

DON HENRYK.

O! wyrok haniebny !

MULEJ.

O! żałości!

DON ŻUAN.

O! rospaczy!

KRÓL.

Zobaczy ten jeniec! zobaczy!
Czy mi jego duma sprzeczna,
I cierpliwość, na téj probie        595
Wytrwa.

DON FERNAND.

Wierz mi, wytrwa tobie,
Bo ta cierpliwość jest wieczna.

(Wychodzi za dozorcą niewolników.)
KRÓL.

Henryku, a co do ciebie,
To ci powrotu nie bronię.
Wracaj i powiedz w Lizbonie        600
Niech się w popiołach zagrzebie,
Bo stracon ratunek wszelki;
Bo jéj Infant, jéj Mistrz wielki
Został tu – czyści mi konie.
Niech mu z ratunkiem przychodzą.        605

DON HENRYK.

O przyjdą! klnę się przed światem
Że przyjdą pod Boga wodzą.
A że ja tu z moim bratem
Nie został, choć serce boli?
To dla tego królu Fezki,        610
Że przyjdę, jak syn królewski,
Uwolnić brata z niewoli.

(Wychodzi ze świtą.)
KRÓL.

Czyń co ci rozum poradzi.

(Wychodzi.)
MULEJ.

A teraz nic mi nie wadzi
Ażebym się Fernandowi        615
Z długu wdzięczności uiścił.

(Wychodzi.)

ZMIANA PIERWSZA.
Inna strona ogrodu, zdala pracują niewolnicy i widać Fezn mury. Wchodzi DON FERNAND w niewolnika siermiędze i SELIM.
SELIM.

Król każe i to stanowi
Abyś tutaj ogród czyścił.
Posłuszny więc bądź królowi,
I schyl do pracy ramiona.

DON FERNAND.

Cierpliwość moja, srogość królewską pokona.        5

(Wychodzi z Selimem.)
PIERWSZY NIEWOLNIK (Zbliża się śpiewając.)

Oj na Tangier wysłał król –
Jaki ból! jaki ból!
Na podbicie wysłał świata
Don Fernanda, swego brata,
Posłał król! posłał król!        10
Aby zawojował Fez; –
Ile łez! ile łez!
Don Fernanda wysłał król –
Ile łez jaki ból.

DON FERNAND wchodzi i zdala słucha téj piosenki...
DON FERNAND.

Już z historji mojéj jest piosenka.        15
Już ją słyszę żałośnie śpiewaną.
Smętny jestem, i serce mi pęka.
Duszę jakby mam zaturbowaną
I zlęknioną...

PIERWSZY NIEWOLNIK (Nie poznając Xięcia.)

Co ci jest niewolniku?
Czy ty nie wiesz że wolność mieć mamy?        20
Infant wraca i wszyscy wracamy;
A tu na tym mogilniku
Nie zostanie z nas żaden! z nas żaden!

DON FERNAND (Na stronie.)

O! jak prędko tę nadzieję stracicie !

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Przynieś bracie wody na ten gradyn        25
Polać kwiaty.

DON FERNAND.

O! wodę prosicie? –
O jak dobrze! jak dobrze! że do mnie,
Który z wami smętne życie wiodę,
Udajecie się bracia po wodę.
Bo zaprawdę – że choć cierpię niezłomnie;        30
Jakiś robak, tu, serce mi toczy,
Pełne serce, i łez pełne mam oczy.

(Bierze wiadra na plecy i wychodzi.)
NIEWOLNIK.

Nam do łaźni iść teraz wypada,
Gdzie już poszli wszyscy niewolnicy.

Wchodzi DON ŻUAN, szukając oczyma Xięcia między niewolnikami.
DON ŻUAN.

Szukajmy czy ta gromada        35
Gdzie mego Xięcia nie mieści?
Może go ci robotnicy
Widzieli? – szukam go wszędzie.
Przy nim i mniéj mi boleści,
I siły w sercu przybędzie. –        40
Bracia, powiedźcie mi proszę
Czyście tu gdzie nie widzieli
Noszącego kwiatów kosze
Xięcia Fernanda?

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Nie bracie.

DON ŻUAN (Na stronie.)

Pomóżcie święci anieli!        45
Bo łez utrzymać nie mogę.

PIERWSZY NIEWOLNIK.

W łażni go pewnie spotkacie.
Pokażemy tobie droge
Do tej gorącéj piekielni.

DON FERNAND wchodzi z wiadrami na plecach.
DON FERNAND (Patrząc w niebo.)

Czy się nie zlękniecie śmiertelni        50
Widząc w takiém pohańbienin
I mizerji Infanta korony?
Mistrza Avis? czy w zastanowieniu
Czas nie stanie jak stają zegary!!

DON ŻUAN.

O mój Panie! jaki ty zbiedniony!?        55
O mój Panie! w jakiém ty odzieniu!
O! mój xiąże do jakiéj ty mary
Już podobny? jak żal cię już strawił!!

DON FERNAND.

W imie Ojca! – wielkiś smutek mi sprawił
Tém odkryciem, drogi Don Żuanie.        60
Ja się chciałem tu ukryć w łachmanie
Między ludźmi własnemi; w tym cebrze
Nosić wodę, jak człowiek co żebrze
I pracuje, tak biedny jak oni.

PIERWSZY NIEWOLNIK (Klękając.)

Przebacz Panie! i daj mi twéj dłoni.        65
Jam nie wiedział kto jesteś, nas wielu
Nie wiedziało...

DRUGI NIEWOLNIK.

Całujemy twe nogi.
Przebacz Panie.

DON FERNAND.

Wstań mój przyjacielu.
Ja ci równy, niewolnik ubogi,
Jak ty – Pana mego teraz własność.        70

DON ŻUAN.

Wasza Jasność...

DON FERNAND.

Puść jaka tam Jasność!?
Rzuć ten tytuł, mój drogi biedaku!

Jaka proszę mi jasność w żebraku?
Jasność!? – Jestem ci równy kollego,
I ty teraz traktuj jak równego,        75
I wy wszyscy traktujcie jak brata.

DON ŻUAN.

Czemuż piorun mie w proch nie obróci!
Czemuż czaszki mi grom nie rozpłata!

DON FERNAND.

Don Żuanie, to serdecznie mię smuci
Że utrzymać nie umiesz powagi        80
Jako szlachcie... i potępiam te żywość.
Bo zwątpiłeś w nieba sprawiedliwość;
A tu trzeba spokojnéj odwagi
Ufającej.

Wchodzi ZARA z koszykiem.
ZARA.

Chodźcie tu niewolniki,
Fenix, moja Pani, prosi        85
Ażebyście te koszyki
Napełmili kwiatami.

DON FERNAND (Biorąc koszyk.)

Ja pierwszy
Będę kosił je tak, jak śmierć kosi.

NIEWOLNIK.

Idźmy tam gdzie ogród szerszy.

ZARA.

Ja z ganku patrzę za wami,        90
Jak chodzicie za kwiatami
I polewacie je łzami.

DON FERNAND (Do niewolników.)

A wy bez tych już poklonów
Bracia moi ukochani,
Losem my już porównani;        95
A jeszcze Królowa zgonów
Jutro we drzwi zakołace,
Szczerszą równość postanowi:

Więc bracia, na co tę pracę
Zostawiać jutro grobowi?        100

(Wychodzi z Don Żuanem i z niewolnikami.)
Wchodzi FENIXANA i ROZA.
FENIXANA.

Czy posłałaś niewolniki
Po kwiaty?

ZARA.

Zaraz powrócą.

FENIXANA.

Zasmucily mnie słowiki,
Kwiaty może odesmucą
I kolorami zabawią.        105

ROZA.

Twe fantazje takie ładne
I piękne, że ach nie zgadnę
Jakie ciebie smutki trawią
Gdy je kwiatami malujesz?

ZARA.

Cóż ty cierpisz? cóż ty czujesz?        110

FENIXANA.

Nie sen to był – ani widzenie,
Ale mój los i przeznaczenie.
Bo czy nieszczęsnemu śni się
Że znalazł gdzie skarby duże?
Brylanty jak jaja kurze        115
W perłowéj leżące misie?
Czy mu się przyśni że czyta
Napis literami krwawemi
Że wszystko stracił na ziemi,
Tak że we śnie aż zazgrzyta?        120
Jeśli go nieszczęście tłoczy;
Zarówno obudzonemu
Spojrzy świat w zbudzone oczy
Nieszczęściem. – Biada biednemu!
Ach i mnie nieszczęsnéj biada,        125

Na którą los taki spada,
Że za umarłego mię dadzą.

ZARA.

Na to płacze nie poradzą.
Jeśli ciebie takie smutki rozdarły?
Jakże cierpieć ma – ach, ten umarły?        130

FENIXANA.

Któż słyszał o takim losie
Jak ten co nademną świta!
Nieszczęśliwa ja kobiéta!
Wykąpana w kwiatów rosie,
Jako perła czysta, biała,        135
Biała jak srebrne łabędzie;
Przy żółci trupiego ciała...
A ten trup – ach kto on będzie?
Zda mi się żem go widziała,
Ciągle mi się w oczach roi.        140

Wchodzi DON FERNAND, z koszem kwiatów i staje nagle przed Fenixaną.
DON FERNAND.

Ten trup – tu – przed tobą stoi.

FENIXANA.

Co widzę? Anieli w niebie!

DON FERNAND.

Cóż cię trwoży?

FENIXANA.

Ty! twoja twarz –
Strach mię zdjął patrząc na ciebie.

DON FERNAND.

I zaprawdę słuszność masz        145
Dziwić się fortunie światów.
Przyniosłem ci, oto, kwiatów
W koszyku, garstke pokosu...
Zbieralem gnąc się ku ziemi.
Są niektóre między niemi        150
Hieroglify mego losu –
Wyciągnij – znajdziesz niektóre

Co były rano szczęśliwe
Jak ja...

FENIXANA.

Ręce moje chciwe
Lecą na tych róż purpurę        155
Jak gołębie. – Ach ten kwiat
Który mi już w ręku spadł.
Znalazłam wczoraj śród łąk,
I nazwałam: maravilją.

DON FERNAND.

Ach tak nazwij każdą lilją        160
Z moich niewolniczych rąk
Podaną... czyż nie jest cudem?

FENIXANA.

O prawda! prawda! – Lecz któż cię tak zmienił?
Kto ci te włożył łańcuchy na nogi?

DON FERNAND.

Seniora, mój los.

FENIXANA.

Twój los, taki srogi?        165

DON FERNAND.

Tak twardy, Pani!

FENIXANA.

Ach tyś mię skamienił!
Powiedz? za cóż to?

DON FERNAND.

Jesteśmy skazani
Rodząc się tu już, na mękę i ból.

FENIXANA.

Czyż ty nie Fernand?

DON FERNAND.

Ja Fernand – tak Pani.

FENIXANA.

Któż skazał?

DON FERNAND.

Prawo.

FENIXANA.

Któż miał prawo?

DON FERNAND.

Sam król.        170

FENIXANA.

Za cóż to?

DON FERNAND.

Jeniec do niego należę.

FENIXANA.

Zaledwo oczom zasmuconym wierzę!
Wszakże cię wczora król wysoko cenił!

DON FERNAND.

A dzisiaj, serce jak widzisz odmienił.

FENIXANA.

Ach więcże gwiazdom co przy sobie siedzą        175
Dosyć jednego dnia by się rozeszły...

DON FERNAND.

Kwiaty co z gwiazdą nieszczęliwą weszły
Same ci na to, Pani, odpowiedzą. –
Kwiaty co wschodzą na ranek umyte,
I tak się w zorzach rozwinęły jasno:        180
W objęciach nocy pomarszczone zasną,
I dla nich już dnie nie wrócą przeżyte!
Lilije w tęcze kolorów spowite,
I umoczone w złoto i karminy,
Zejdą jak duchy Aniołów z doliny:        185
Z jednym dniem, życia pięknego pozbyte.
A czy to rosy spadały obfite,
Czy otulone były mgła i tęczą:
Śmierć je znalazła w godzinę urodzin...
Tak ludzie kiedyś przyjdą i zaręcza        190
Że wieki, które się wleką i dręczą,
Nie były dłuższe nam od smętnych godzin.

FENIXANA.

Ranisz mie... słyszę zdaleka
W twoim głosie, wieków głos.
Kto cierpi na własny los,        195
Od cierpiącego ucieka.

DON FERNAND.

A te kwiaty? takie śliczne?...

FENIXANA.

Jeżeli pomiędzy niemi
Są kwiaty hieroglificzne?
Jak losy twoje, żałobne?        200
To je rozsypię po ziemi
I zdepcę...

DON FERNAND.

Cóż cię w nich rani?

FENIXANA.

Ach, że są do gwiazd podobne!...

DON FERNAND.

Przebacz im te grzechy, Pani.

FENIXANA.

Co?

DON FERNAND.

Niestałość, próżne blaski.        205

FENIXANA.

Nie, wszystkie wypuszczam z łaski!
Z gwiazdami zarówno cenię.

DON FERNAND.

Jak to?

FENIXANA.

Moje przeznaczenie
Z jedną smętna gwiazdą chodzi:
Dla tego, bo kobieta się rodzi        210
Gwiazdom podległa i kwiatom
Co ją prowadzą do truny.

DON FERNAND.

Wiem że w kwiatach są piołuny.
Ale ach! niebieskim światom
Wpływy przysądzam uczynne.        215

FENIXANA.

Więc się dowiesz, że i gwiazdy są winne.
Ach gwiazdy! gwiazdy, co takie gromadne
Niebieskie mają ze słońcem sojusze,
I leją w słońce całą światła duszę:
Są także dniowi jednemu podwładne...        220
Kwiaty błękitu bo są takie ładne
Jak te, któremi oto ziemię pruszę...
Kwiat ci powiada: przez dzień skonać muszę;
Gwiazda ci mówi: przez noc jedną spadnę.
Więc gdy się od gwiazd ludzkie losy sądzą?        225
Jeśli się od nich nasze losy winą?
Nie dziw że często spadają i błądzą.
I gdzieś w mgły ciemne niewidzialne płyną....
I naszym losem tak niestale rządzą
One co przez noc palą się i giną.        230

(Odchodzi.)
Wchodzi na scenę MULEJ, który przy końcu téj sceny stał za drzewami.
MULEJ.

Czekałem aż się oddali
Fenixana. Pierwszy raz
Od jéj oka, od jéj kras,
Uciekam jak orzeł smiętny
Gdy na słońcu oczy spali. –        235
Fernandzie, czy jesteś sam?

DON FERNAND.

Cóż mi powiesz Muleju szlachetny?

MULEJ.

Oto chciałem abyś wiedział,
Że czasem i w sercu Maura
Znajdzie się miłość i wiara        240
Radząca czyny rospaczne.

Ach nie wiem od czego zacznę?
Nie wiem czy ci mam powiadać
Ile ja cierpiałem na to:
Kiedyś ty zaczął fortunie        245
Ulegać, pod nią upadać,
Jéj niesłusznéj podlegl zmianie,
I poszedł na urąganie,
I stanął za przykład losów...
Ach jak one z ludzi szydzą!        250
Tyle nedzy! tyle ciosów! –
Niech mię tu ludzie nie widzą
Że z tobą Fernandzie gadam.
Bo Król wydał rozkaz srogi
Abyć ustępować z drogi,        255
Traktować cię bez respektu:
Lecz ja do nóg ci upadam
Fernandzie, pełny afektu
I wielkiej wiary dla ciebie;
Twój niewolnik, a w potrzebie        260
Twój przyjaciel. Nie chcę tracić
Tych chwil, więc krótko ci powiem:
Że przychodzę dług zapłacić,
Życie życiem, zdrowie zdrowiem,
Wolność wolnością – więc żądam...        265
(Daruj mi, że się oglądam
Czy nas gdzie nie widzą z murów)
Weź ten nóż, ten wianek sznurów;
Weź je o! panie... a skoro
Noc się zaczerni, gotowa        270
Będzie łódź pod mazamorą,
Łódź dobra, silna i zdrowa,
Z rdzawym, pękniętym łańcuchem.
A wtenczas ty Panie, duchem
Napełń twoje niewolniki,        275
Rozkuj więzy; znajdziesz na to
Gotowe piły, pilniki,
Zapas ubioru, bielizny:
Weź ich, i na łódź skrzydlatą
Wsiadaj i uchodź szczęśliwy        280
Do miłéj tobie ojczyzny.

Ja zaś tu zostanę żywy
Odpowiadać życiem, zdrowiem,
I czém trzeba tém odpowiem
I przed królem i przed prawem;        285
Gotów twoim być zastawem
Choćby głową, jestem gotów. –
To wszystko. – Ach jeszcze sądzę
Że ci potrzebne pieniądze?
Więc, oto garstka klejnotów        290
Za mój okup niechaj służy,
Bo człowiek gdy się zadłuży
Połowę przyjaźni traci.
Gdy pieniądz serca przegrodzi:
Dopiero gdy dług zapłaci        295
I usunie tego rocha.
Z przyjacielem równiéj chodzi,
Lepiej czuje, wolniej kocha.

DON FERNAND.

Mówisz mi o wolnéj łodzi...
Chciałbym... Lecz patrz, Król nadchodzi...

MULEJ.

Czy nas widział?

DON FERNAND.

Nie.        300

MULEJ.

O! Panie
Skryj się...

DON FERNAND.

Tutaj... w tej altanie.

Fernand kryje się do altany. Wchodzi KRÓL i uważa to zdaleka.
KRÓL (Na stronie.)

Gadali tajemnie oba.
Jeden skrył się do altany,
Drugi stoi pomięszany.        305
Weale mi się nie podoba

To zejście obu, ta zmowa.
Jeden się przedemną chowa,
Drugi zlekły stoi, czeka.
Więc go podejdę z daleka:        310
A słuszny czy nie, powód trwogi
Usunę.

(Do Muleja.)

Bardzo się cieszę...

MULEJ (Przerywając.)

Panie pozwól uściskać twe nogi...

KRÓL.

Żem cię spotkał tu...

MULEJ.

Co mi rozkażesz?...

KRÓL.

Wyznam tobie, żem mocno żałośny        315
Z niepoddania się Ceuty.

MULEJ.

O! Panie,
Ceutę szturmem zdobędziesz bez trudu.
Siłom twoim nie oprze się miasto...

KRÓL.

Nie Muleju... ta Ceuta się musi
Poddać sama, bez kosztu żadnego...        320

MULEJ.

Jak to, Panie?

KRÓL.

O tak przyjacielu...
Myślę nędzą i głodem okropnym
Tak przycisnąć Fernanda Infanta,
Że mi sam téj fortecy da klucze...
Rzecz mię tylko jedna bardzo trwoży...        325
Oto Infant, ten Xiąże, Muleju,
W Fezie nawet mieć może przyjaciół.
Sami jeńce go widząc w niedoli

I w cierpieniu... gotowi lada dzień
Bunt mi podnieść... a baczę też na to        330
Że pieniądze łakomą są rzeczą
Więc strażniki przejęte zapłatą
Mogą jeńca wypuścić – a nie mam
Pewnych ludzi...

MULEJ (Na stronie.)

W téj go myśli utrzymam.
A tak widząc moją dobroduszność        335
O mnie bać się nie będzie...

(Głośno.)

Masz słuszność!
Myśli twoje biorą dobry kierunek.

KRÓL.

Jeden na to jest tylko ratunek,
Jeden sposób, a o tym sposobie...

MULEJ.

Cóż to Panie?

KRÓL.

Pod straż go dam tobie.        340
Bo wiem że cię nie kupi brylantem
Ani kiesą... Więc ty nad Infantem
Postanowion, bądź jemu alkadem...
Ufam tobie, a jedynym zakładem
Za Infanta, twój honor mi stoi.        345

(Odchodzi.)
MULEJ.

Słyszał wszystko i o mnie się boi:
Albo sam się domyślił wszystkiego.
O! Allachu!

DON FERNAND (Wychodząc z Altany.)

Cóż tak smutny kolego?...

MULEJ.

Nie słyszałżeś co Pan ten okrótny?

DON FERNAND.

Owszem, wszystko słyszałem z altany.        350

MULEJ.

Czemuż pytasz dla ezegom ja smutny?
Dla czego stoję zmięszany?
Dla czego rozmawiam z sobą?
Czemu żal mi pierś rozrywa?
Pomiędzy królem a tobą,        355
Posłuszeństwem a przyjaźnią,
Straszna się walka odbywa.
Sumnienie mi będzie kaźnią
Jeśli króla mego zdradzę;
Wegle na głowę zgromadzę        360
Jeżeli ciebie opuszczę...
Ach zaszedłem w straszną puszczę!
Myśl zbłąkanego odbiega...
Król na mnie tylko polega.
Ty we mnie masz tylko nadzieję...        365
Radź co czynić.

DON FERNAND.

Miłość grzeje,
I przyjaźń szczęście stanowi:
A choć obiedwie są święte
I zdradzone są ohydą;
Lecz w porównanie nie idą        370
Z wiarą należną krajowi,
I klękają przed nią zgięte
Te Anioly naszych dusz.
Więc radzę, królowi służ
Z tą wiarą niepokalaną.        375
A ja tu przyrzekam świecie,
Że choćby mi dziś dawano
Wolność, na pierwszym okręcie
Co do Portugalji płynie;
Odrzucę – bo na mnie leży        380
Twój honor i przeze mnie nie zginie.

MULEJ.

Jesteś zwierciadłem rycerzy
Ale mi nie dawaj rad,

Wszak ty mi wróciłeś życie?
Smętnemu wróciłeś świat?        385
A ja miałbym... Nie, mój Xiąże –
Téj nocy, jak była zmowa,
I brzegu ci łódź przywiążę:
Uchodź – a moja tu głowa
Odpowie.

DON FERNAND.

Bracie mój miły,        390
Byłżebym ja sprawiedliwy?
Dałżebym ja dowód siły
I serca? wolności chciwy
Z hańbą mego przyjaciela: –
Hańbą się jego bogacąc,        395
Honor biorąc, serce tracąc?
Wolność, ten brylant wesela,
Jażbym jego łzami płacił?
Zostawiał tu męczennikiem?
Jeżeliś miary nie stracił        400
Która czyny ludzkie mierzy:
To bądź mi sam poradnikiem,
I mów czy mi to należy
Uczynić?

MULEJ.

Ach nie wiem Panie        405
Co ei sam na to poradzę...
Powiem nie, to serce pęknie,
Powiem tak, to ciebie zdradzę
Jak przyjaciel, co sam zmięknie,
I w trwodze źle radzi może.

DON FERNAND.

Więc ja tu słowo położę        410
Niewzruszone, głaz ogromny.
Wiedz że mię tu sądy Boże
Skazały, bym wybrał miarę
Litości, i tu za wiarę
Skonał jak Xiąże niezłomny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Juliusz Słowacki.