Przejdź do zawartości

Książę Niezłomny (Calderón, tłum. Słowacki, 1894)/Dzień trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Xiąże Niezłomny
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom IV
Redaktor Henryk Biegeleisen
Wydawca Księgarnia Polska
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Juliusz Słowacki
Tytuł orygin. El Conde constante
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 

Cały tom IV
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
DZIEŃ TRZECI.

W pałacu Króla Fezkiego. Wchodzą, KRÓL i MULEJ
MULEJ (Na stronie.)

Ponieważ pomódz nie mogę
Fernandowi, niczém prawie;
Do Króla się za nim wstawię.
Może on co postanowi
Litośniejszego z tym jeńcem...        5

(Głośno.)

Panie, służyłem ci wiernie
I na lądzie i na morzu;
Wszędzie gdzieś mię tylko użył;
I jeszcze tę pierś postawię...
A jeślim na łaskę zasłużył        10
Dziś wysłuchaj mnie łaskawie.

KRÓL.

Cóż tam?

MULEJ.

Fernand...

KRÓL.

Dosyć tego.

MULEJ.

Sądziłem żeś mi łaskawszy.

KRÓL.

O Fernandzie tym wspomniawszy
Jużeś tknął mię i zostawiasz smętnego...        15

MULEJ.

Jak to Panie?

KRÓL.

Bo przysięgam na duszę
że dać chciałbym, a odmówić ci muszę.

MULEJ.

Wszakże jestem strażnikiem Xiążęcia.
Czyliż nie chcesz o więźniu mieć sprawy?

KRÓL.

Mów, lecz nie sądź że będę łaskawy.        20

MULEJ.

Ten Fernand co z niemowlęcia
Na króla był wychowany;
A dzisiaj tak podeptany
Żałośnie stopą fortuny,
I tak bliski, Panie, truny,        25
Takim straszliwym posągiem
Do grobu po stopniach zlata:
Że fortuny dziwolągiem
Wydaje się w oczach świata,
Który patrzy i drży z trwogi        30
Widząc jéj depcące nogi.
A myśli świat i o tobie,
O twojéj mocy i sile,
Co takiéj wielkiéj mogile
Rzuca takie wielkie ciało.        35
Ty go sam trzymasz przy grobie.
Tyś mu jest na piersiach skałą;
Ty Panie, pod twoje nogi
Wziąłeś piersi takie dzielne,
To czolo takie naczelne!        40
Rzekłeś – a on dziś ubogi
Nieszczęsny żebrak, i nędzarz,
W rdzawym na szyi łańcuchu,
Nie godzien twojego słuchu,
Oczu, który ty oszczędzasz        45
Abyś nie stracił płaczących;
Litości u przechodzących

Prosi rękami obiema.
Litości prosi i nie ma
Nawet litości! – Bo jako        50
Rozkazałes, Panie srogi,
Aby wymiatał podłogi.
I strawę miał ladajaką;
A potém odmówił strawy
I chleba dawać zabronił,        55
A do stajeń twoich gonił,
I w loch zapędził plugawy
Sypiać w mazamorach ciemnych,
Gdzie wilgoć ma gad i plamy:
Z członków się jego nikczemnych        60
Zrobił trup, a z oczów jamy...
Te oczy, niegdyś pogodne!
Dziś na ludzi patrzą głodne,
We Izach boleśnych czerwone,
Suche, głodem zapalone;        65
A ręce, jałmużny proszą.
Rankiem swoi go wynoszą
Z mazamor, jako kość bladą,
I gdzieś go na słońcu kładą,
Gdzieś na słońcu, pod murami:        70
Potém uciekają sami
Bo – (Ach głos mi w piersiach głuchnie)
Bo ten Xiąże trupem cuchnie,
Gnije żyw, z kości opada;
Nikt z nim nie żyje, nie gada,        75
Nikt przy jego mazamorze
Od swądu wytrwać nie może;
Tak kość, ciało co się cegli
Trąci, i tak się rozpada,
Że go już wszyscy odbiegli.        80
Jeden tylko, jeden sługa
Został przy tym Panu biednym
I przyjaciel jeden jednym
Szlachetny pewien kawaler.
Tych dwóch ani męka długa        85
Ani dżuma, córka galer,
Nie odstraszyły od Pana.

Ci dwaj – jeden mu kolana
Okrywa łachmany wielą –
Drugi pierś pod głowę daje.        90
Chlebem z nim się oba dzielą;
Choć dla jednego nie staje
Téj czastki – Bogi to wiedzą,
Jak oni ją we trzech jedzą!? –
Jeszcze, często Xiąże musi,        95
Gdy go chleb żebrany krztusi
A przyjaciele go śledzą;
Musi, kawałek podany
Jak złodziej chować w lachmany,
Kryć się z tém, że przez obrożę        100
I gardło (o! jasne nieba!)
Tego żebrackiego chleba
Ten nędzarz przełknąć nie może.
A zaś owych karmicieli
Służba twoja srogo karze,        105
Kijem biją twoje straże.
Więc przy panu jeden czuwa
I słowami go weseli;
Drugi żebrze i z nim dzieli
Chleb i łzę co chleb zatruwa.        110
O! skończ Panie już tę mękę!
Ulż więźniowi, w imię Boga!
Spuść mu Panie, podaj reke,
Nie stężaj tego powroza.
Bo to już nie żal, lecz trwoga,        115
Nie litość bierze lecz zgroza!

KRÓL.

Przestań na tym.

Wchodzi FENIXANA i rzuca się do nóg Królowi.
FENIXANA.

Królu Panie...

KRÓL.

Cóż tam? moja córko miła.

FENIXANA.

Jeżelim ja zasłużyła,
Przez miłość i przez pokorę,        120

Na twoje ojcze, kochanie?
Przychodzę o łaskę prosić:
Niech ją z twoich rak odbiorę.

KRÓL.

Choćby królestwo! pół berła...
Niechaj prosi wschodu perła.        125

FENIXANA.

Ojcze, Fernand...

KRÓL.

Dosyć! dosyć...
Dalej nie gadaj... bo próżno.

FENIXANA.

Ojcze zgrozą już przenika!
Daruj go jaką jałmużną,
Ulituj się niewolnika.        130
Nieszczęsny aż do łez wzrusza.

KRÓL.

A któż go do tego zmusza
Aby cierpiał? – Nędzny, słyszę...
Lecz on sam swój wyrok pisze,
Sam swoją pieczęć przykłada.        135
A pod nędzą nie upada
Choć wyszedł z głodu na mare,
Ale chce cierpieć za wiarę
Co mu niebiosa otwiera...
Chce umrzeć?... niech więc umiera        140
Ja zeń méj nie zdejmę nogi.
Bo on sam nad sobą srogi,
Chce żyć w nędzy i w plugastwie:
I nie ja się nad nim pastwię,
Ale on sam siebie męczy. –        145
Niech mi Ceuty klucze wręczy,
Dziś wolno puszczę Infanta.

Wchodzi SELIM.
SELIM.

Panie, przyszli dwaj posłowie.
Jeden z nich od Tarudanta,

A zaś portugalczykowie        150
Drugiego przysłali w łodzi...

FENIXANA (Na stronie.)

Ach jeden po mnie przychodzi!
Tarudant po mnie przysyła!

MULEJ (Na stronie.)

Ach w dniu jednym taka siła
Nieszczęść na serce mi spada?        155

KRÓL.

Wpuścié obu... Fenixanie
Tu miejsce, niech przy mnie siada.

Król siada z Fenixaną na tronie. Wchodzi ALFONS, Król Portugalski, w posła charakterze... i TARUDANT, Infant Fezu, również jako poseł.
TARUDANT.

Przepotężny Fezu Panie!

ALFONS (Nie dając się wyprzedzić.)

Przesławny Maurów Tyranie!

TARUDANT (Mówiąc razem z Alfonsem.)

Którego moc...

ALFONS.

Którego siła...

TARUDANT.

Bogdaj trwała...        160

ALFONS.

Bogdaj żyła...

TARUDANT.

O! zorzo tego narodu!

ALFONS.

O jutrzenko jasna wschodu!

TARUDANT.

Obyś lata...

ALFONS.

Obyś wieki
Wielkie i nieprzeliczone...        165

TARUDANT.

Miał laury...

ALFONS.

Nosił koronę.

TARUDANT.

W każdéj walce...

ALFONS.

W każdym czynie...

TARUDANT (Do Alfonsa z gniewem.)

Jak ty psie chrześcijaninie
Ważysz mi się głos przewlekać?

ALFONS (Do Tarudanta.)

Jak ty się tu ważysz szczekać        170
Gdzie ja gadam?

TARUDANT.

Słuszność każe
Że gdzie Arab tron zasiada,
Tam najpierwszy Arab gada.

ALFONS.

A gdzie znają gospodarze
Grzeczność, tam prawo stanowi,        175
Że głos pierwszy dać gościowi.

TARUDANT.

Nie znam ja takiego prawa.
Niech dla gości pierwsza ława...
Ale głos...

KRÓL.

Siadajcie oba.
I niech poseł Chrześcijanów        180
Jako nieznańsza osoba
Ma głos...

ALFONS.

Krótko powiem Panie.
Oto Alfons, Luzytanów
Król, którego panowanie
Sławne teraz po wszéj ziemi,        185
A ustami bronzowemi
Sławy po morzach głoszone;
Pozdrawia twoją koronę,
Zdrowia ci życzy i błaga:
Ponieważ ma tutaj brata        190
Który się wolności wzdraga
Kupionéj Ceutą i duszą,
Aby teraz ta zapłata
(Nim się jedze wojny ruszą)
Dla zobopólnéj ugody.        195
W innych mogła być pieniądzach.
Poszukaj, Panie, w twych żądzach,
Oszacuj dwa takie grody
Jak Ceuta, rachuj na krocie,
Każ je złożyć w srebrze, w złocie;        200
Alfons je pewno wypłaci,
I przyjaźń z tobą zachowa:
Lecz gdy tę nadzieję straci
A z wiatrem pójdą te słowa? –
Ten sam wiatr z po nad odmętów        205
Nagna tu tysiąc okrętów;
Flotę, co już brzegów sięga,
Krzyżami zaczęła błyskać:
I króla, który przysięga
Ogniem i mieczem odzyskać        210
Xięcia, i walczyć dopóty,
Aż więzień będzie rozkuty.
A te pola i doliny
Szmaragdów pozbędą kłosa,
I ubiorą się w rubiny        215
Nim słońce zajdzie w niebiosa.

TARUDANT.

Choć jako poseł zasiadam,
Lecz krewny tego mocarza

Jako taki odpowiadam
Na to, co Pana obraża,        220
I rani. – Powiedz odemnie
Alfonsowi, jego rzeszy,
Niechaj się na pola śpieszy.
Bo nim się w blasku lazurze
Jutrzenki pokażą róże,        225
I ozłocą wschodnie chmury:
Na ziemi będą purpury.

ALFONS.

Gdybyś ku nam się podźwignął
Przez jaki wielki uczynek,
Może by tu pojedynek        230
Tę całą sprawę rozstrzygnął.
I tak, rzecz niech z nami stanie,
Niech Tarudant krwi nie skąpi,
Niech wasz Król przyjmie wyzwanie:
A ja w tém że mój wystąpi!        235

TARUDANT.

Kłamiesz król się twój przelęknie.
Tarudant placu dotrzyma.

ALFONS.

Więc na pole...

TARUDANT.

Aż krwią zmięknie...

ALFONS.

Aż krew wytryśnie oczyma
Będę patrzał czy przybędziesz?        240

TARUDANT.

I nie długo patrzeć będziesz
Bo ja piorun.

ALFONS.

Jam obłokiem!

TARUDANT.

A ja piorunowym smokiem!

ALFONS.

A ja wulkan z ognia łonem!

TARUDANT.

A jam jędzą!

ALFONS.

A ja zgonem!        245

TARUDANT.

Słuchasz — i żyjesz? to dziw!

ALFONS.

Widzisz mnie i jesteś żyw?!

KRÓL.

Niech wasze Jasnoście obie
Na czas pofolgują sobie;
Bowiem i słońce już bliskie        250
Zachodu... A niechaj pomną
Że bez mego pozwolenia,
Na mojéj ziemi nie mogą
Szranków mieć otwartych sobie.
A teraz niechaj pozwolą        255
Abym gościnnością służył.

ALFONS.

Kto mię ugaszcza niedolą,
I podał czarę żałości;
Ten inaczéj nie ugości,
I gościną nie przynęci.        260
Po Femanda tu przyszedłem;
I miałem to na pamięci,
Aby ludzkiéj krwi oszczędzić
A zachować króla sławę
Teraz czekam na odprawę.        265

KRÓL.

Odprawa królu Alfonsie
Będzie krótka. Jasny Panie!
Jeśli mi nie oddasz Centy,
To Infant u mnie zostanie.

ALFONS.

Ponieważ przychodzę zbrojny        270
Poseł srogi, wieszczby kruk:
Ogłaszam żałobę wojny.

(Do Tarudanta.)

A ty czy poseł, czy wróg,
Chodź w pole. Za godzin trzy
Cała niech Afryka drży.        275

(Odchodzi.)
TARUDANT (Do Fenixany.)

Wojny ognista pochodnia,
Która o czasie stanowi,
Twojemu niewolnikowi
Nie daje służyć inaczéj:
Niechaj mnie więc perła wschodnia        280
Zgiętego u nóg obaczy,
I reka swoją obdarzy;
A weźmie duszę w niewolę.

FENIXANA.

Nie przystoi dla mocarzy
Takich jak ty, w takim dole        285
Zostawać, i w téj pokorze
Utracać godności miarę.

MULEJ (Na stronie.)

Słyszeć to i żyć! o! Boże!

KRÓL.

Wasza Jasność, godzin parę,
Niech przyjmie moją gościnę.        290

TARUDANT.

Królu zaledwo godzinę
Mogę czekać. I to jeszcze
Jak ambassador obwieszczę,
Że jestem umocowany
Wybiwszy memi kolany        295
Przed tą pięknością dwa groby,
Prosić o dar jéj osoby,

I z sobą wziąć ten skarb drogi.
Przebacz że tak krótko proszę,
I te piękną stąd unoszę        300
Niby orzeł, pełną trwogi.

KRÓL.

We wszystkiém, Panie, me żądze
Prześcigasz takiém życzeniem.
A ponieważ to być sądzę
Naszych długów skwitowaniem,        305
I naszych wojen skończeniem:
Ugodę potwierdzam daniem,
I unieść ją stąd pozwolę.
Ale spieszny odjazd radzę,
Nim wrogi zastąpią pole.        310

TARUDANT.

Swaty ja liczne prowadzę.
W swaty wiodę wojsko całe,
Tak że puszcze mi za małe,
A z obozów stoją miasta.
Więc odjedzie ta niewiasta        315
Bespieczna.

KRÓL.

Dla wszelkiéj pieczy,
Nie będzie i to od rzeczy
Że Muleju, weźmiesz Spachy,
I odprowadzisz pod dachy
Małżeńskie, tę narzeczoną.        320

MULEJ (Na stronie.)

Więc i to? – pęka mi łono!
Fortuna się koligaci
Z wrogami, a ze mnie się śmieje.
Ach! i Fernand we mnie traci
Przyjaciela i ostatnią nadzieję!        325

(Wychodzą.)

ZMIANA PIERWSZA.
Ogród przy mazamorach. NIEWOLNICY wnoszą DON FERNANDA i kładą go pod murem... DON ŻUAN i BRYTASZ.
DON FERNAND.

Połóżcie tu moje ciało
Na słońcu, przy białéj ścianie,
Aby mię słońce ogrzało.
Wielki Boże! Boże Panie!
Bądź pozdrowion duszą całą        5
Za twoje słońce wiosenne,
Pełne złotego uśmiechu.
Hiob przeklinał światło dzienne:
Bo urodzony był w grzechu,
W nędzy, w upadku, w obawie:        10
Ale ja Ci błogosławię
Za dzień, co mi żyć pozwala,
Miłości goreć płomykiem.
Każde drzewo się zapala,
I tobie Panie goreje.        15
Każdy promień, co mię grzeje,
Płomienistym cię językiem
Na wysokości wychwala!

BRYTASZ.

Czy ci tak dobrze o! Panie?

DON FERNAND.

Dobrze, bracie, – dobrze, ciepło.        20
Wielkie twoje zlitowanie
Boże! wielkie łaski Twoje!
Gdy mi ciało w lochu skrzepło,
Ty mi dajesz światła zdroje,
Ptaszkom twoim każesz śpiewać,        25
Słońcu twojemu ogrzewać.
Dobry jesteś! i łaskawy!

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Pozostalibyśmy dłużéj
Przy tobie, ale z obawy
Nie możemy. Człowiek służy...        30
Czeka nas łańcuch i plaga.

DON FERNAND.

Bracia niech wam Bóg pomaga
I szczęści.

PIERWSZY NIEWOLNIK.

Jakie katusze!

DRUGI NIEWOLNIK.

O jaka nędza na świecie?

(Niewolnicy odchodzą.)
DON FERNAND.

Wy dwaj ze mną zostaniecie?        35

DON ŻUAN.

Ach ja, Panie, odejść muszę.

DON FERNAND.

Ciebie mi zawsze potrzeba
Przy boku, bez ciebie się smucę.

DON ŻUAN.

Panie, ja zaraz powrócę,
Pójdę tylko szukać chleba        40
Abyś miał co jeść, dziś rano
Nie jadłeś. O! biada! biada!
Odkąd Muleja zabrano,
Ziemia zdaje się zapada
Pod nami, okropna puszcza        45
Szerzy się, wszystko opuszcza!
A straszliwa blada nędza
Ciągle nam karku dopędza,
Wczoraj jak straszydło krwawe,
Dziś suchsza, bladsza od trupa.        50
Bo kiedy biegnę po strawę,
To łajdactwo tego kupa,
Co po wioskach, Panie, siedzi:
Pomna na zakaz surowy,
A bojąc się że ją śledzi        55
Jaki Argus stu okowy
Od Króla stawiony na to:
Chleba ani za opłatą

Nie chce dać – o twarda taka! –
Ani na proźbę żebraka        60
Nie chce dać, skruszona łzami;
Taki twardy los nad nami!
O! Panie – Lecz ktoś nadchodzi.

(Don Żuan wychodzi.)
Brytasz klęka przy leżącym Don Fernandzie. Wchodzą KRÓL, TARUDANT, FENIXANA i SELIM.
DON FERNAND.

Głos go mój w serce ugodzi.
Może litość wydobędę,        65
I cierpiąc, dłużéj żyć będę.

SELIM (Do Króla.)

Panie, przechodząc tą drogą,
Musisz tu nadeptać nogą
Infanta.

KRÓL (Do Tarudanta.)

Bądź świadkiem Panie,
Jakie moje panowanie.        70

TARUDANT.

Zamiary moje podróżne
Opaźniasz przez tę gościnę.

DON FERNAND (Żebrząc.)

O! dajcie jaką jałmużnę
Żebrakowi, z głodu gine!...
Niech próżno rąk nie otwieram.        75
Pomnijcie żem człowiek przecie!
A z nędzy, z głodu umieram,
W oczach mi głodnemu ciemno.
Ludzie miejcie litość nademną,
I nie odwracajcie oka.        80

BRYTASZ.

Xiąże, nie tak żebrać trzeba...

DON FERNAND.

A jakże?

BRYTASZ (Żebrząc.)

W imię Proroka!
I w imie siódmego nieba
Maury, dajcie nam jałmużnę:
A niebo wam będzie dłużne,        85
I sam prorok wam zapłaci.

KRÓL.

Taki nędzny, a nie traci
Żywota, nie skłania czoła. –
Mistrzu Infancie!

BRYTASZ (Do Fernanda.)

Król woła.

DON FERNAND.

Mylisz się, więźniu, kollego.        90
Mistrzem ja nie jestem zgoła
Ni Infantem – trupem obu, –
Ich trupem, to co innego; –
Bowiem wyglądam z pod grobu,
Na piasku jak nędzarz drzymię,        95
I proszę wody kropelki –
Lecz nie Infant, nie Mistrz wielki –
Tamtych grobowice naciska.
Ja jestem człowiek z nazwiska,

KRÓL.

Więc mi odpowiedz na imię        100
Fernanda.

DON FERNAND) (Wstając.)

Teraz, ubogi,
Wstanę całować twe nogi,
Prosić o posiłek skromny.

KRÓL.

Zawszeżli taki niezłomny?
I wytrwały dziś jak wczora! –        105
Powiedz mi, to uniżenie,
Duma to jest? czy pokora?

DON FERNAND.

Króla godność w tobie cenię,
I każdym to stwierdzam czynem
To prawo, które zamyka        110
Zakon Boży: że nad gminem
Król ma sobie berło dane,
I ma mieć od niewolnika
Posłuszeństwo – więc złamane
Członki, przed twoją osobą        115
Prostując, stanę przed tobą,
Nim przed Panem Bogiem stanę. –
Wiedz, że Król, skąd nie bądź, nosi
Taką powagę, moc Bożą,
Tak się w nim siły wielmożą:        120
Że krew, co mu ciało rosi,
Musi wstać w ciała nicestwie
I zaświadczyć o królestwie,
Do cnót królewskich się dostać.
Wiec nie tylko króla postać,        125
Ale i cnót świadczy żywość,
W sercu, łaska, sprawiedliwość,
I inne cnoty mocarza.
A to prawo podług wzorów
Boskich, do natury tworów        130
Przechodzi, i tak przeraża
Samą dotkniętą naturę:
Że prawa prosto idące,
O te twory królujące
Zbiwszy, nieraz cofa w górę,        135
I cud robi niesłychany,
Jak niegdyś Boże Jordany. –
I tak: pomiędzy zwierzęty
Lwu się królestwo należy,
Ten kiedy grzywę najeży,        140
I kudłami stanie wzdęty
Jak ogromna fala złota
Co źwierzę przed sobą goni:
To mu królewska istota
Pastwić się nad jeńcem broni.        145
A patrz na mórz błękit siny;

Tam królami są delfiny.
Bowiem kiedy akwillony
Napędzą fale gromadą:
Fale te delfinom kładą        150
Srebrne i złote korony:
Jednak, to królewskie plemię
Co włada na wodnym świecie,
Nieraz na swym sinym grzbiecie,
Człeka wynosi na ziemię,        155
I wściekłym falom wyrywa.
Więc i orzeł, ten król trzeci,
Który po błękitach pływa,
I zawsze na słońce leci;
A koronę ma nie lichszą        160
Od innych, z tych piór na głowie
Które mu burze rozwichrzą: –
A jednak, kiedy się dowie
Że gdzie, podłe żądło gadu
Do zrzódeł nalało jadu.        165
I woda już śmiercią trąci:
By nie była ludzi grobem,
Rusza ją skrzydły i dziobem,
I wichrzy, aż ją zamąci.
Aby swój kryształ popsuła,        170
Zbladła i ludu nie truła.
Królestwo roślin, kamieni,
Tym samym prawom podpada.
Pani owoców, grenada,
Co z drzewnych niby promieni        175
Koronę nosi wieniec: –
Gdy ją dotknie jad zarazy
Traci ognisty rumieniec,
A wewnątrz ziarek rubiny
Wnet zamienia na topazy.        180
Więc śród kamiennéj drużyny
Także król ma swój sakrament.
Oto, Panie, ów dyament
Co jest nad kamienną zgrają.
Twardszy od granitów kości;        185
Przed którym magnesy stają,

Stają w jego obecności
Pomne na króla potęgę,
I te mu zdają przysięgę
Poddaństwa: – ów król tak twardy,        190
Tyle ma dumy i wzgardy,
Że nie pomny własnéj siły,
Kiedy go stal, z dziecka krzykiem,
Zdradzi, i dotknie pilnikiem,
I o królestwo zalęka: –        195
W drobne rozpada się pyły,
W proch się rozpada i pęka,
A biednéj stali nie niszezy...
Taka więc szlachetność błyszczy
Wszędy w królewskich sumnieniach,        200
W żwierzętach, w rybach i ptakach,
I w roślinach i w kamieniach; –
Więc i w ludziach po tych znakach
Mają być znani królowie:
Nie tylko że z wielmożności,        205
Nie tylko z koron na głowie;
Ale Panie, i z litości,
I ze szlachetnego serca.
Chrześcijanin czy bluźnierca
Krzyżowy, gdy spojrzy we dno        210
Duszy, wyczyta to jedno
Prawo, przez Boga wyryte,
Któreś ty w sercu zagłuszył.
Nie gadam abym cię skruszył,
Abym do litości skłonił.        215
Ciało me, bolem rozryte,
Nie tyś – ale Bóg pokłonił.
Nie chcę u twojéj osoby
Żebrać, życia już mam sytość...
Późna też byłaby litość;        220
Bo wiem że żądło choroby
Aż w serce mię już raniło;
Oddech mi powietrzem szkodzi,
Jak nóż przez serce przechodzi,
I rznie zapalone płuca.        225
Ja wiem, żem już nad mogiłą,

Że mię już żywot porzuca.
I żar wypala piekielny...
I to wiem, żem jest śmiertelny,
Jak ty, Panie, robak drobny.        230
Nie żadna anielskość dumna.
I dla tego to, podobny
Kształt na kołyska i trumna:
Aby to ludzie wiedzieli,
Że na podobnéj pościeli,        235
Gdy przyjdą na rozkaz Boży,
Matka ich i śmierć położy.
Tak więc podobne do pary
Przy kołysce stoją mary!
Tak podobne u podwoi        240
Dwojga, dwoje łóż człowieka. –
Kto to wie – czegóż się boi?
Kto słyszał to – czegóż czeka? –
Kogo strzaskał los na ćwierci?
Naraził na nieszczęść krocie:        245
W czémże ufa! – czy w żywocie?
O nie, zaprawdę, że w śmierci,
W śmierci ufa! – Tę ofiarę
Zrób ze mnie, Panie, o! proszę...
Daj śmierć – niech umrę za wiarę!        250
Oto ręce me podnoszę
I o śmierć, Panie, cię błagam:
Nie dla tego że się wzdragam
Żyć i cierpieć jestem nierad:
Że chcę umrzeć jak desperat; –        255
Nie dla tego u nóg szlocham –
Ale ja się, Panie, kocham
W takiej śmierci męczennika,
Co krwawe ciało odmyka,
I Bogu uwalnia duszę,        260
I na wieki ją ożywia.
Więc choć grzechu prosić muszę,
Miłość mię usprawiedliwia
Że o śmierć nieszczęsną proszę...
Oto me ręce podnoszę,        265
A ty daj! – Lwem będziesz wtedy,

Co widząc myśliwce śmiałki,
Napastniki ojców schedy,
Napada i rwie w kawałki.
Orłem będziesz, co się ciska        270
Na gniazd swoich rozbójnika,
W szpony mu czaszkę zamyka,
I dziób maluje rubinem
Téj krwi, co z oczu wytryska,
O! Panie będziesz delfinem.        275
Który na nieba lazurze
Zapowiada śmierć i burze
Ludziom grożące zalewem.
Królewskim ty będziesz drzewem,
Co piorunami czerwone,        280
Ramiona ogołocone
W burzach rwie, i tak się zżyma;
Że zda się piorun otrzyma,
I nad światowym zamętem
Będzie spełniało gniew Boży.        285
Panie! będziesz dyamentem
Co się na stal biedną sroży,
Gardząc kamieni motłochem. – –
Lecz syp się w proch i zrób mnie prochem!
Bo ja nie ulegnę prędzéj;        290
Bo im więcéj cierpię nędzy,
Im więcéj mnie gną rospacze,
Im boleśniéj w nędzy płaczę,
Im przed tobą jestem mniejszy,
Im we wnętrznościach głodniejszy;        295
Im bardziej odarty z ciała,
I z nadziei i z łachmanów:
Choćby ta ziemia gnać miała
Za mną, szczękami kajdanów,
Nawet – nawet w żywot dalszy:        300
Im więcéj cierpię, tém stalszy
Muszę trwać przy mojéj wierze. –
Bo ona mnie jedna strzeże!
Serce nadzieją roznieca!
Słońcem w męczeństwie oświeca!        305
Palmy zawiesza nad czołem!

Nie przeważysz nad kościołem
Ile go jest w méj osobie.
Z kości tych tryumfuj sobie...
Gardło masz i moje łono.        310
Bóg ucieczką moją i obroną!

KRÓL.

To już przechodzi pojęcie!
Aby człowiek tak grobowy,
Bawił się takiemi mowy,
Wpadał na takie sentencje,        315
I sam się cieszył w niedoli.
Jakże ty chcesz abym bolał?
Gdy ciebie serce nie boli.
Jeśliś ty sam umrzeć wolał
Niż żyć? – Nie, nie, nadaremnie, –        320
Litości nie znajdziesz we mnie,
Pierwéj, miéj ją sam nad sobą.

(Wychodzi.)
DON FERNAND (Do Tarudanta.)

Przed twoją, Panie, osobą
Uniżam się, wspomóż jeńca...

TARUDANT (Odpychając go.)

Nędzarzu!

(Wychodzi za królem.)
DON FERNAND (Do Fenixany.)

Więc potępieńca        325
Ty się ulituj o! Pani,
Jeśli twa piękność jest z Boga,
A nie jest wzięta z otchłani.

FENIXANA.

Ach! jaki widok!

DON FERNAND.

Ty sroga
Odwracasz oczy?...

FENIXANA.

We łzach mi        330
Toną... człowieku! ach! strach mi!
Duch mi cały z ust wyskoczy!

DON FERNAND.

I dobrze, bo są też oczy
Ach! nie do nędzy stworzone.
Dobrze! że twój wzrok rostropny.        335

FENIXANA.

Puść mię. – Jaki ty okropny!

DON FERNAND.

Okropny? – Choć odwrócone
Oczy masz, pełne popłochu:
Dobrze jest, abyś wiedziała,
Że piękność twojego ciała        340
Tyle co mój szkielet waży –
Tyle co ja – garstkę prochu.

FENIXANA.

Puść mię – oddech mię twój parzy,
Głos zabija – szaty cuchną.
Puść mię ty człowiecze pruchno!        345
Szaty mi rękami skazisz,
Oddechem twoim zarazisz.
Puść człowieku – bo omdleję!

(Ucieka z Selimem.)
Wchodzi DON ŻUAN pokrwawiony i w łachmanach, z chlebem.
DON ŻUAN.

Oto mię Maury, złodzieje,
Za kawałek tego chleba        350
Zbili – krew się ze mnie leje.
Panie jedz.

DON FERNAND.

Już mi nie trzeba
Jadła, drogi przyjacielu.
Oto już jestem u celu...
Już idę...

DON ŻUAN (Padając mu do nóg.)

Panie mój drogi!        355
Czy ty już... o! ratuj Boże....

DON FERNAND.

Płacz tu już nic nie pomoże –
Nie martw się – ziębną mi nogi –
Zaprawdę jużem przy śmierci.
To serce, za godzin mało,        360
Robak śmiertelny przewierci,
I znajdzie, że cię kochało.
Ciepło w nim jeszcze zastanie.
Nie martw się mój Don Żuanie.
Ja się w długą podróż wybieram...        365
A dla Boga tu umieram,
Chóry anielskie bogacę:
I dług Panu memu płacę.
Nie martw się i oczów rosą
Nie léj na ciało Xiążęce.        370
Każ, niech mię wezmą na ręce.
I do méj jamy odniosą.
Już konam...

DON ŻUAN.

Z tą ziemią nędzy
Ostatni mój węzeł pęka!

DON FERNAND.

Don Żuanie... czy poźniej, czy prędzéj        375
O tu.

(pokazuje na ziemię.)

Daj rękę. Ta ręka
Karmiła mię – o! szlachetna! –
Chociaż moja śmierć nie świetna,
Po śmierci Bog może zdarzyć
Odmianę... więc w mazamorze,        380
Gdzie się sam jak trup położę,
Nie rusz mię... lecz po skonaniu,
W mistrzowym zawiń ubraniu,
I zostaw tak okrytego
Cichym i spokojnym trupem,        385

Jeśli Król pozwoli na to...
A kiedy przyjdą z okupem.
To znajdą mistrza martwego
Pod zwykłą krzyżową szatą.
I powiozą gdzieś przez morza        390
Do kraju garstkę popiołów...
Już też, za tyle kościołów,
Da mi tam grób łaska Boża!

(Don Zuan i Brytasz wynoszą go.)

ZMIANA DRUGA.
Lądują na brzeg morski ALFONS i DON HENRYK z rycerstwem.
ALFONS.

Zostawić falom zhukanym okręta,
Co podpierały żaglami obłoki:
I niechaj biją dział ogniste smoki,
I niechaj rzeka ludzi wyrzygnięta
Z okrętów, płynie i ten kraj zalewa...        5

DON HENRYK.

Zły do lądunku brzeg wybrałeś Panie,
Radziłem lepiéj, te masztowe drzewa,
Bliżéj po srebrnym posunąć bałwanie,
I z nich samemu Fezowi dać szturmy
A tu jak widzisz Maurytańskie hurmy        10
Rażą nas straszną szabel błyskawicą.
Tu sam Tarudant z swą oblubienicą
Z Fezu wracając, bój nam wypowiada.

ALFONS.

Jasnych aniołów była to dorada
Abym uczynił to co teraz czynię.        15
W Fezie na oba natrafiłbym wrogi.
A tutaj jeden – o pół nie tak srogi
Stoi na polu. Więc nim się rozwinie
Każ huknąć w traby.

DON HENRYK.

Racz zważyć że wojna
Zawczesna, Panie, ludzie nie gotowi.        20

ALFONS.

Na nie nie zważam, dusza moja zbrojna!
A duch w méj piersi rówien piorunowi!
A duchy święte pilnują mych skroni!
A dla Afryki niosę śmierć w téj dłoni!

DON HENRYK.

Lecz noc zaciąga swoje smętne kiry,        25
Na ogień słońca, na niebios szafiry.
Ona, zwycięstwo tobie wydrze z ręku...

ALFONS.

Ha! więc zwyciężać będziemy pociemku.
Niechaj noc idzie z czarnemi sztandary,
Ona nie wydrze z mego ducha wiary        30
Że się o sprawę biję sprawiedliwą.
A jeśli Fernand mękę swą cierpliwą,
Za nas, o bracie, Bogu ofiarował?
To Bóg pioruny te jasne ukował.
Któremi szyki będzie walił krwawe.        35
A my zbierzemy zwycięstwo i sławę.

DON HENRYK.

Lepiéj by w polu porobić przerąby...

(Ściemnia się – słychać w powietrzu anielskie trąby.
ALFONS.

Cyt – słyszysz bracie...

DON HENRYK.

Głosy jakby śnią się...

ALFONS.

Głuchną – i znowu.

GŁOS FERNANDA.

Alfonsie! Alfonsie!..

DON HENRYK.

Głos mego brata... i znów jakieś trąby        40
Smetne, powietrzne, rospłakane glosy...

ALFONS.

A więc to Pan Bóg z całemi niebiosy
Schyla się ku nam, owinięty nocą.

Wchodzi DUCH FERNANDA z pochodnią.
DUCH.

Z błogosławieństwem tobie i z pomocą
Dla twojéj Alfonsie wiary,        45
Pan Bóg zesłał tę noc ciemną;
I zlitowany nademną,
Pozwolił opuścić mary
Gdzie płakali... odejść od nich...
A tu z duchów ciżbą liczną.        50
I z tą pochodnią gromniczną
U gwiazd zapaloną wschodnich
Iść przed wami. Za mną... za mną! –

(Wychodzi.)
DON HENRYK.

Bracie, opuszcza mię męstwo.
Zda się że czaszkę dwujamną        55
Miał ten...

GŁOS FERNANDA. (Za sceną.)

Za mna...

ALFONS.

Słyszysz?...

GŁOS FERNANDA. (Ginący w odległości.)

Za mną...

ALFONS.

Na koń bracie, Bóg nam daje zwycięstwo! –

Wychodzą z wojskiem za Duchem Fernanda.

ZMIANA TRZECIA.
Gallerya w pałacu Króla Fezkiego... z jednej strony wchodzi KROL i SELIM, z drugiej niewolnicy Chrzescijanie niosą w trumnie ciało Don Fernanda...
DON ŻUAN idzie za trumną.
DON ŻUAN (Do Króla.)

Napaś oczy tym widokiem,
Oto w czterech deskach leży
Bohatyr, perła rycerzy,
Twoim okrutnym wyrokiem
Zabity...

KRÓL.

Ktoś ty jest taki?...        5

DON ŻUAN.

Rycerz bez żadnéj poszlaki...
Z nim oto dzwigałem biédę
I łez się wspólnych napiłem.
Do śmierci wierny mu byłem,
I za ciałem jego idę.        10

KRÓL.

Patrzajcie się ludzie krzyża:
Bo oto trumna się zbliża,
Trumna, co do mnie należy.
A w niej oto przykład leży
Zgiętego aż do mogiły        15
Pod nogą króla oporu.
Niech teraz Alfonsa siły
Wyrwą go i ów sen moru
Odwalą... Niech kto wyzwoli
Z téj ostatecznéj niewoli        20
W któréj mu łańcuchy śnią się?
Chodź! chodź po brata Alfonsie!
Chodź mu teraz z uwolnieniem! –
Co do mnie... choć Ceutę tracę,
To się tém Xiażąt zgniecieniem        25
I starciem więcéj bogacę
W sławie, niż tysiącem grodów –
Otom upor ich zwyciężył.

A jakom żywemu ciężył
Na piersiach – obaczą tłuszcze,        30
Że nawet téj garstee lodów
I po śmierci nie odpuszczę;
Ale kość zgnilizny bliską,
I to nieszczęśliwe ciało:
Z tą trumną napół spruchniałą,        35
Oddam na wiatrów igrzysko,
Na słońca wystawię skwary,
I wiatry. –

DON ŻUAN.

Bliskiś jest kary!
Bo oto widzę z wysoka
Chorągwie twego Proroka        40
Niżéj... a krzyże u góry...

KRÓL.

Selimie... wyjdźmy na mury
Zobaczyć... co za nowiny?

(Wychodzą.)

ZMIANA CZWARTA.
Pole pod murami FEzu... Wchodzi DUCH DON FERNANDA z pochodnią, za nim zaś ALFONS z wojskiem, DON HENRYK. -- FENIXANA i TARUDANT wzięci w niewolę.
DUCH FERNANDA.

Przez ciemnoście i mrok siny!
Przez skały i rospadliny,
Gdzie orzeł latać się lęka,
Prowadziłem was bezpiecznych.
Oto różana jutrzenka!        5
Oto Fez w ogniach słonecznych!
Więcej mi Bóg nie pozwoli...
Wykupcie mie u Pogan z niewoli.

(Znika.)
ALFONS.

Zniknął w jutrzenki lazurze...
Héj... kto tam z ludzi na murze?        10
Niech król do układów stanie.

Pokazuje się na murze KRÓL i SELIM.
KRÓL (Z muru.)

Czego chcesz? śmiały młodzianie.

ALFONS.

Wypuść Infanta z niewoli;
A ja ci oddam w zamianę
Twoje dziecko ukochane,        15
Które oto w mojéj mocy..
Inaczéj – choć serce zaboli,
Uczynię twój dom sierocy,
Śmiercią twojej córki pusty...

KRÓL.

Selimie... ach temi usty        20
Wydam, wyrok sprawiedliwy.
Co zrobię? Fernand nieżywy,
A moja córka u wroga.
Fortuno! fortuno sroga!
Jak ty się nagle odmieniasz!        25

FENIXANA.

Ojcze! czy ty zakamieniasz
Serce na twéj córki głosy?
Że widzisz mię w tej niedoli,
Widzisz z rozwianemi włosy,
Pod toporami, pod strażą        30
I spokojną patrzysz twarzą:
Na córki twojéj więzienie.
W twoim ręku los mój cały,
W twoim głosie me zbawienie:
A ty stoisz oniemiały?        35
Kiedy w jedném twojém słowie
Ratunek dla córki leży?
Widzisz miecz na mojéj głowie,
I czekasz aż we mnie uderzy?

I milczysz? aż mię zabiją,        40
Aż mi nóż utopią w łonie.
I szyję zetną bułatem...
Ach lwem ty byłeś na tronie!
Będąc ojcem, jesteś żmiją!
Będąc sędzią byłeś katem !        45
Nie król ty, nie sędzia, nie ojciec.

KRÓL.

O! Fenixano – ta zwłoka,
Choć z twarzy méj trudno dociec
Boleści – ach na Proroka!
Straszną mię rani katuszą.        50
Bo wiedz Alfonsie że wczora,
Xiąże się wasz rozstał z duszą
O samym zachodzie słońca,
Po wyjeździe Fenixany,
I leży niepogrzebany...        55
A ja... wskrzesić go bezsilny
Wam... (o fortuno zdradziecka!)
Oddaję krew mego dziecka
Na zemstę...

FENIXANA.

O nieomylny
Wyrok był!... jestem zgubiona !        60

KRÓL.

Niech płynie ta krew czerwona.
Za jéj duszą, moja spieszy.

DON HENRYK.

Co słyszę! mój brat nieżywy!
O! wiec już go nie pocieszy
Ta wolność... i pomoc próżna.        65

ALFONS.

Nie mów tak, twój brat szczęśliwy.
Girlanda go gdzieś podróżna
Duchów i gwiazd bratnich wita.
Co do mnie, treść jego woli,

Nie jest mi wcale zakryta.        70
Prosząc, byśmy go z niewoli
Uwolnili, gdy w ciemnościach
Z pochodnią przed nami błądził:
Mówił o sercu i kościach. –
Więc Królu abyś nie sądził        75
Że ten trup, po którym lament
Morskie podniosą Syreny,
Podlejszéj jest u nas ceny
Niż jaki wschodni dyament
I cudne piękności lice:        80
Za Fernanda zewłok święty
Oddam ci twoją dziewicę;
Róże dam – za dyamenty,
Śniegi dam – za te popioły;
Oddam tobie Maj wesoły,        85
A posępne wezmę Grudnie;
Te postać, świecącą cudnie,
Co mi z rąk jak anioł ucieka
Zdając się młodością i chwałą:
Oddam ci za biedne ciało        90
Nieszczęśliwego człowieka.

KRÓL.

Co mówisz?...

ALFONS.

Każ spuścić trumnę...

KRÓL.

Ach i czoło moje dumne
Pójdę... przed tobą uniżyć....
Spuścić tu ciało Xiążęce...        95

(Odchodzi.)
Spuszczają trumnę z murów...
ALFONS (Przyjmując spuszczoną trumnę)

Przyjmuję ciebie na ręce
Święty drogi męczenniku!...
Całuję twe rany i krzyże –
Proszę... pomóż mi Henryku
Tę trumnę...

DON HENRYK.

Witaj mój bracie!...        100

Stawiają trumnę... Wchodzi KRÓL i uniża się do nóg Alfonsowi, który go podnosi z ziemi. — Wchodzą DON ŻUAN, BRYTASZ, NIEWOLNICY.
DON ŻUAN.

A mnież nie powitacie?

ALFONS.

Witaj Don Żuanie stary?
Dobry nam zdajesz rachunek
Z opieki...

DON ŻUAN.

Prowadzę mary –
Póki żył, każdy frasunek        105
Podzieliłem z nim i nędzę...
A teraz (od łez mi ciemno!)
Oto on poszedł przedemną.
Ale ja go tam dopędzę,
Dopędzę...

ALFONS (Obracając się ku trumnie.)

Wuju mój drogi!        110
Fernandzie, pochodnio świata!
Na twoje ręce i nogi,
Jako na święte stygmata
Kładę usta... i tę mroźną
Dłoń, ściskam w królewskiej dłoni..        115
A choć przyszedłem zapoźno,
Miłość moja się wyłoni
W pośmiertnéj dla ciebie cześci;
I z mojej wielkiéj boleści
Wielkie, ze złotemi czoły,        120
Wstaną dla ciebie kościoły.
Bowiem po śmierci się jasno
I przyjaźń ludzka pokaże. –
Królu, a tobie zaś w darze
Oddając twą córkę własną,        125
Oddaję też Tarudanta.
Ale przez pamięć Infanta,
Któremu Mulej był miły,

Proszę — abyś ten kwiat złoty,
Który był ceną mogiły:        130
Uczynił nagrodą cnoty,
Wiary i dał Mulejowi.

KRÓL.

Wszystko u mnie twa łaska stanowi.

ALFONS (Do niewolników.)

Teraz wy, coście w niewoli
Nosili z Xięiem łańcuchy;        135
Z niańczynemi teraz ruchy
Nieście te ciało, powoli,
Niech spocznie... a my za trumną.
Co jest jako Arka święta,
Rycerską idźmy kolumną        140
Żałobni, aż na okręta;
Gdzie w srebrną złożymy skrzynię
Zewłok ten niezłomnéj duszy ...
I z prochem flota wyruszy,
I do Ojczyzny popłynie.        145

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Juliusz Słowacki.