Kronika Marcina Galla/Księga I/Jaką potęgą Bolesław na Ruś uderzył

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gall Anonim
Tytuł Kronika Marcina Galla
Data wydania 1873
Drukarz Drukarnia Józefa Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zygmunt Komarnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


7.  Jaką potęgą Bolesław na Ruś uderzył.

Trzeba zatém najpierwej z porządku opisać, jak chwalebnie i wspaniale krzywdy swej na królu Rusinów pomścił, który mu wydania siostry swéj w małżeństwo odmówił. Obrażony tém Bolesław, z ogromną siłą do królestwa Rusinów wtargnął, i tychże naprzód orężnie się opierać usiłujących, a nie mających odwagi dotrzymania kroku, jako wiatr kurzawę, przed obliczem swém pognał. Ani zrazu on trybem nieprzyjacielskim, przez dobywanie grodów lub wybieranie danin pieniężnych drogę swą opóźniał; lecz do Kijowa, stolicy państwa, dla ogarnienia zarazem twierdzy królewskiej i samegoż panującego, pociągnął spiesznie. Wszakże król Rusinów[1], wedle prostaczego obyczaju tego ludu, trafunkiem podtenczas siedząc w łódce łowieniem ryb się zabawiał, gdy mu znienacka doniesiono, iż król Bolesław nadchodzi. Zdało mu się to niepodobném do uwierzenia, gdy jednak goniec po gońcu z tąż wieścią nadbiegał, tém upewniony struchlał wewnętrznie. Mówią, iż w tej chwili przykładając palec wielki z wtórym i obyczajem rybackim wędę pośliniwszy, na pohańbienie ludu swego miał się odezwać przysłowiem: Ponieważ Bolesław tém się misterstwem nie trudnił, ale do zabaw orężnych po rycersku przywykł, przeto Bóg przeznaczył, gród ten i królestwo Rusinów z bogactwy w nich zawartemi, do rąk jego wydać. Tak rzekł i nie trwając na miejscu dłużej, w ucieczce ocalenia szukał.
Bolesław tymczasem, żadnego nie spotykając oporu, na wstępie do wielkiego i zamożnego grodu, miecza z pochwy dobył a w złotą bramę nim uderzając[3], ze śmiechem dość rubasznym, gdy przyboczni jego się dziwili, dla czegoby to czynił, dał się słyszeć: Jak w tej godzinie złota brama grodu od tego miecza pryska, tak nocy następnej siostra zgnuśniałego króla w małżeństwo mi odmówiona, przypłaci niewieścim wstydem; lecz wyjątkowym tym razen, nie będzie to dla niej łoże małżonki Bolesława a nałożnicy, aby rodu naszego przez to pomszczoną była krzywda, w odwecie zaś spadła hańba i zniewaga na Rusinów. I co zapowiedział w słowach, czynami tego dopełnił. A przeto król Bolesław, opływającém w dostatki miastem i najpotężniejszém królestwem Rusi przez dziesięć miesięcy[5]</ref> rozporządzając i wysyłając z tychże pieniądze do Polski, nigdy nie został bezczynnym; jedenastego zaś miesiąca, z powodu, iż tak mnogie dzierżał krainy, a syna Mieszka, dla małoletności, zdolnym jeszcze do rządzenia nie mniemał, postanowiwszy w miejsce swe pewnego Rusina z sobą spokrewnionego[6], ze skarbem zatrzymanym do Polski odciągnął.
W odwrocie zatém, ucieszonego niezmiernie z wyprawy i łupu, i już znajdującego się w pobliżu swych granic, król zbiegły, ściga teraz, mając pod swą wodzą połączone siły książąt ruskich, tudzież hordy Połowców i Pieczyngów, a w duchu pewny zwycięztwa, stara się mu drogę od rzeki Bugu zaskoczyć. Sądził bowiem, iż Polacy, wedle obyczaju ludzi, po takiém zwycięztwie ze zdobyczy swej chełpliwych, co żywo do dom zwykle pragnących pośpieszyć, za zbliżeniem się do granic swego kraju, również postąpią, jako niecierpliwi ujrzenia jak najrychlej swych żon i swych dzieci. Nie rozumował on sobie tak bezzasadnie w tym względzie, albowiem rzeczywiście wielka już część Polaków, bez wiedzy króla, odbiegła była z szeregów. Lecz król Bolesław widząc szczupłą garstkę swego rycerstwa, a nieprzyjaciół prawie o stokroć przewyższających ją w liczbie, niejako tchórz a gnuśnik, lecz śmiały z przyrody i obaczny na wszystko, temi słowy rzecz zagaja do rycerzy swoich: Nie trzeba mi upominać dzielnych i w długoletnim zaprawionych boju, ni przez to opóźniać tryumfu cisnącego się nam do ręki; bo pora to właśnie do pokazania siły pięści i ducha mężnego. Inaczej na cóżby nam wyszło tyle dzieł przeważnie dokonanych i zwycięztw, na coby się przydało, iż tyle zhołdowaliśmy krain i łupów bogatych odnieśli, gdybyśmy trafem tej przygodzie ulegając, i tamte i nasze w dodatku utracić mieli? Ale ja ufam w miłosierdzie Boże i w wasze doświadczone męztwo, że jeśli tylko dziarskiém sercem do boju staniecie, jeśli po dawnemu poczniecie znowu, jeśli wspomniecie wreszcie sobie, czémeścieto się chełpili przy podziale łupów i w rozgwarze stołów biesiadnych, zwycięzcy dzisiaj raz jeszcze położycie koniec mozołowi nieskończonemu, a prócz tego się okryjecie chwałą nieprzeżytą, obok uciechy z tryumfu. Przeciwnie, czemu nie wierzę, gdybyście byli zwyciężeni, z panów dzisiejszych, pójdziecie w pęta Rusinów i wy i wasze dzieci; nie mówię już o kaźniach, jakiemi wam odpłacą za krzywdy im przyczynione. Na te i tym podobne, rzeczone do siebie słowa przez Bolesława, wszystkie jego rycerstwo jednomyślnie dzidami potrząsnęło, jednym także odpierając głosem, iż milszy im tryumf nad szpetny z łupem unoszonym powrót do domu. Natenczas Bolesław każdego z nich poimiennie napomniawszy do pójścia za swym przykładem, w najgęstsze tłumy nieprzyjaciół skacząc, jak lew krwi spragniony w nich się zanurzył. Nie jestto możebnem dla zdolności pióra naszego wypowiedzieć, jaką tam rzeź w tej gęstwie dotrzymującej kroku uczynił; ani ktokolwiek bądźby potrafił, tysiące zasłanych na pobojowisku nieprzyjaciół pewną liczbą oznaczyć; tyle tylko wiadomo, iż w nieskończonej liczbie na bój pociągnęli, a pierzchła ich z placu garść ledwo zbyt mała. Tak też upewniało wielu, co po niejakim przeciągu czasu przybyli z krain dalekich, wyszukiwać na pobojowisku ciał przyjaciół swych lub krewnych, iż dla mnogości krwi tamże przelanej, nikt stąpić nie mógł po całej płaszczyznie, bez zbroczenia stóp w posoce lub potrącenia o zastygłe trupy; owszem, iż koryto Bugu zdawało się więcej krwią ludzką opływać, niżeli swym wodnym strumieniem. Jakoż od owego czasu Ruś względem Polski na długo została danniczą[7].






Przypisy

  1. Król Rusinów w łódce na Dnieprze siedząc, wedle prostaczego obyczaju tego ludu, łowieniem ryb się zabawiał, gdy znać mu dano o nadciągnięciu pod Kijów Bolesława W. — Przychodzimy do kart, najchlubniejszych dla oręża polskiego w kronice Galla, a zarazem dających powód do sporów o datę i zakres trwania wyprawy kijowskiéj Bolesława W. Dotychczas Gallus był w tym względzie przewodnikiem, dla późniejszych kronikarzy, z których wieść przeszła do pokoleń; dziś mętność opisów Galla, naprowadzających na myśl w rozdziałach 7 i 10 o dwoistéj wyprawie, daje powód do usuwania jego kroniki z pocztu źródeł wiarogodnych. Upaść z nią razem mają, przerobione na jéj tle, w swej wiarogodności, opisy Długosza i dalsze. Jestto jedno z zadań walniejszych, dla budzącéj się z uśpienia albo raczej powstającej do życia, krytyki naszej dziejowéj.
    Walczą też przeciw tej dwoistości wyprawy kijowskiéj, ruscy pisarze. Karamzyn w historyi państwa rossyjskiego (T. 2 str. 9 przekład Buczyńskiego) pod r. 1017 mówi naprzód o zamierzonej interwencyi Bolesława Chrobrego, w sprawie o tron, miedzy W. Ks. Jarosławem a zięciem swym Światopełkiem: „Ten król (Bolesław) sprawiedliwie chrobrym zwany, był gotów pomścić się za sprawę zięcia i chciał powrócić Polsce miasta Czerwieńskie przez Włodzimiérza u Mieczysława odjęte: prowadząc podówczas wojnę z Herykiem II. Cesarzem Niemieckim, chciał ją zakończyć jedynie dla tego, żeby tém snadniéj działać przeciw Rossyi. Biskup Merseburgski Ditmar, osobiście znający Henryka II, powiada w swojéj kronice, że Cesarz wszedł w stosunki z Jarosławem, namawiając go naprzód do wypowiedzenia wojny ogólnemu nieprzyjacielowi, i że Xiąże Rossyjski, przyrzekł mu być sprzymierzeńcem, obległ miasto polskie, lecz więcej żadnego razu Bolesławowi nie zadał.“ Objaśnia Karamzyn (w przyp. 10 do tomu 2), między innemi przytaczając wyrazy Kroniki Nowogrodzkiéj: „w lieto 6525 Jarosław ide k Berestiu“, iż tak zwany był w starożytności teraźniejszy Brześć Litewski, który podówczas do Xięstwa Turowskiego należał; i stał na granicy Polskiéj.“ O wyprawie Bolesława, z powodu Światopełka, o któréj począł był mówić, podaje z kolei, już pod r. 1018 szczegóły następne (str. 10 i daléj): „Takim to sposobem Jarosław użył na złe sprzyjających mu okoliczności; zaczął tę nieszczęsną wojnę, nie zebrawszy, jak się zdaje, dostatecznych sił na odparcie tak niebezpiecznego nieprzyjciela, i dał mu porę do zawarcia traktatu z Henrykiem. Cesarz uciskany z różnych stron, zezwolił na warunki podane przez dumnego zwycięzcę, a nie przestając na słabéj pomocy Rossyan, starał się nawet utrwalić w królu jego nienawiść ku Wielkiemu Xięciu. Bolesław wzmocniwszy doświadczone swe wojsko sprzymierzeńcami i najemnikami Niemcami, Węgrami, i Pieczyngami zapewne Mołdawskimi, rozłożył się obozem na brzegach rzeki Bugu.“
    Nikt się nie domyśla prawdziwej ilości wojsk Bolesława, jakie na Ruś wprowadzał: chociaż dawniejsi i późniejsi badacze, niekiedy prawie na krocie, je w stanie normalnym organizacji wojennéj, za tego króla obliczają. Tu w podaniu Karamzyna, również u wielu krajowych pisarzów, widocznie służą tylko za podstawę termina kroniki Sasa Dytmara.
    Ale i niena powyższym wyjątku jedynie z historyi Karamzyna, w przypisie niniejszym jeszcze przestaniemy. Dodamy słów parę, tyczących się przebiegu wyprawy kijowskiéj, gdy pożytecznemi nam one być mogą zarazem, ze względu mianowicie na wskazany rozdział 10 księgi I. Galla, stanowiący, jak wiadomo, rodzaj zagadki nierozwikłanej dla dzisiejszych badaczów.
    „Na kilka miesięcy przedtém“ słowa są Karamzyna „straszny pożar obrócił w perzynę większą część Kijowa. Jarosław, może zajęty staraniem zaspokojenia mieszkańców, i zatarciem śladów tego nieszczęścia, zaledwie mógł przygotować się do obrony. Historycy polscy piszą, że on bynajmniej nie oczekiwał napadu Bolesława i spokojnie łowił ryby w Dnieprze, gdy goniec uwiadomił go o tém niebezpieczeństwie: że książę Rossyjski w tym momencie rzucił wędkę na ziemię i rzekł: nie czas myśleć o zabawie, czas ocalić ojczyznę“ (to już wersya z Długosza) wystąpił w pole z Waregami i Rossyanami. Król stał z jednéj strony Bugu, Jarosław z przeciwnej; piérwszy kazał zarzucać mosty, drugi oczekiwał bitwy z niecierpliwością, i ona wprzód nadeszła niż mniemał. Wojewoda i ochmistrz Jarosława, Budy, stojąc za rzeką myślał żartować z otyłości Bolesława, i przechwalał się, że brzuch jego przeszyje ostrą swą dzidą.“ W objaśnieniach pamięta i o wyrazach Galla. Niewprawne tylko tu, i w ogólności jest tłómaczenie Buczyńskiego, który wszędzie Ruś na Rossyą zamienia, i tym podobne miéwa dowolności. Lecz damy pokój wymyślaniem na sposób bohaterów Homera przed zaczęciem bitwy. Król polski wraz z swém rycerstwem wpław się rzuca. Zamkniecie takież u Karamzyna jak u innych, iż „Jarosław ustąpił zwycieztwa walecznemu nieprzyjacielowi i z czterema tylko żołnierzami uciekł do Nowogrodu.“ Wrócimy raz jeszcze do Karamzyna w przypiskach następnych, z powodu jego szyderstw, w przedmiocie wyszczerbienia szabli o złotą bramę przez Bolesława. Ciekawy ten jego przypis wart zaznaczenia. Tutaj pamiętajmy, iż nie obcym mu jest Dytmar ze swemi właściwościami dykcyi: nie traci też nigdy z przed oka, Kronik ruskich i polskich, aż po okres zniweczenia wojsk Jarosława i jego planów odwetu, za Kijów i pokonaną przez Chrobrego Ruś południową, ostatecznie nad Bugiem, rzeką powtórnie dlań nieszczęśliwą, od tego czasu zwaną czarną (na znak żałoby) przez Rusinów. O dacie d. 14 sierpnia, w któréj Polacy weszli z tryumfem do ruskiéj stolicy, nie przepomina: lecz czasu trwania wyprawy Bolesława, wcale nie określa. Znać przeciw określeniu jego u historyków polskich nic nie miał.
  2. Zob. w jego Nowych szkicach historycznych. Lwów. 1857. T. 2 od str. 247.
  3. Złota brama kijowska i szczerbiec Bolesława. — Karamzyn, jako rzecz zmyśloną, cięcie mieczem w tak zwaną złotą bramę, przy opisie zajęcia Kijowa przez Bolesława, w tekście przemilcza, w przypisie zaś 15-tym pod koniec tomu, takiemi słowy o przechwałce téj niby, a śmiesznym wynalazku przez historyków polskich się odzywa. „Powiadają oni, że Bolesław wjedżając do Kijowa, mieczem swoim „na znak zwycięstwa“ uderzył w złotą bramę tego miasta; że ten cudowny miecz dany był Bolesławowi od aniołów (przytyk do Bogufała i Kadłubka); że ten cudowny miecz od szczerby, zrobionéj na jego ostrzu od uderzenia w bramo kijowską, nazwany szczerbcem, późniéj dochowywał się w arsenale (w skarbcu) krakowskim, i królowie polscy zawsze go używali wychodząc na wojnę. „Wyborne bajki! niżéj o innych wspomniemy.“ Wyborne także to wykrzyknienie historyka, jakoby prostém zaprzeczeniem, bez czegoś dowodniejszego na zbicie tradycyi wiekującej i faktów nawet, nie tylko z téj epoki znajomych, zdolny był siebie i kogoś mniej niedowierzającego uspokajać. Na to skromnie odpowié kiedyś po latach, pióro, świadomsze wielu innych w świecie historycznym, tego rodzaju rycerskich oznak zapanowania: „każda z przypowiastek takich, jak u Galla (Szajnocha[2]) zwie je niekiedy przez osobliwość swojéj lingwistyki „facayami“), zawiéra pewien szczegół prawdziwy. Lecz prawda ta miała wcale inne znaczenie w rzezywistości niż w ustach kronikarza. I tak np. owo uderzenie orężem w złotą bramę kijowską, które kronikarz, osobliwie przy wjeździe Bolesława Chrobrego, przedstawia jako koncept rubaszny, nawet swawolny, było właściwie znakiem uroczystego wzięcia w posiadłość. Nic wiedziała o tém większa część towarzyszących Bolesławowi rycerzów, nie wiedział opowiadający to kronikarz, lecz każdy znawca ówczesnéj symboliki prawa, mógłbym nam wytłómaczyć, że biorąc w posiadanie jakiś kraj albo gród nowy, należało dotknąć się orężem albo kopią, granicznych słupów kraju lab bramy miasta.“ Po przykłady tego, fakta albo dowody, odsyłamy czytelnika naprzód do wymienionej pracy, obfitego w nie autora. Nadmieniamy wszakże, co do wyłączeń przezeń czynionych, pod względem obeznania z symboliką: nie powinien był zapominać o samymże Bolesławie: czy z zaprawy lat młodzieńczych lub obycia się z rycerstwem i jego właściwościami, dawał należytą rękojmię, iż co czynił, czynił ze świadomością rycerską?
  4. Zob. Wyprawa kijowska Bolesława W. przez Karłowicza.
  5. Najpotężniejszém królestwem Rusi przez 10 miesięcy rozporządza. — Toż to dopiéro powód niesłychanego przerażenia, dla naszéj niańczącéj krytyki, owych 10-ciu miesięcy rządów Bolesława Chrobrego, w Kijowie i dalej posuniętym Dnieprowém Podolu — na podobieństwo nagłego odezwania się dziecka bełkotem niezrozumiałym, gdy dotąd za wieczne niemowlę było poczytywaném? Jeżeli gdzie jaki spotykał Galla, zarzut bezliczebności rocznikarskiéj, z gwarem wielogłosym i hucznym gomonem — tu już jak na urodzenie się potworu, wołanie. Ależ bo ślicznej urody, stojący w pobliżu chłopczyk, tak dźwięcznym, tak melodyjnym językiem przemawia: tą żywą nadobnością; jedyną nadzieją domu, dla naszych krytyków, jest Dytmar, cudne postępy obiecujący wychowaniec, niewiadomo, czy dla potulnéj swéj miny, w daném zdarzeniu wątpliwém? czy przeciwnie, dla saméj hardości spójrzenia i mowy niechętnéj a niekiedy szorstkiéj i opryskliwéj? Dalejże obrachowywać z całém spółczuciem, jego każde na pół dwuznaczne słowo! Błogosławiona każda chwila z nim spędzona! aż do ostatnich godzin jego doczesnego pobytu na tym bożym świecie! Jakimże to kluczem niewątpliwym, do rozwiązania wielkiéj dziejowéj zagadki, jest data zgonu wielkiego kronikarza — dzień 1-szy grudnia 1018 r.! Ona wszystkie dawniejsze i późniejsze zrównania algebraiczne rozwiązuje. „Dytmar“ dowodzą[4] „zupełnie spółczesny (wyprawie kijowskiéj), bo umarł w kilka miesięcy po zdobyciu Kijowa przez Polaków, najwięcéj z trzech (to jest w zestawieniu z Gallem i Nestorem) na wiarę zasługuje, nie tylko dla tego, że był spółczesnym wypadkowi, ale że niewątpliwie lubił prawdę (a tamci dwaj ją barwili lub przeistaczali?) mieszkał blizko stolicy polskiéj (blizko Gniezna więc aż ztamtąd autentyczne wiadomości odbierał?), znał osobiście wielu rodaków swoich na tę wyprawę idących i wracających z niéj. (czy prawdopodobnie? czy rzeczywiście? bo sam nigdzie o tém w kronice swej nie wspomina), oraz najżywiéj się zajmował losami Bolesława, którego ponieważ ze względów politycznych nie lubił i za „głównego prześladowcę państwa niemieckiego“ uważał, (myśmy w życiorysie jego, obok przekładu kroniki, ważyli się powiedzieć: „którego pomyślność pióro mu z ręki wytrąciła, bez dopełnienia nawet w całości programu, kiedyś zakładanego sobie do wykonania“) — przeto każdy krok jego, każde poruszenie najbardziej śledził i zapisywał (w takiém wyrażeniu musielibyśmy z naszéj strony wiele zmodyfikować i ściślej określić); a (co największą przynosiłoby mu zaletę i chlubę, gdyby czynił to choć z nienawiścią, jednak w większej części przynajmniéj, że w większej części tylko) z prawdziwością podziwienia godną.“ Co do Nestora, postawiony on tu dopiéro niżéj w porównaniu z Dytmarem, jakoby na przekorę, zawstydzając wszędzie naszego Galla liczebnością rocznikarską, poprzestaje na ogólnéj wzmiance (§. 50) o Bolesławie, iż „siedział w Kijowie“ (Bolesław że w Kijewie siedieł). Jak długo? o tém przemilcza wcale, i taka też jego relacya, jak widzieliśmy, posłużyła za tło opowieści Karamzynowi.
  6. Postanowiwszy w miejsce swe pewnego Rusina z sobą spokrewnionego. (Loco sui quodam ibi Rutheno sui generis in dominio constituto). — Przez loco sui widocznie, nie powinniśmy rozumieć „w miejsce Jarosława“, bo ten dopiéro walczył o tron a na nim stale nie zasiadał. Co do Quodam Rutheno sui generis, ten już wprawdzie u Dytmara nazwany jest Świętopełkiem, ale natomiast, dodajmy, że w §. 16 ks. VIII. pożar Kijowa, łączony u niego z datą zdobycia tegoż przez Bolesława, według kroniki nowogrodzkiéj, przywodzonej przez Karamzyna, przypadł w r. 1017, w którym to roku założona była cerkiew ś. Zofii w Kijowie. Chwiejne są te daty, i trudno jest ciągle jeszcze, temu lub owemu kronikarzowi, nieomylność bezwględną przyznawać. Co do samegoż Świętopełka, mylnie on jest przez niektórych mianowany, wprost synem Włodzimiérza; był albowiem synowcem jego, z Światosława, a synem przybranym. „Włodzimierz“ mówi Karamzyn (T. I str. 203) „przyznanemu za syna kuzynowi, dał udzielném prawem Turów, który do dziś dnia jest w mińskiéj gubernii, tak nazwany od imienia Warego Tura, co niegdyś w téj prowincyi panował.“ A na innem miejscu (T 2 str. 3) — jakoby wiadomość tę czerpał z Dytmara — że „Światopełk, rządca prowincyi Turowskiej, mający za żonę córkę króla polskiego Bolesława, chciał za namową swojego teścia odłączyć się od Rossyi, i że Wielki Xiążę dowiedziawszy się o tém, wtrącił do więzienia tak niewdzięcznego kuzyna, jego żonę, i Rejnberna biskupa niemieckiego (?), który przybył z córką Bolesława. Włodzimierz może przy końcu życia przebaczył Światopełkowi.“
  7. Od owego czasu Ruś względem Polski na długo została danniczą (Rusia Poloniae vectigalis diu fuit). — Orzeczenie to, nie poparte, ani podniesione przez Naruszewicza, dopiéro pod zdobyczami Bolesława W., podnosi i objaśnia Lelewel (Polska śr. wieków T. 2 str. 209). gdzie zaliczając grody Czerwieńskie do ostatnich zaborów i zdobyczy Bolesława, napomyka takich parę myśli, że „chociaż niebawem Światopełk przez Jarosława był wygnany, zbieg okoliczności nie dozwolił Jarosławowi odmówienia daniny. Bolesław także, zajęty myślą zjednoczenia pod swem berłem wielkiego państwa słowiańskiego, wolał mieć w Kijowie zięcia lub innego rodzaju dannika, aniżeli namiestnika z rodu królewskiego. Tym sposobem Lelewel parafrazuje wyrazy Galla; „non videbat puerum Meschonem ad regnandum idoneum.“ Ruer znaczy tu dla niego filium (co ma miejsce nieraz u Galla, zwłaszcza odnośnie do Krzywoustego). Jak bowiem oblicza, Mieszko miał już lat 28 natenczas. Kończy przestrogą co do dannictwa Rusi u Galla, iż pomimo unikania przez Bolesława udziałów rodzinnych, jedności państwa szkodliwych: „nie zapobiegł temu; w przyszłości (ledwo o wiek później) rozpadła się Polska w udziały Lechii na czas długi“.
    Pokazuje się zatém i co do Galla, że po rozpatrzeniu się należytym, jak się już wyraziliśmy w przyp. 1. „był to przewodnik i badacz wcale nie próżny.“ Toż się stosuje do zastrzeżeń nowego krytyka, że Gallus (w mianéj na widoku także księdze 1), dla tego, że „bez dat“, nie koniecznie podaje nam w rezultacie obraz w ogóle mglisty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gall Anonim i tłumacza: Zygmunt Komarnicki.