Królewska miłośnica/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Zamach murzynka. Dno kasy państwowej
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
Zamach murzynka.
Dno kasy państwowej.

Mały negr wziął rolę swoją na serjo. Opowiadają nawet, że wziął ją zbyt poważnie. Rządca zamku sięgnął po prawa do właścicielki. W jakimś z pamiętników epoki opisano ten pikantny szczegół z opowieści d‘Aiguillon‘a. Hrabina nie liczyła się z tem, że gorąca krew afrykańska wcześniej dojrzewa. Nie krępowała się wobec swojej „czarnej zabawki“. Pewnego dnia, rozebrana po kąpieli, rozkazała, aby okrył ją kołdrą. Jedenastoletni chłopiec nie zrozumiał rozkazu. Słowo francuskie „kołdra“ — było mu obce. Chciał wykonać rozkaz w zgodzie z pojęciem nieświadomego swoich instynktów afrykańskiego zwierzątka. Skoczył na łóżko i wpił się pazurami w ciało swojej pani. Przestraszona wyrwała mu się. Ugryzł ją w palec — oczy mu się iskrzyły. Dubarry wyskoczyła z łóżka — narobiła krzyku. Murzynek dopadł do niej znowu. Szczerzył białe zęby. Chciał ją gryźć.
Na szczęście w sąsiednim pokoju znalazł się d‘Aiguillon, który powrócił właśnie z polowania. Wpadł do sypialni — porwał chłopca za czuprynę — i oburzony wysmagał go bezlitośnie spicrutą, wołając:
— Za wcześnie, czarna małpko! za wcześnie!...
Hrabina była tak wystraszona i oszołomiona tym niespodzianym napadem, że nie broniła swego pupila. Albo raczej ujęła się za nim, dopiero wówczas, kiedy d‘Aiguillon zadał mu już sporo ciosów i rzuciwszy na posadzkę, dotkliwie kopał nogami. Znęcanie się nad murzynkiem sprawiło jego złośliwej naturze przyjemność.
Nauczka poskutkowała. Dubarry odtąd nigdy nie dopuszczała „czarnego mopsa“ do gotowalni; ale i on sam przycichł. Miał na zawsze w pamięci spicrutę i polowe buty d‘Aiguillona. Hrabina nie cofnęła mu swoich łask. Gdy dorósł, darzyła go luidorami na zabawy w towarzystwie dziewcząt fabrycznych z okolicy Luciennes.
Czy Zamore gdzieś na skrytem dnie swojej dzikiej duszy zachował pamięć swojej krzywdy — niewiadomo. Należy domyślać się, że zachował. Łasił się do niej po dawnemu — ale kiedy pewnego dnia ktoś ze służby wypomniał mu tę obrazę, doznaną przed laty, murzyn ścisnął pięści i rzekł: „Ona mi za to zapłaci!“ — „Ona?! przecież to d‘Aiguillon cię obił!“ — zdziwił się lokaj. „Gdyby nie ona, nie obiłby mnie. Ona nie broniła!... A kto mi o tem teraz przypomni, to go pogryzę!“ Błyskał tak zębami, że wołano go nie drażnić przypomnieniem...
Może tedy jego fatalistyczna rola w procesie pani Dubarry, w roku 1793-im, była późnym owocem, wyrosłym z ziarna owej krzywdy dziecinnej, posianego w grunt mściwego barbarzyństwa!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale nie uprzedzajmy wypadków...
Zapytajmy raczej, skąd pani Dubarry czerpała dochody na swoje bezbrzeżne wydatki. Oczywiście, aby im sprostać potrzeba było kasy odpowiednio obfitej — napozór niewyczerpanej i bez dna. Była to poprostu kasa państwowa.
Jej lekkomyślności — ukaranej tak okrutnie przez czas przyszły — dopomagała bezczelność najbezwstydniejszego z ministrów finansów wszystkich krajów i epok, opata Terray. Oddał jej skarb monarchji do rozporządzenia — on, kontroler jeneralny! — jakby został jeno w tym celu mianowany stróżem finansów, aby zadawalniać kaprysy królewskiej faworyty. Wprost podżegał króla, aby jej czynił dary z olbrzymich sum. Nazywało się to dodatkiem „na puder“. Przypominał monarsze jej „wierność“, dowodził, że nie była dostatecznie wynagrodzoną, wyrachowywał, że podwojenie jej wcale znacznej pensji usunie potrzebę płacenia niespodziewanych dodatkowych rachunków, niezbędnych wobec niewystarczalności obecnej gaży faworyty. Ale gdy znikły owe rachunki, przedstawiane królowi, odkrył jej tajny kredyt w bankach, opłacał jej weksle i czeki narówni z królewskiemi, nauczył ją mówić, gdy stawiano kwestję drożyzny jej nabytków: „Ach! co takiego?... Pan generalny kontroler zawsze znajdzie pokrycie!“
Nie umiała liczyć. Miała wrażenie, że pieniądze są śmiećmi, że obdarowuje Francję swemi wydatkami, jest mecenaską jej geniuszu, że... złote monety bije się w mennicy z własności króla, asygnacje robi się ze szmat, że lud nie cierpi z powodu jej przepychu, a oczy wszystkich jej zbytkiem są uszczęśliwione!
Gdyby jej powiedziano, że od roku 1769 do roku śmierci Ludwika, 1774-go — jak wyliczyli później jej biografowie — wydała 6.427,803 liwrów, zapytałaby: „Czy to dużo“... Zatraciła miarę cyfr, psuta przez wszystkich dokoła...
Że miała własną ekonomję polityczną, że nie rozumiała, iż wiedzie skarb państwa do bankructwa — to daje się wytłomaczyć; była tylko śliczną istotą, tylko panią Dubarry.
Ale minister finansów — ale Terray?!... Czy on także nic nie pojmował?!... Czemu rozpętał tę burzę trwonicielstwa funduszów państwowych?
Zdaje się, że upodobał sobie panią Dubarry bezinteresownie. Nie słychać nic o tem, aby z nią romansował. Ale sam zachwyt estetyczny nie tłomaczy szału generalnego kontrolera. Prawda, że wysługiwał się tak na swój sposób królowi, uszczęśliwiając go szczęśliwością opływającej w zbytki faworyty. Ale poniekąd krył przed królem nadmiar wydatków — więc i ten motyw nie jest wystarczającem tłomaczeniem. Bawił go może złośliwie ten potop złota w myśl tezy: „après nous le déluge“?
Ba! zdaje się, że główny powód jego dobroczynności względem pani Dubarry tkwił w tem, że okradał skarb przez zręczne okrawanie wypłacanych jej sum na swoją korzyść. Dzielił się z nią w sekrecie przed nią; przedewszystkiem korzystał z jej podpisów i protekcji.
Drobny przykład. Umiera pan Clermont, któremu Ludwik XV przyrzekł wypłacić rentę 300.000 liwrów. T erray proponuje królowi wspomniany system oszczędnościowy — zdwoić pensję Dubarry przelaniem 1/3 renty, boć król jeszcze na tem „skorzysta 200.000 liwrów, zwolnionych przez śmierć Clermonta.“ Król się godzi. Wdzięczna Dubarry upomina się o 1/3 dla Terray‘a w nagrodę jego zasług. Król się godzi, gdyż zdaniem pani Dubarry, jeszcze robi na śmierci Clermont‘a dobry interes: „zarobił 100.000 liwrów!“... Tak rachowano na dworze Ludwika XV!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.