Królewska miłośnica/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Terror. Zbytek
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ IV.
Terror. Zbytek.

Ledwo d‘Aiguillon otrzymał władzę, okazał swoje mściwe oblicze. Pod słodyczą jego głosu kryły się nieubłagane gromy. Z czarujących ócz sypały się mściwe błyskawice. Rozkazy gabinetowe wygnania zawisły nad głowami arcybiskupa Tuluzy, księcia de Gontant, pana de Malesherbes, prezydenta trybunału Tradain‘a, dyrektora policji Sartine‘a.
Nawet niemściwa z natury pani Dubarry przyklasnęła wyrokowi na tego ostatniego, wyrzucając mu, że pozwolił na rozpowszechnianie paszkwilów, pamfletów, pikantnych satyr i drwiących piosenek, które „godząc w nią, pośrednio trafiały w Majestat Królewski“.
W ciągu kilku miesięcy wszyscy przyjaciele Choiseul‘a znajdowali się w śmiertelnym dreszczu. Ich kreaturom odbierano urzędy. Kobiety niepokoiły się o losy swoich mężów i bardziej jeszcze o karjery kochanków. Terror panował przez kilka tygodni. Na szczęście swoje, wrogowie d‘Aiguillona prędko przycichli, uderzyli w pokorę. Zbyt byli zadłużeni, aby porywać się do walki, i wyżebrali sobie przebaczenie. Przed faworytą królewską, po kapitulacji domu książęcego Condé, skapitulował dom Orleański.
Pani Dubarry interesowała się tem wszystkiem mało. Zwolniona od grozy — Choiseul‘a, mając oporę w kochanku d‘Aiguillon‘ie i w jego kreaturach, tonęła teraz w zbytku, który zaćmiewał pałace kalifów Bagdadu i zamki wróżek z bajek „Tysiąca i jednej nocy“. Jej ręce były przetakiem, przez który przesypywały się miljony. Ogarnął ją szał trwonienia. Deszcz złota lał się na tłoczących się w jej przedpokojach dostawców, krawców, modystki, hafciarki. Suknie jej piętrzyły się koronkami, szumiały jedwabiem, głaskały oczy aksamitem i atłasem.
Wpółnaga, pod lekką gazą, przyjmowała za obudzeniem artystów mody i handlarzy dzieł sztuki, służących arcydziełami kaprysom jej wymyślnej fantazji. Nie było dnia bez drogiego kupna, lub imponujących zamówień.
Jej biografowie[1] zadali sobie trud przejrzenia w archiwach Skarbu rachunkowych ksiąg, które starczą za życiorys z lat, gdy była faworytą. Poświęcili cały rozdział opisom misternych drobiazgów, w których się lubowała, szczegółom jej strojów i liberji jej służby, przytoczeniu cyfr, od których w głowie się zawraca, cudom jej umeblowania. Wysadzany djamentami zegar nabyty od hrabiny Lepaux kosztował 5400 liwrów. Jej suknie kosztowały do 5000 liwrów każda. Były to arcydzieła. Dwie doszły nawet do ceny 10000 i 10500 liwrów — posiadały tło mozajkowe ze złota i drogich kamieni, były malowane przez pierwszorzędnych mistrzów pędzla. Odpowiadała im kosztowność biżuterji.
Jej kunszt rozrzutności wyraził się w gromadzeniu figurek i serwisów ze złoconej porcelany Sevrskiej. Mówiono, że posiadała kaprysy Kleopatry, która drogocenną perłę rozpuściła przez kaprys w winie. Miała mnóstwo waz, tac, imbryków, naczyń srebrnych. Ale wkrótce srebro przestało ją zadawalniać. Zamówiła sobie stolik tualetowy ze złota. Nad ozdobieniem lustra koroną i amorkami pracowano całe miesiące. Paryż zbiegł się, aby obejrzeć to arcydzieło podczas roboty. Kosztowność jej wywołała skandal. Wypadło odwołać zamówienie, tracąc olbrzymi zadatek.
Jej wspaniałe meble, sięgające wartością wielu miljonów wymagały pomieszczenia w świątyni. Król nabył dla niej Luciennes. A raczej w miejscowości tej na życzenie monarchy znakomity architekt Ledoux dźwignął pałac — pieścidełko. Był tu szereg salonów, składających się na czarodziejski buduar. Boazerje z rzeźbami, malowidła, rzeźby, dzieła sztuki snycerskiej i złotniczej, materjały: marmur, jaspis, malachit, kość słoniowa, wszelakie rodzaje drogiego kamienia i przywiezionego zza dalekich mórz drzewa — wszystko to nie poddaje się opisowi. Bolesnem jest pomyśleć, że te czary, które stworzyli słynni mistrze czasu, zaprzepaściły się bez wieści; cząstka tylko ocalała i budzi podziw znawców, świadcząc o swoistym geniuszu i wielkim smaku owej epoki. Wskrzesił te cuda czarodziej pędzla Moreau, malując uczty u pani Dubarry: na wspaniałem tle pałacowej sali Luciennes bawi się wesoło strojne towarzystwo wokół pięknie zastawionego stołu i liczna służba uderza świetnemi barwami liberji.
Zwraca na tym obrazie szczególną uwagę mały murzynek Zamore — rodzaj dwunogiego mopsa, towarzysz zielonej papugi — w turbanie wschodnim z pióropuszem, w różowym kaftanie i różowych spodeńkach.
Ów Zamore, przywieziony przez księcia Conti, jako chłopiec dziesięcioletni stanowił podarek książęcy dla faworyty. Wydawał się ciemnym ptakiem afrykańskim w złoconej klatce Luciennes. Bawił gości. Był ulubieńcem hrabiny. Z pazia wyrósł na... małoletniego zarządcę pałacu. Mianował go nim w chwili kaprysu rozbawiony monarcha, wyznaczając sutą pensję 6000 liwrów!

Przypisy

  1. Bracia Goncourt. „Pani Dubarry“ rozdz. VIII.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.