Król Jan (Shakespeare, tłum. Korzeniowski, 1895)/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Jan
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1895
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Józef Korzeniowski
Tytuł orygin. The Life and Death of King John
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
AKT TRZECI.

SCENA PIERWSZA
Tamże. Namiot króla francuskiego.
Wchodzi KONSTANCYA, ARTUR, SALISBURY.

Konstancya. Do ślubu poszli? zaprzysięgać pokój?
Niewierny ród z niewiernym ma się złączyć?
I przyjaciółmi będą? Ludwik Blankę
Otrzyma? Blanka wszystkie te prowincye?
W tem coś jest. — Źleś mi doniósł, źleś usłyszał.
Przypomnij sobie, powtórz, coś powiedział.
To być nie może. — Mówisz, że tak — przecież.
Ja ci nie wierzę. Twoje słowo było
Tylko czczem tchnieniem zwyczajnego człeka.
Wierz mi, człowiecze, ja ci nie uwierzę.
Przysięga króla mówi mi inaczej.
Ciebie ukarzą za to, że mię straszysz.
Ja jestem chora, przeto bojaźliwa,
Jam uciśniona smutkiem i bojaźni
Pełna, jam wdowa, i podległa przeto
Wszelkiej bojaźni, jam kobieta, na to
Tylko zrodzona, aby ciągle bać się.
I choć wyznajesz teraz, żeś żartował,
Duch skołatany we mnie nie odpocznie.
Dzień cały bać się będę, będę drżała.
Ale co to znaczy, że tak kiwasz głową?
Czemu tak smutno patrzysz na to dziecię?
Co znaczy ręka ta na twojej piersi?
Czemu wstrzymuje oko twe nurt tęskny,
Co się jak rzeka z brzegów swych wyrywa?
Mająż te znaki słowa twe potwierdzać?
Powiedz więc znowu — nie, nie całą powieść,
To tylko powiedz, że, coś mówił, prawda.
Salisbury. I taka prawda, jak są pełni fałszu
Ci, z których winy słowa me prawdziwe.

Konstaneya. Gdyś mię nauczył wierzyć tej boleści,
Naucz-że boleść tę, jak ma mnie zabić.
Niech wiara we mnie tak się spotka z życiem,
Jak równa wściekłość mężów dwóch w rozpaczy,
Co oba w walce, gdy się zetrą — giną.
Ludwik się żeni z Blanką? O mój chłopcze!
A gdzież ty będziesz? Francya przyjaciółka
Anglii? Cóż się wówczas ze mną stanie?
Precz stąd! człowieku! Ja cię znieść nie mogę!
Nowiny twoje szpetnym cię zrobiły.
Salisbury. Jakążem krzywdę ci wyrządził? Pani!
Mówiłem tylko o tej, którą tobie
Inni zrządzili.
Konstancya. Krzywda przez się straszna,
Tak, że krzywdziciel w oczach moich każdy,
Kto o niej mówi.
Artur. Matko! bądź spokojna.
Konstancya. Gdybyś ty, co mnie pragniesz uspokoić,
Był brzydkim, strasznym, hańbą tych wnętrzności,
Co cię nosiły, pełen plam niemiłych,
Odrażających wad, kulawym, głupim,
Garbatym, śniadym, gdybyś był potwornym,
Upstrzonym w cętki i obrażające
Oczy znamiona, byłabym spokojna,
Bez troski, bobym ciebie nie kochała,
Bobyś był niewart wysokiego rodu,
Z którego idziesz, niewart był korony.
Aleś ty piękny! Przy twem urodzeniu,
Natura i fortuna, drogi chłopcze,
Wszystko łożyły, by cię zrobić wielkim.
Z lilią wespół, z wpółrozwitą różą
Możesz się chlubie łaską przyrodzenia.
Ale fortuna! o! ją przekupili!
Zmienna, wydarta tobie! Ona codzień
Z twym stryjem Janem wiąże się nierządem.
Swą złotą ręką pociągnęła Francyę,
Że podeptała honor samowładztwa
I swój majestat uczyniła tylko
Rajfurem ich bezwstydów. — Francya
Rajfurka króla Jana i fortuny,

Tej wszetecznicy i przywłaściciela.
Powiedz, człowieku, nie jestże ta Francja
Krzywoprzysiężcą? — Otruj go słowami
Lub idź! — mnie zostaw samą z moim bólem,
Ja go mam dźwigać sama.
Salisbury. Daruj, pani!
Bez ciebie ja nie mogę iść do królów.
Konstancja. Możesz i pójdziesz. Ja nie pójdę z tobą.
Nauczę smutek mój, aby był dumnym,
Bo boleść dumna — ona właściciela
Swojego czyni zatwardziałym. Do mnie
I przed majestat bolu mego niechaj
Przychodzą króle; bo mój ból tak wielki,
Że go podpora żadna, prócz szerokiej
I silnej ziemi, dźwignąć nie potrafi.
Tu ja z mym bolem siedzę, tu jest tron nasz;
Tu zwołaj królów, niechaj ugną głowy.

(Siada na ziemi).
(Wchodzi król Jan, król Filip, Ludwik, Blanka, Eleonora, Bękart, arcyks. austrjracki i orszak).

Król Filip. Prawda, nadobna córko! dzień ten błogi
Odtąd we Francyi będzie uroczystym.
Aby go uczcić, słońce okazałe
Wstrzyma się w biegu, i jak alchemista,
Blaskiem swojego oka zmieni ziemię
Chudą i szarą w jasną bryłę złota.
Bieg lat, z którymi znowu dzień ten wróci,
Ujrzy go zawsze u nas dniem świątecznym.
Konstancya. To dzień przekleństwa, dzień zły, nie świąteczny.

(Wstaje).

Czem się zasłużył? co ten dzień uczynił,
Aby złotemi głoski w kalendarzu
Między wysokie pory był wpisany?
Raczej wyrzućcie precz ten dzień z tygodnia,
Ten dzień ucisku, hańby, wiarołomstwa!
Lub, jeśli ma już zostać, niech kobiety
Ciężarne proszą, by w nim nie rodziły,
By płód ich nie był w potwór wykręcony;
Niech żeglarz w dniu tym lęka się rozbicia;

Niech żaden układ się nie zrywa, tylko
W dniu tym zawarty; niechaj źle się skończy
Wszystko,, co tylko w dniu tym się poczęło,
I sama wiara niech sie w fałsz zamieni.
Król Filip. Dla Boga! Pani moja! bez przyczyny
Przeklinasz piękne tego dnia układy.
Dałżem ci w zakład wiary mój majestat?
Konstancya. Tyś mię oszukał marą, coś podobną
Do majestatu; lecz w dotknieniu ona
W próbie wypadków czczą się okazała.
Tyś złamał wiarę, tyś krzywoprzysiężca.
Z orężem szedłeś przelać krew mych wrogów,
A teraz zbrojny wzmacniasz ją krwią swoją.
Rycerski zapał, dzika groźba wojny,
Ostygła w związkach przyjacielskich, znikła
W tym ubarwionym mirze; a mój ucisk
Zapieczętował tę bezbożną ligę.
Wy się uzbrójcie, nieba, przeciw królom
Krzywoprzysiężcom — wdowa do was woła!
Ty, niebo, bądź mi mężem. Niech godziny
Tego dnia hańby wyczerpują wszystkie
Chwile pokoju, i nim słońce zajdzie,
Postaw niezgodę zbrojną między tymi
Królmi bez wiary! — O, wysłuchaj wdowy!
Arcyks. austryacki. Cicho, Konstancyo! pokój...
Konstancya. Wojna, wojna,
Nie pokój. Pokój, jest to dla mnie wojna.
Ty, Austryaku! ty przydajesz hańby
Tym krwawym łupom. Niewolniku! tchórzu!
Drobniutki w męstwie, a w podłości wielki!
Rycerzu szczęścia, co nie walczysz nigdy!
Chyba, że łaska damy twej, fortuny,
Jest tuż i powie ci, że tam bezpiecznie,
Tyś także złamał wiarę i pochlebiasz
Wielkości. Jakiż z ciebie głupiec! jaki
Nikczemny głupiec! Tyś się chwalił, tupał
Nogami, partyi mojej poprzysięgał,
Tyś grzmiał, jak piorun, w moją korzyść, chciałeś
Być mym rycerzem, kazałeś polegać
Na twojej gwiaździe, szczęściu twem i sile,

Teraz przechodzisz do mych nieprzyjaciół?
Lwią skórę nosisz? — zdejm ją precz ze wstydu.
Cielęcą skórę okryj podłe członki.
Arcyks. austryacki. Gdyby mężczyzna śmiał mi to powiedzieć!
Bękart. Cielęcą skórą okryj podłe członki!
Arcyks. austryacki. Nie śmiej powtórzyć, pod utratą. życia!
Bękart. Cielęcą skórą okryj podłe członki!
Król Jan. Nie lubię tego — ty się zapominasz.

(Wchodzi Pandulf).

Król Filip. Otóż papieski legat ku nam idzie.
Pandulf. Pozdrawiam, witam pomazańców bożych.
Do ciebie, królu Janie, me poselstwo.
Pandulf, kardynał w pięknym Medyolanie,
Obecnie legat Innocencyusza
Papieża, w jego imię pytam ciebie,
Dlaczego kościół, świętą matkę naszą,
Umyślnie drażnisz? i Stefana Langton,
Który wybrany już arcybiskupem
Kantorberyjskim, od stolicy jego
Siłą odsuwasz? O to ciebie pytam
W imię papieża, wyżej rzeczonego
Ojca świętego Innocencyusza?
Król Jan. Jakżesz to imię ziemskie może zmusić
Wolną pierś króla, pomazańca, stanąć
Do odpowiedzi? I ty, kardynale,
Z trudem zmyśliłbyś imię nikczemniejsze,
Bardziej niegodne, śmieszne, niż to imię
Twego papieża. Idź i to mu powiedz,
Powiedz od króla Anglii. Jeszcze przydaj:
Że żaden włoski ksiądz, tam, gdzie my władniem,
Cel i dziesięcin mieć nie będzie. Ale
Jak my, po Bogu, tam najwyższa głowa
Tak, pod Nim tylko, tę najwyższą władzę
Chcemy w swem państwie utrzymywać sami,
I bez pomocy czyjejbądź na ziemi.
Tak papieżowi powiedz, cześć na stronę
Jemu i jego przywłaszczonej władzy.
Król Filip. Bluźnisz tą mową, bracie Janie!
Król Jan. Chociaż
Ciebie i wszystkich królów chrześcijaństwa

Prowadzi za nos ksiądz ten wścibski; chociaż
Drżycie przed klątwą, którą pieniądz niszczy;
Na wagę złota kupujecie podłą
Rdzę, proch, przedajny odpust, od człowieka,
Co w tej przedaży własnem przebaczeniem
Z wami frymarczy; choć ty wraz z innymi
Grubo zwiedziony, tuman ten kuglarski
Karmisz dochodem: ja się sam sprzeciwię
Jemu i wszystkich tych, których on mami,
Poczytam swymi nieprzyjaciołami.
Pandulf. Tak wiec w moc władzy, prawem mi nadanej,
Jesteś przeklętym i wyklętym. Niechaj
Błogosławionym będzie, który śmiało
Przeciw kacerza władzy bunt podniesie;
Pełną zasługi niechaj będzie ręka,
Świętym niech będzie, kanonizowanym
Ten, kto uprzątnie jaką tajną drogą
Twe nienawistne życie.
Konstancya. O! pozwólcie,
Niech i ja z Rzymem prawnie go przeklinam.
Ty, ojcze kardynale, wołaj amen
Przekleństwu memu. Bo bez mojej krzywdy
Nie ma języka, coby miał dość mocy
Dobrze go przekląć.
Pandulf. Moją klątwę, Pani,
Wspiera i prawo i umocowanie.
Konstancya. I moją także. Jeśli u was prawo
Nie daje krzywdzić zadośćuczynienia,
Niech prawem będzie to, że nieprawościom
Nie kładzie tamy. Prawo tu nie może
Synowi memu oddać jego państwa;
Bo ten, co państwem włada, rządzi prawem.
Jeśli więc prawo pełnem jest bezprawiem,
Niech językowi memu kląć nie broni.
Pandulf. Filipie! Królu Francyi! bądź ostrożnym;
Pod karą klątwy puść kacerza tego
Rękę; potęga twoja niechaj spada
Na jego głowę, jeśli się nie podda
Pod władzę Rzymu.

Eleonora. Zbladłeś, królu Francyi!
Nie puszczaj ręki jego.
Konstancya. Dyable! zważaj,
By Francya tego nie pożałowała.
Przez rozłączenie rąk tych jedną duszę
Piekło utraci.
Arcyks. austryacki. Słuchaj kardynała,
Królu Filipie!
Bękart. I cielęcą skórą
Okryj nikczemne członki jego.
Arcyks. austryacki. Dobrze,
Hultaju! Teraz muszę do kieszeni
Schować tę krzywdę.
Bękart. Bo najsnadniej ona
W twe spodnie wlezie.
Król Jan. Cóż kardynałowi
Powiesz? Filipie!
Konstancya. Powie, co kardynał
Jemu.
Ludwik. Mój ojcze! pomyśl. Tu różnica
Wielka. Nabywasz ciężką klątwę Rzymu
Lub tracisz lekką przyjaźń Anglii. Ojcze!
Wybierz, co mniejsze.
Blanka. To jest, klątwę Rzymu.
Konstancya. Ludwiku! mężnie! Dyabeł ciebie kusi
W postaci pięknej i nietkniętej żony.
Blanka. Mówisz, Konstancyo, nie jak wiara każe,
Lecz jak potrzeba radzi.
Konstancya. Gdy przyznajesz,
Że mam potrzebę, która stąd powstała,
Ze wiara znikła; wiedz, że ta potrzeba
Takiego trzyma się prawidła: wiara
Ożyje znowu, gdy potrzeba umrze.
Zniszcz tę potrzebę, wiara się podniesie,
Podnieś ją, wiara padnie podeptana!
Król Jan. Król jest wzruszony i nie odpowiada.
Konstancya. Oddziel się, oddziel, i odpowiedz dobrze.
Arcyks. austryacki. Tak uczyń, królu! nie trwaj w zawieszeniu.
Bękart. Nic nie zawieszaj, prócz cielęcej skóry.

Król Filip. W tem zagmatwaniu nie wiem co powiedzieć.
Pandulf. Cokolwiek powiesz, bardziej cię zagmatwa,
Jeśli przeklętym będziesz i pod klątwą.
Król Filip. Wielebny ojcze: stań na mojem miejscu,
I powiedz, jakbyś sam się znalazł. Nasze
Królewskie ręce tylko co złączone,
Naszych serc związek w ligę nas skojarzył,
Ożenił, skował wzajem, on wzmocniony
Świętej przysięgi religijną mocą.
Ostatnie tchnienie, co dźwięk dało słowu,
Było przysięgą wiary i przyjaźni,
Było pokoju głosem i miłości
Między królestwy i pomiędzy nami.
Niedawno przed tem sprzymierzeniem, tylko
Cośmy zdołali ręce umyć, aby
Mir ten uderzyć, a wiadomo niebu,
Jak zawalane były, jak je zczernił
Pędzel bitw, którym zemsta krwią maluje
Straszną niezgodę królów zagniewanych.
Mająż te ręce, tylko co obmyte
Ze krwi, niedawno w przyjaźń połączone,
I silne w obu, zrzec się i odrzucić
Tę piękną zdobycz i ten żal szlachetny?
Tak igrać z wiarą i żartować z niebem?
Pobić z nas płoche dzieci, byśmy znowu
Wydarli rękę z ręki, odprzysięgli
Raz przysiężoną wiarę, i w małżeńskie
Łoże pokoju, który się uśmiecha,
Wwiedli orężne hufce, a na jasnem
Czole szczerości wrzawę obudzili?
Wielebny ojcze! nie, niech tak nie będzie!
O, racz wymyślić, racz nam dać łaskawszy
Rozkaz. Szczęśliwi będziem, że i wolę
Rzymu spełnimy i zostaniem w zgodzie!
Pandulf. Puste są wszystkie formy, czcze rozkazy,
Prócz tego, który prosto się sprzeciwia
Przyjaźni z Anglią. Dalej więc do broni!
Rycerzem bądź kościoła, lub inaczej
Kościół, ta matka nasza, rzuci klątwę

I przeklnie klątwą macierzyńską ciebie
Zbuntowanego syna. Królu Francyi!
Łatwiej ci ująć język węża, łatwiej
Uchwycić łapę lwa uwiezionego
I ząb tygrysa, który pościł, niźli
W pokoju trzymać rękę, która trzymasz.
Król Filip. Mogę oddzielić rękę, nie zaś wiarę.
Pandulf. Robisz więc wiarę wrogiem wiary, jakby
W domowej wojnie stawisz swą przysięgę
Przeciw przysiędze, język swój naprzeciw
Swego języka. O! wykonaj śluby,
Którymiś wprzód się zobowiązał niebu,
To jest, kościoła wiernym być rycerzem.
Coś potem przysiągł, przysiągłeś przeciwko
Sobie i przeto spełnić sam nie możesz.
Bo jeśliś przysiągł złe uczynić, złe to
Złem być przestaje, skoro robisz dobre.
I znowu kiedy czyn do złego zmierza,
Nieczynność cnotą będzie i w niej prawda.
W mylnych zamiarach środek jest najlepszy
Znów się pomylić; bo gdy pierwsze krzywe,
Nowem skrzywieniem musi się sprostować;
Fałsz się uleczy fałszem, tak jak ogniem
Studzi ogień w żyłach rozpalonych
Oparzonego. Wszystkie śluby swoje
Stwierdzasz religią, a przeciw religii
Sam się sprzysięgasz. Przeciw tej świętości
Dałeś przysięgę, którą się zaklinasz,
I klątwę nową dajesz w zakład prawdy
Przeciwko klątwie. — Gdy w wątpliwej sprawie
Przysięgasz, klniesz się tylko, że nie będziesz
Krzywoprzysiężcą. A inaczej, jakąż
Śmieszną igraszką byłaby przysięga?
Tu cożeś przysiągł? — być krzywoprzysiężcą.
I będziesz wielkim, jeśli tylko spełnisz,
Coś im obiecał. Twój więc ślub ostatni,
Gdy go porównasz z pierwszym, nic innego,
Tylko bunt w tobie przeciw tobie. Tak więc
Piękny odniesiesz tryumf, jeśli trwalszą
I szlachetniejszą część samego siebie

Uzbroisz przeciw zgubnym tym podszeptom.
Za tę część lepszą masz modlitwy nasze,
Jeśli je przyjmiesz, jeśli nie, wiedz o tem,
Że klątwa nasza spadnie i na ciebie
Tak ciężko, że jej otrząść nie potrafisz,
Ale w rozpaczy zginiesz pod jej wagą.
Arcyks. austryacki. Bunt! bunt otwarty!
Bękart. Jeszcze nie ma, ktoby
Cielęcą skórą gębę tobie zamknął.
Ludwik. Ojcze! do broni!
Blanka. W dniu twojego ślubu?
Przeciw krwi, z którąś złączył swoją? Jakże?
Więc z trupów ludzkich będzie uczta nasza?
Ma grzmiąca trąba i krzykliwy bęben,
Ten odgłos piekła, uczcić nasz obrządek?
O mężu! słuchaj! Ach! jak w moich ustach
Nowe to imię męża! Na to imię,
Które mój język pierwszy raz wymawia,
Tu na kolanach błagam, nie wznoś broni
Na mego wuja!
Konstancya. I ja na kolanach,
Co od klęczenia już stwardniały, błagam,
Delfinie, pełen cnoty, nie przemieniaj
Wyroków nieba, to jest jego wola.
Blanka. Teraz obaczę miłość twoją, mężu!
I cóż dla ciebie może być silniejszem,
Jak imię żony?
Konstancya. To, co jego wznosi,
Czem on i ciebie trzyma tak wysoko,
Honor! — Twój honor, pomnij nań, Ludwiku!
Ludwik. Dziwię się, ojcze, że się zdajesz zimnym,
Gdy tak wysokie pobudzają względy?
Pandulf. Ogłoszę klątwę Rzymu.
Król Filip. Nie potrzeba.
Anglio! ja od ciebie odstępuję.
Konstancya. O! piękny powrót chwały majestatu!
Eleonora. Brzydki francuskiej niestałości odstęp.
Król Jan. Francyo! żałować będziesz tej godziny
Wprzódy, nim minie.

Bękart. Gdy ów stary dzwonnik,
Łysy zakrystyan, czas, pozwoli, Francya
Żałować będzie.
Blanka. Słońce krwią zachodzi!
Bądź zdrów, dniu piękny! — Gdzież mam przejść? na którą
Stronę? Należę obóm. W obu wojskach
Mam jedną rękę. Gdy się chwycę obu,
Ich wir mię porwie i rozszarpać może.
Mężu! nie mogę błagać, byś zwyciężył,
Wuju! ja muszę błagać, abyś przegrał.
Ojcze! nie mogę tobie życzyć szczęścia,
Babko! nie mogę pragnąć, by się stało,
Czego ty pragniesz. Kto z was kolwiek wygra,
Ja zawsze tracę. Strata moja pewna,
Wprzód jeszcze, nim się wasza gra rozpocznie.
Ludwik. Przy mnie, księżniczko, szczęście twe spoczywa.
'Blanka. Gdzie szczęście żyje, życie dogorywa,
Król Jan. Synowcze! spiesz, zbierz wszystkie siły nasze.

(Bękart wychodzi).

Królu francuski! we mnie gore płomień,
Tu wściekłość, której pożar ma tę własność,
Że go nic zgasić, stłumić nic nie zdoła,
Tylko krew jedna, i to krew najdroższa,
Jaką ma Francya.
Król Filip. Wprzódy cię ta wściekłość
Spali i w popiół zmieni, nim krew nasza
Płomień twój zgasi. Raczej myśl o sobie.
Wśród bitwy ślepa wściekłość nie obroni.
'Król Jan. Ni ciebie groźba. — Dalej więc do broni.

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Tamże. Równina blisko Anżeru. Bitwa. Odwrót.
Wchodzi BĘKART z głową ARCYKS. AUSTRYACKIEGO.

Bękart. Jakem żyw, dzień ten staje się gorącym.
Jakiś powietrzny demon ulatując

Pod niebem, zlewa na dół wszystkie klęski.
Ty, austryacka głowo, tu tymczasem
Poleź, dopóki Filip jeszcze żyje.

(Wchodzi król Jan, Artur, Hubert).

Król Jan. Hubercie! pilnuj tego chłopca. — Dokończ,
Filipie! Matka moja oblężona
W swoim namiocie, i być może wzięta.
Bękart. Już uwolniona. Jej królewskiej mości
Nic się nie stanie, nie bój się, mój królu!
Lecz naprzód, królu, naprzód! bo nie wielka
Praca uwieńczy nasze chlubne dzieło.

(Wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Tamże. Bitwa. Ustęp.
Wchodzi KRÓL JAN, ELEONORA, ARTUR, BĘKART, HUBERT i lordowie.

Król Jan. Niech i tak będzie, Matko! zostań z tyłu
Pod silną strażą. Nie patrz-że tak smutno.
Synowcze! Babka kocha ciebie, stryj twój
Kochać cię będzie, jak cię kochał ojciec.
Artur. Ach! moja matka umrze pod tym smutkiem!
Król Jan (do Bękarta). A ty, synowcze, spiesz do Anglii, żywo,
Nim my przybędziem, potrząś dobrze worki
Łakomych księży. Wypuść mi na wolność
Wszystkie aniołki uwięzione. Niechaj
Tłuste pokoju żebra głód nasz karmią.
Z zupełną mocą władzy mej używaj.
Bękart. Nie mnie odstraszy książka, dzwon i świeca,
Niech tylko złoto zwabi albo srebro.
Zegnam cię, królu! — Babko! jeśli kiedy
Przyjdzie mi na myśl zostać świętym, będę
Modlił się także i za twe. zbawienie,
Tymczasem rączki twe całuję.
Król Jan. Jedź zdrów.

(Bękart wychodzi).

Eleonora. Chodź-no tu, wnuczku! coś ci powiem.

(Odprowadza na stronę Artura).

Król Jan. Chodź tu
Do mnie, Hubercie!... Dobry mój Hubercie!
Myśmy ci dłużni. W tem więzieniu z ciała
Jest dusza, która cię dłużnikiem mieni
I miłość twoją z lichwą chce zapłacić.
O przyjacielu! chętna twa przysięga
Żyje w twej piersi, w niej się wiernie chroni.
Daj mi twą rękę. — Chciałem coś powiedzieć...
Ale odłożę to do lepszej chwili.
Niebo mi świadkiem, że się prawie wstydzę
Wyznać jak wiele cenię cię, Hubercie!
Hubert. Wielcem ci wdzięczny, Najjaśniejszy Panie!
Król Jan. Nie, przyjacielu! dotąd jeszcze nie masz
Przyczyny być mi wdzięcznym, lecz mieć będziesz.
Choć czas leniwy, przyjdzie jednak pora,
Co mi pozwoli dobrem ci odpłacić.
Chciałem coś mówić... ale dajmy pokój.
Słońce na niebie, dzień zbyt jasny, całym
Orszakiem uciech świata okrążony,
Nadto dziś świetny, nadto strojny, aby
Mógł mię wysłuchać. Gdyby dzwon północy
Twardym językiem i miedzianą gębą
Ogłosił pierwszą śpiącym tworom ziemi;
Gdyby to cmentarz był, gdzie my stoimy,
A ty tysiączną troską ugryziony;
Gdyby ponury duch melancholii
Krew w tobie zwarzył, zrobił gęstą, ciężką,
Aby nie ciekła w żyłach łechcąc, aby
Ten głupiec, uśmiech, nie był w ludzkiem oku,
Ni pusta radość w twarzy (jej nie lubią
Zamiary moje); albo gdybyś mógł mię
Widzieć bez oka i bez ucha słyszeć,
I bez języka dać mi twą odpowiedź;
Gdybyś mógł użyć jednej tylko myśli
Bez oczu, uszu i niebezpiecznego
Dźwięku wyrazów, mimo baczną czujność
Dnia, w twoje łono przelałbym swe myśli.
A teraz... nie chcę. Przecież ja cię kocham,
I prawiem pewny, że i ty mię kochasz.

Hubert. Tak, królu, że jeżeli co rozkażesz,
Choćby śmierć była w treści tego czynu,
Który mara spełnić, Bóg mi świadkiem, spełnię.
Król Jan. Czyż nie wiedziałem o tem? O, Hubercie,
Dobry Hubercie! rzuć no tylko okiem
Na tego chłopca... Chcę ci coś powiedzieć,
Mój przyjacielu! Chłopiec ten, to istny
Wąż na mej drodze; gdziebykolwiek noga
Moja stąpiła, on tam wszędzie leży,
Czyś mię zrozumiał?... jesteś jego stróżem.
Hubert. Tak go strzedz będę, że ci więcej, królu,
Przykrym nie będzie.
Król Jan. Śmierć!
Hubert. Co mówisz? Panie!
Król Jan. Grób.
Hubert. Żyć nie będzie.
Król Jan. Dosyć. Teraz znowu
Mogę być wesół. Kocham cię, Hubercie!
Nie chcę ci mówić, jakie względem ciebie
Moje zamiary... lecz pamiętaj o tem.
Eleonora. Błogosławieństwo moje weź na drogę.
Król Jan. A ty, synowcze, jedź do Anglii. Hubert
Będzie twym stróżem; będzie cię pilnował,
Jak mu powinność każe. — Precz, do Kale.

(Wychodzą).
SCENA CZWARTA.
(Tamże. Namiot króla francuskiego).
(Wchodzi KRÓL FILIP, LUDWIK, PANDULF i orszak).

Król Filip. Na pełnem morzu burza rozsrożona
Rozniosła flotę poszarpanych żagli
I uzbrojenie całe rozsypała.
Pandulf. Nie trać odwagi, wszystko pójdzie dobrze.
Król Filip. Co ma pójść dobrze, kiedy wszystko poszło
Źle, źle! Czy wojsko nie jest zwyciężone?
Anżer nie odpadł? Artur czy nie wzięty?
I przyjaciele mężni nie ubici?

Czy król angielski nie odpłynął, wszystkie
Szranki zwaliwszy na złość, na wstyd Francyi?
Ludwik. I to, co zdobył, umocował. Taka
Szybkość gorąca i roztropna, taki
Jasny porządek w sprawie tak burzliwej,
Był bez przykładu. Słyszał-że kto kiedy,
Czytał o bitwie takiej, jak dzisiejsza?
Król Filip. Zniósłbym z ochotą te pochwały Anglii,
Gdyby był przykład i dla naszej hańby.

(Wchodzi Konstancya).

Lecz patrzcie, kto to idzie? — grób dla duszy,
Co w swem wiezieniu ciasnem i duszącem
Wiecznego ducha mimowoli trzyma —
Proszę cię, Pani, oddal się stąd ze mną.
Konstancya. Patrzcież, o, patrzcie, co wasz pokój zrobił!
Król Filip. Pociesz się, dobra Pani: bądź cierpliwa.
Konstancya. Żadnej pociechy nie chcę, żadnej rady,
Prócz tej, co kończy wszelką radę, jedną
Wierną pociechę — śmierć. O miła śmierci!
Zdrowa zgnilizno! wonny smrodzie! powstań
Z twojego łoża nieskończonej nocy!
Ty jesteś wstrętem i postrachem szczęścia.
Ja ucałuję twe bezecne kości,
Swe oczy włożę pod twe brwi sklepione,
Twojem robactwem palce swe otoczę,
Prochem napełnię te oddechu wrota,
I jakby zgniłem stanę się straszydłem,
Przyjdź, zgrzytnij do mnie — powiem, że się
I pocałuję cię, jak żona. Wierny śmiejesz,
Nędzy kochanku! przybądź, przybądź do mnie!
Król Filip. O piękny żalu! — ucisz się, Konstancyo!
Konstancya. Nie, nie chcę, póki jeszcze tchu mi stanie
Krzyczeć i wołać. Gdyby mógł mój język
Być w ustach gromu, wstrzęsłabym świat cały,
I wstałby ze snu ten bezecny szkielet,
Którego słaby głos mój nie dochodzi,
Co gardzi zwykłem przyzywaniem.

Pandulf. Pani!
Szaleństwo raczej, a nie żal wyrażasz.
Konstancya. Nie jesteś świętym, żeś mię tak okłamał.
Jam nie szalona — Włosy, które szarpię,
Moje; nazywam się Konstancya; byłam
Gotfryda żoną; mały Artur, syn mój...
A jego nie ma. Nie, jam nie szalona,
Dałyby nieba, żebym nią być mogła!
Wtenczasbym sama siebie zapomniała,
I zapomniała o swym wielkim bolu,
Wynajdź mi mądrość jaką, coby mogła
Odjąć mi rozum — kanonizowanym
Możesz być za to. Jam nie zwaryowała,
Ja czuję boleść moją; i mój rozum
Wymyśla tylko środki, jak jej pozbyć?
Uczy mię, czy się zabić, czy powiesić?
Gdybym waryatką była, syn mój znikłby
Z mojej pamięci, lub w szalonych marach
W lalce z gałganów mogłabym go widzieć.
Nie jestem ja waryatką — nadto czuje,
Jaki ból sercu każda klęska daje.
Król Filip. Zwiąż te warkocze. Jaką miłość widzę
W tem pięknem mnóstwie włosów! Gdzie przypadkiem
Srebrna upadła kropla, tam koło niej
Tysiące zbiera się przyjaciół; wiernych
Jak nierozdzielne serca, które w rozpalonej
Klęsce wzajemnie wspomódz się starają.
Konstancya. Do Anglii, jeśli pragniesz.
Król Filip. Zwiąż swe włosy.
Konstancya. Zwiążę... i powiem czemu. Rozpuściłam
Węzły mych włosów i wołałam głośno:
„Gdyby te ręce mogły tak wyzwolić
Syna, jak włosom tym swobodę dają“.
Teraz zazdroszczę im wolności. Znowu
W ciasne, jak pierwej, więzy je skrępuję,
Bo moje dziecię w więzach — Kardynale!
Kiedyś mówiłeś, że się obaczymy,
I że poznamy swych przyjaciół w niebie.
Jeśli to prawda, ja obaczę znowu
I moje dziecię: bo od urodzenia

Kaina, który pierwszem był chłopięciem,
Do tego, który ledwie wczoraj westchnął,
Tak miłe dziecko się nie urodziło.
Lecz teraz robak smutku zje mój pączek,
Wrodzoną piękność spędzi z jego lica;
On się spróchniałym stanie, jak są duchy;
Sinym i chudym, jak jest dreszcz gorączki,
I takim umrze, takim zwartwychwstanie;
I gdy na dworze niebios z nim się spotkam,
Ja go nie poznam. — Tak więc nigdy więcej,
Nigdy Artura mego nie obaczę.
Pandulf. Nadto okropnym czynisz widok smutku.
Konstancya. Ten, co tak mówi, nie był nigdy ojcem.
Król Filip. Kownie swój smutek kochasz, jak swe dziecię.
Konstancya. Smutek zajmuje miejsce mego dziecka,
W łóżeczku jego leży, chodzi ze mną,
Jego oczkami patrzy, i powtarza
Jego wyrazy; on mi przypomina
Wdzięczne przymioty jego, on wypełnia
Jego kształtami suknie, co zostały.
Mam-że powody kochać się w mym smutku? —
Bywaj zdrów. Gdybyś ty utracił tyle,
Ile ja, lepiejbym cię pocieszała. —

(Zrywa ubranie z głowy i zrzuca).

Ale do czegóż stroje te na głowie,
Gdy tam, w mej myśli, wszystko rozstrojone?
O Boże! moje dziecię! mój Arturze!
Życie! radości moja! mój pokarmie!
Pociecho wdowy! smutków mych lekarstwo!

(Wybiega).

Król Filip. Boję się o nią — i pospieszyć muszę.

(Wychodzi).

Ludwik. Nic na tym świecie cieszyć mię nie może.
Życie jest równie tęsknem, jak podwakroć
Słyszana powieść, która dręczy uszy
Skłaniającego się do snu słuchacza.
Gorzki wstyd odarł świat ze wszystkich wdzięków,
Że nic nie daje, tylko wstyd i gorycz.
Pandulf. Kiedy choroba ciężka nas opuszcza,
I już do zdrowia przychodzimy, bywa

Najnieznośniejszą. Złe, kiedy nas żegna,
Największem nam się wówczas złem wydaje.
Cóżeś utracił, tracąc dzień dzisiejszy?
Ludwik. Wszystkie dni chwały, szczęścia i radości.
Pandulf. Takby to było, gdybyś był zwycięzcą.
Nie — gdy fortuna nam najwięcej sprzyja,
Natenczas groźnem okiem na nas patrzy.
Rzecz dziwna! ile w tern król Jan utracił.
Co mu tak świetną zdaje się wygraną?
Czyś nie zmartwiony, że on wziął Artura?
Ludwik. Równie serdecznie, jak on się weseli.
Pandulf. Twój umysł równie młody, jak krew twoja.
Słuchaj więc, coc w prorockim duchu powiem.
Bo nawet tchnienie słów, które mam mówić,
Zdejmie proch, każde źdźbło, przeszkodę każdą
Z tej ścieżki, co cię prosto zaprowadzi
Na tron angielski. Słuchaj i uważaj.
Jan wziął Artura. — Póki życie igra
W żyłach chłopczyka tego, być nie może,
By tenże Jan, co nie jest na swem miejscu,
Miał choć godzinę, chociażby minutę,
Choć jedną chwilkę ciszy i pokoju.
Berło schwycone gwałtem, gwałtem tylko
Zachować można, a kto postawiony
Na śliskim gruncie, nie wybiera środków
Choć najpodlejszych, byle się utrzymał.
Gdy Jan ustoi, Artur musi upaść.
Tak będzie, bo inaczej być nie może.
Ludwik. I cóż ja zyskam, kiedy Artur padnie?
Pandulf. Na mocy praw twej żony Blanki, możesz
W miejscu Artura wejść z pretensyą swoją.
Ludwik. I stracić wszystkie prawa, razem z życiem.
Pandulf. Jakżeś ty młody w tym, tak starym, świecie!
Jan ci zasadzki stawia, a na odwrót
Czas się sprzysięga z tobą przeciw niemu.
Kto całość swoją w wiernej krwi umoczył,
Znajduje całość krwawą i niewierną.
Ten czyn, którego matką zbrodnia, serca
Ludu ostudzi i gorliwość zmrozi,
Że niech się zdarzy drobna okoliczność,

Zachwiać tron jego będzie pożądaną.
Niechaj zwyczajny wyziew się pokaże,
Niech wiatr zaszumi, dzień zaniosą chmury,
Niechaj cokolwiek zdarzy się w naturze —
Nie dopuszczając zwykłej, naturalnej
Przyczyny, nazwą to zjawieniem, cudem,
Znakiem, proroctwem i językiem nieba,
Że zemsta bliska wkrótce nań upadnie.
Ludwik. Może nie targnie się na życie dziecka,
Ale w bezpiecznem mając je więzieniu,
Siebie tem samem zabezpieczy.
Pandulf. Książę!
Skoro usłyszy o twem przybliżeniu,
Jeżeli wówczas Artur żyłby jeszcze,
Na sam ten odgłos zginie. Wtenczas serca
Całego ludu przeciw niemu wstaną,
Uściskiem nową zmianę powitają,
I silny powód buntów i wściekłości
Wycisną z palców zakrwawionych Jana.
Jakbym już widział tumult ten na nogach!
I cóż lepszego snuje się dla ciebie.
Jak to, com mówił? Fokonbrydż, ten bękart.
Jest teraz w Anglii, grabi tam, kościoły,
Wszelką bliźniego miłość obrażając.
Tuzin Francuzów, gdyby był pod bronią,
Jak wabik jaki, zwołałby do siebie
Dziesięć tysięcy Anglików niechętnych.
Tak grudka śniegu, gdy się na dół toczy,
Staje się górą. — O delfinie! pójdźmy
Razem do króla. — Dziw, jak wiele rzeczy
Da się wyrobić z tych okoliczności!
Gdy serca wszystkich jeszcze pełne gniewu,
Spieszcie do Anglii. Ja pobudzę króla.
Ludwik. Silne dowody rodzą wielkie czyny.
Idźmy — ty radzisz, ojciec mi nie wzbroni.

(Wychodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Józef Korzeniowski.