Korespondencja Litwosa z San Francisco

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Korespondencya Litwosa z San-Francisco
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza
Tom LXXIX

Pisma ulotne (1874-1877)
Data wydania 1906
Wydawnictwo Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom LXXIX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom LXXIX jako ePub Pobierz Cały tom LXXIX jako PDF Pobierz Cały tom LXXIX jako MOBI
Indeks stron
Korespondencya Litwosa z San-Francisco.
Ofelia w polskim języku. Wrażenie. Opinia dzienników. Z San-Francisko do New-Yorku. Owacye. Panna Eli Wilton. Golden Eva. „Rachel czy Ristori.“ Zamówienia. Popyt na polskie sztuki. Polemika z Chronicle’em. Adres i dary prasy. Oda Hintona. Panna Rosa Eytinge. Artyści i artystki tutejsze. Układy.

W zeszłym liście doniosłem wam o zamiarze naszej znakomitej artystki wystąpienia w roli Ofelii po polsku. Otóż zamiar ten przyszedł już do skutku. Pierwotnie artystka zamierzała wybrać rolę tę na swój benefis, ponieważ jednak grający rolę Hamleta artysta, Mac-Cullough, miał wyjechać na Wschód, przedstawienie więc zostało przyśpieszone o dni kilka, na benefis zaś pani Heleny przeznaczoną została Julieta. Przedstawienie Ofelii udało się świetnie. Nie potrzebuję mówić, że nie poszli ci tylko, którzy nie mogli dostać biletów, a o bilety było trudno. Rozgłośna już sława artystki, niesłychane pochwały i uniesienia, jakimi przepełnione są pisma, ściągają publiczność nie tylko z miasta, ale i z okolic. Każde przedstawienie w ciągu ubiegłych dwóch tygodni było szeregiem owacyi. Przedstawienie Ofelii było tem bardziej wzruszające, że zgromadzili się na nie wszyscy Polacy i wszyscy Żydzi polscy, zamieszkali w San Francisco. Ludzie ci dawno, dawno już nie słyszeli rodowitego języka w miejscu publicznem, nic więc dziwnego, że słuchali go z nieopisanem rozrzewnieniem. Ileż to wspomnień dawnych, drogich, a zatartych już stanęło żywo w pamięci tych słuchaczów. Czas przesłania przeszłe lata, dawne wspomnienia i dawno niewidziane twarze, niby mgłą, niby tumanem, z początku przezroczystym, potem coraz gęstszym, ciemniejszym. Po każdym upłynionym roku widzisz je coraz niewyraźniej, coraz mętniej, a potem to już jakby cienie, błąkające się po polach Elizejskich. Nagle przed słowami natchnionych ust ta mgła niepamięci pierzchnęła, i wszystko, co przeszło, stanęło, jak żywe, teraźniejsze i obecne w oczach i sercach słuchaczów. Była to dla każdego jakby czarowna wizya, jakby wrócone lata młodości, jakby mała przelotna chwila wiosny z mrukiem rodzimych strumieni, z szelestem rodzimych drzew, ze śpiewaniem naszych szarych skowronków i z odgłosami fujarek pastuszych. Każdy też słuchał, wstrzymując łzy. Dźwięczny, przeczysty język nasz brzmiał wśród ciszy teatralnej, obok chrapliwych dźwięków angielskich, jak anielska muzyka; opanował je, zwyciężył; doszedł wszędzie i podbił serca wszystkich słuchaczów. Dziennik „The Mail“ napisał nazajutrz, że nigdy amerykańskie uszy nie słyszały słodszych dźwięków. Znajomi mi Amerykanie utrzymywali, że rozumieją wszystko. Doprawdy, dziwne to było przedstawienie. Mała rola Ofelii pokryła sobą wszystkie inne; zniknął Hamlet, zniknął król Klaudyusz, Poloniusz, Laertes, zdawało się, że gra sama tylko Ofelia. Uważałem, że, ilekroć artystka nasza ukazywała się na scenie, robiło się cicho, jak makiem siał, ilekroć zeszła, a wchodzili na jej miejsce inni, powstawał w całym teatrze szmer; zamiast słuchać, co inni mówią, udzielano sobie uwag i spostrzeżeń; powtarzano półgłosem pojedyńcze dźwięki; jednem słowem, całe przedstawienie o tyle miało w oczach publiki wartość, o ile brał w nim udział polski język i Ofelia. W czasie antraktów przywoływano artystkę, bito oklaski i rzucano kwiaty. W przedostatnim akcie, panna Eli Wilton, grywająca dotąd rolę Ofelii, ofiarowała pani Helenie przepyszną koronę kwiatową, w ostatnim zaś dyrektor wyszedł na scenę i miał do naszej artystki dziękczynną mowę, w imieniu publiczności i artystów. Po tej mowie całą prawie scenę zarzucono bukietami. Najbardziej rozczulająca jednak owacya miała miejsce już po przedstawieniu, gdy rodacy udali się do artystki. Prawdę rzekłszy, że i dzienniki tutejsze zmieniły swe poglądy na nasze rzeczy widocznie. Zwracają teraz powszechnie uwagę na nadzwyczajne zdolności ras słowiańskich, przypominają Kopernika, wyrażają swe głębokie uznanie dla nas i t. p. Dziennik „Golden Eva“ ogłosił nazajutrz artykuł, zatytułowany: „Rachel czy Ristori“, w którym porównywa naszą artystkę ze wspomnianemi i przyznaje naszej absolutną wyższość. Dwie poczty (Evening and Morning), Bulletin, Call, Pacific Life, The Mail, Argonaut ogłosiły już życiorysy pani Heleny, w których popisały takie rzeczy, że rychło patrzeć, jak zaczną wywodzić ją od Apollina i jakiej muzy. Niektóre dzienniki przesłały swe recenzye drogą telegraficzną dosłownie do New-Yorku, Bostonu, Filadelfii, etc., wkrótce wiec będziecie je mogli odczytywać w tamtejszych gazetach. W Stanach Zjednoczonych dla dziennika posłać telegrafem cały artykuł stuwierszowy, znaczy tyle, co u nas przesłać pięć słów. Nie brak także teraz przedsiębiorców i agentów, ofiarowujących artystce swe usługi. Niesłychane to powodzenie prawdopodobnie przyśpieszy wyjazd pani Heleny na Wschód. Za miesiąc lub półtora będzie już zapewne w New-Yorku, gdzie wystąpi w rolach: Adryanny, Ofelii, Julietty, Kleopatry, Fedry, Dalili i innych, których zdoła się wyuczyć. Kleopatrę i Dalilę już prawie umie. Prócz tego, w skutek żywego zajęcia, jakie budzą teraz rzeczy nasze, literaci tutejsi poprosili artystkę, aby wprowadziła na tutejszą scenę te utwory polskie, które uważa za najlepsze. Artystka waha się jeszcze w wyborze. Z dramatów prawdopodobnie najprzód wybierze Mazepę. Zamiar ten jednak, według mego widzenia rzeczy, napotka niezwalczone prawie trudności. Utwory te (np. Mazepę) trzeba najprzód przerabiać z wiersza na prozę, a potem dopiero tłómaczyć na język angielski. Otóż kto się tem zajmie? Z Polaków, prócz Sygurda Wiśniowskiego, nikt nie włada tak angielskim językiem, aby mógł się podjąć tego zadania, Wiśniowskiego zaś niema jeszcze w Ameryce.
Niektórzy chcą, aby artystka sama zajęła się przekładami. Wiem, że nie brak jej ani chęci, ani nawet możności, obznajmiona jest bowiem z językiem scenicznym, ale za to brak jej czasu. Uczyć się coraz nowych ról, utrzymywać w pamięci dawniejsze, układać się przytem z agentami, przyjmować tysiące odwiedzin, którym nie można zapobiedz, wszystko to zajmuje czas nie żartem.
Ale wracam do opisywania dalszych występów. Po Ofelii nastąpiła Julietta. Wiecie, jakie wrażenie robiła ta rola w Warszawie, domyślicie się więc łatwo, jak się tu musiała podobać. Rolę tę w Ameryce uważano dotąd, jako wyłączną niemal własność panny Neilson, młodej i pięknej artystki, którą parę miesięcy temu widziałem, i która mi się nie podobała, ale która w Ameryce uchodzi za najpierwszą. Ogólna opinia publiczności i dziennikarzy mówiła dotąd, że Julietta tak właśnie i tylko tak musi być grana, jak ją grała Neilson, pani Helena więc miała tu do walczenia z utartemi już pojęciami. Ale podjęła tę walkę bez wahania i wyszła z niej ze świetnem zwycięstwem. Dzienniki tutejsze, należy im oddać tę sprawiedliwość, oceniły nader trafnie różnice w grze dwóch artystek i przyznały otwarcie, że ich poglądy na Juliettę, oparte na grze panny Neilson, były błędne. Powszechny głos przyznał teraz, że Julietta panny Neilson to pełna kokieteryi i zmysłowości dziewczyna, której brak wszelkiej poezyi; Julietta polskiej artystki to wcielona poezya, to przeczysta dziewica, taka właśnie, jaką chciał mieć ją Szekspir. Pierwsza kusi, druga kocha. Słowa „Daily Call“ były gryzące, ale prawdziwe, gdy na drugi dzień napisał: „teraz dopiero krytycy poznali się, że panna Neilson do pewnego stopnia tak traktuje Szekspira, jak Offenbach Homera“. Słowem, w całej prasie było to zdanie się na łaskę i niełaskę. Jak silnie wrażenie uczyniła na umysły Julietta naszej artystki, dowodzi także wystąpienie „Chronicle’a“. „Chronicle“ jest to sobie pismo, trzymające się zasady, aby chwalić, co inni ganią, i odwrotnie. O pierwszem wystąpieniu, nie wiedząc, co inni powiedzą, i „Chronicle“ odezwał się z wielkiemi pochwałami, spostrzegłszy jednak, iż wszyscy chwalą, o Juliecie odezwał się już chłodniej. Przyznał wprawdzie artystce naszej talent i wielkość, dodał jednak, że, jako cudzoziemka, nie pojmuje jeszcze Szekspira w sposób właściwy. Powstała z tego powodu prawdziwa burza. Inne pisma rzuciły się na „Chronicle’a“. Zarzucono mu przekupstwo. Przypominano, że od Ristori brał pieniądze. Utrzymywano, że dlatego tylko wystąpił przeciw Juliecie, że spodziewał się zapłaty, a zapłaty nie dostał. Zuchwały zwykle „Chronicle“ umilkł, tembardziej, że Polacy, a zwłaszcza Żydzi polscy, których tu jest bardzo wielu, poczęli cofać prenumeratę. Prasa jednak nie poprzestała na polemice. Na trzeci dzień po pierwszem przedstawieniu Julietty wypadał właśnie benefis pani Heleny. Wiedziałem już poprzednio, że ze strony prasy zanosi się na manifestacyę, jakoż wieści okazały się prawdziwe. Po scenie balkonowej reprezentanci prasy podali naszej artystce adres, drukowany na białym atłasie i przepyszny kosz kwiatów. Kosz ułożony był w dwie kondygnacye z kwiatów białych, czerwonych i błękitnych, nad górną zaś jego częścią powiewała atłasowa chorągiew z odpowiednimi znakami. Uniesienie publiczności w tej chwili nie miało granic. Okrzyki „hurra!“, „hip, hip!“ zagłuszały orkiestrę grającą odpowiednią do uroczystości pieśń. Adres, ułożony był wierszem, brzmiał zaś, jak następuje:

„Hither, unheraldet by voice of fame.
„Except as a fair foreigner you came:
„Light was the welcome that we had prepared —
„Even our sympathies you scarcely shared;
„Not as the artist whom our people knew —
„As some fresh novice did we look on you.


„Mark the great change!! Since that eventful night,
„Only your wondrous art remains in sight.
„Despite the fetters ofo foreign tongue,
„Jealousy round your matchless talent hung;
„Enraptured we acknowledge your succes —
„Succes the greater as expected less.
„Keep Polish memories in your heart alone,
„America now claims you for her own. —[1]

Tu następują podpisy nazwisk redaktorów, krytyków i pism. Nie potrzebuję dodawać, że gazety na drugi dzień przepełnione były opisami tej uroczystości. Wydrukowano wszędzie nie tylko powyższy adres, ale i piękny sonet, napisany przez pułkownika Hintona, redaktora „Evening Post“. Sonet ten podaję także w całości, dla czytelników bowiem będzie to najlepszy dowód, jak wielkim istotnie był tryumf naszej artystki. Sonet zatytułowany jest:

Helena Modjewska.

„Lady! across this mimic stage we see,
„That art no limit owns nor mete nor bound
„Hath high glnius which, o’er leapeng found
„Its way through speech in which it was free

„To hold our hearts within such rapturous thrall;
„Whilst thy wondrous skill, in magic call
„The mighty lines that erst by Shakespeare writ,
„From the dim centuries come crowding swift
„With Figures, that do stand creations fit
„For worlds with all rewering hands to lift. —
„Sarmatias daughter grand! Fresh welcomes find
„Within the land where Poland’s heros fought;
„And with her triumphs grateful feelings bind,
„To add new luster to the fame she’s wrought.[2]

Owacye i wiersze tego rodzaju nie tylko uszczęśliwiają artystkę, nie tylko dodają jej ducha i większej siły polotu, ale mają przytem znaczenie największej reklamy, torującej artystce drogę do nowych tryumfów na Wschodzie. Nie wiem, słusznie czy niesłusznie, prasa w San Francisco uchodzi za najsurowszą, najbardziej wymagającą i najostrzejszą w krytykach. Czytałem np. w Alcie (Daily Alta Kalifornia), że artystka, która występowała z tryumfem tu, może już być pewna niezmiernego powodzenia w całych Stanach. Tymczasem fakt jest, że pani Ristori, która przytem rzucała pieniędzmi na wszystkie strony, nie miała tak pochlebnych recenzyi, ani też doznała tak gorącego przyjęcia, jak pani Helena. Zapomniałem jeszcze jedno dodać. Oto prasa tutejsza ma stosunkowo najwięcej związków z Australią, toruje więc także drogę i do tej części świata, zapewniają zaś, że nigdzie nie obsypują tak złotem artystów, jak tam.

Obecnie rozpoczęły się już w San Francisco występy p. Róży Eytinge. Widziałem ją onegdaj w płaczliwej sztuce Wiktoryna Sardou: „Miss Multon“. Jest to istotnie dobra artystka, z powodu jednak mniej szczęśliwej powierzchowności scenicznej nie sprawia wielkiego wrażenia. Talent jej zdrowy, realistyczny, jednakże brak mu większego zasobu środków scenicznych i wdzięku. Dzienniki tutejsze wystąpiły z dość dwuznacznem dla niej uznaniem, przedewszystkiem bowiem wyraziły jej wdzięczność za to, że ustąpiła tydzień czasu ze swego zamówienia dla pani Modrzejewskiej. Onegdaj i wczoraj, być może, że z powodu wyborów, na Miss Multon dość było pusto. Jeżeli przedstawienie nie przynosi pięciuset dolarów, wówczas nie pokrywa kosztów (licząc pensye aktorów). Otóż wczorajsze i onegdajsze wystąpienia zapewne kosztów nie pokryją. Dyrekcya, która od dawnych czasów nie miała tak pięknych czystych zysków, jak z występów pani Heleny, pragnie wszelkiemi siłami powtórzyć jeszcze te występy. Wczoraj powtórzono jej dawniejszą propozycyę, aby po upływie miesiąca dała choć kilka jeszcze przedstawień. Ofiarują jej za to benefis i wogóle warunki nader dogodne. Ale artystka nasza, zajęta teraz uczeniem się nowych ról, wątpi, czy znajdzie dosyć czasu. Zresztą, pilno jej na Wschód, skąd już przysłano jej liczne zamówienia. Być może jednak, że dyrekcya znowu ułoży się z panną Eytinge o ustąpienie choć kilku dni w bieżącym miesiącu. Będzie to tem łatwiejsze, że sama Eytinge należy do najzapaleńszych wielbicielek pani Heleny. Wspomniałem już, że na przedstawieniu Adryanny ofiarowała naszej artystce koronę laurową, wczoraj zaś, gdym odwiedził ją wraz z kilku przedstawicielami prasy tutejszej, powiedziała nam wprost, że poczytywałaby się za pozbawioną rozumu, gdyby jej kiedykolwiek przyszło na myśl rywalizować z taką artystką. Wogóle, między artystami i artystkami tutejszemi spotkało panią Helenę najgorętsze uznanie, nigdzie zaś nie objawiła się najmniejsza zazdrość. W Warszawie, Krakowie i Lwowie nie byłoby to dziwnem, ale tu, gdzie przybywszy, jako nieznana cudzoziemka, odrazu przyćmiła miejscowe znakomitości, tu, powtarzam, ten szczery zapał, jaki wzbudziła w kołach artystycznych, dowodzi i szlachetnej bezinteresowności, i szlachetnego zamiłowania sztuki.
Nakoniec jeszcze jedna wiadomość, która będzie was interesować. W tych dniach zostanie zapewne podpisany przez panią Helenę kontrakt, na mocy którego obowiązuje się grać przez rok we wszystkich znakomitszych miastach amerykańskich.
O warunkach kontraktu doniosę wam, gdy zostanie podpisany. Agent artystki naszej wyjeżdża natychmiast do New-Yorku przygotować tam jej występy, ona zaś sama pozostanie tu jeszcze dopóty, dopóki nie przygotuje kilku ról nowych, któremi właśnie jest zajęta.
Początkowo kontrakt miał być zawarty na lat dwa. Ofiarowano nawet artystce jeszcze lepsze warunki, byle pozwoliła na takie przedłużenie terminu, na co się jednak zgodzić nie chciała, po roku bowiem pragnie wrócić na pewien czas do Warszawy i wystąpić na polskiej scenie, do której, chociaż powiedziano jej tu: „America now claims you for her own“ (Ameryka uważa cię teraz za swoją wyłączną własność), polska artystka tęskni z całej duszy.

Gazeta Polska. № 225 z dnia 12 października 1877 r.


Przypisy

  1. Nie obwoływana przez stugębne wieści, przybyłaś do nas tylko, jako piękna cudzoziemka, więc zwykłem tylko przyjęliśmy cię początkowo powitaniem. Okazaliśmy ci naszą sympatyę, nie jako artystce, którą lud nasz zna, ale patrzyliśmy na ciebie tylko, jako na nowicyuszkę.
    Patrz, jaka zmiana teraz! Od owej pamiętnej nocy tylko twój cudowny talent pozostaje na widowni. Pomimo kajdan obcego ci języka zazdrością otoczyliśmy już twój nieporównany talent. Zachwyceni wyznajemy twe zwycięstwo tem większe, że nieprzewidziane. Więc zachowaj teraz twoją Polskę w pamięci, ale Ameryka ogłasza cię już za swoją własność.
  2. Lady! Przez twe występy widzimy, że sztuka nie ma granic, ani mety, ani więzów. Przez swój geniusz, nie znający żadnych przeszkód, utorowałaś sobie drogę i potrafiłaś w naszym języku podbić serca nasze i utrzymać je w zachwycie i osłupieniu. Gdy przez cudowną sztukę, czarodziejskiem zaklęciem, z potężnych słów, które napisał Szekspir, i z ciemnych wieków wywołujesz dawno zmarłe postacie, światy wyciągają do nich ręce, sądząc, że drugi raz zostały stworzone. Córko Sarmacyi wielka! bądźże pozdrowiona w naszym kraju, za który bohaterowie Polski walczyli. Ty, przyczyniając się do nowych tryumfów, nawiązujesz nanowo dawne nici i nowy blask podajesz do kart, które już sława nakreśliła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.