Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X
DRUGIE PRZEDSTAWIENIE „SĄDU PARYSA“

Ale rozpęd Hoffmana nie zawiódł go daleko. Zatrzymał się na rogu ulicy S. Marcina.
Pierś jego dyszała, z czoła lał się pot.
Przeciągnął lewą ręką po czole, prawą przycisnął do serca i odetchnął.
W tej chwili ktoś dotknął jego ramienia. Drgnął.
— Ah! Ależ to on — odezwał się jakiś głos.
Obejrzał się i krzyknął.
Był to jego przyjaciel, Zacharjasz Werner.
Dwaj młodzieńcy rzucili się sobie w objęcia.
Potem skrzyżowały się dwa ich zapytania:
— Co ty tu robisz?
— Dokąd idziesz?
— Ja przybyłem wczoraj — rzekł Hoffman — widziałem gilotynowaną panią Dubarry, i dla rozrywki poszedłem do teatru.
— Ja zaś przybyłem pół roku temu, widzę gilotynowanych codzień dwadzieścia do dwudziestu pięciu osób, a dla rozrywki chodzę grać.
— O!
— Czy pójdziesz ze miną?
— Nie, dziękuję.
— Szkoda, jestem przy wenie; przy twem zwykłem szczęściu zrobiłbyś majątek. Musisz się piekielne nudzić w Operze, ty, coś nawykł do muzyki prawdziwej; pójdź ze mną dam ci posłyszeć wspaniałą.
— Muzykę?
— Tak, muzykę złotą; nie licząc, że tam gdzie ja chodzę, łączą się wszystkie przyjemności: kobiety urocze, wieczerze doskonałe, gra zawzięta!
— Dziękuję ci, mój drogi, niepodobna! Przyrzekłem, więcej — przysiągłem.
— Komu?
— Antonji.
— Widziałeś ją więc?
— Kocham ją, mój drogi, wielbię.
— Aha! teraz rozumiem twoje opóźnienie. I przysiągłeś jej...
— Nie grać, i...
Hoffman zaciął się.
— Cóż jeszcze więcej? — zapytał Werner.
— I pozostać jej wiernym — przebąkał Hoffman.
— To nie chodź pod nr. 113.
— Cóż jest nr. 113?
— To dom, o którym tylko co mówiłem. Ja, ponieważ nic nikomu nie przysięgałem, idę tam. Dowidzenia, Teodorze.
— Do widzenia, Zacharjaszu.
I Werner oddalił się, a Hoffman stał przykuty do miejsca.
Kiedy Werner był już o sto kroków, przypomniał sobie Hoffman, że zaniedbał zapytać go o adres, a za jedyną wskazówkę pozostał mu numer domu gry.
Ale ten adres zapisał się w mózgu Hoffmana jak nade drzwiami złowrogiego miasta, cyfrą ognistą!
Jednakże to, co się stało, uśmierzyło nieco wyrzuty Hoffmana. Natura ludzka jest taka, że zawsze pobłaża sobie, a to stąd, iż pobłażanie jej, to egoizm.
Poświęcił grę dla Antonji i uważał, że się dostatecznie wywiązał z przysięgi zapominając, iż gotowy był zupełnie uchybić ważniejszej połowie tej przysięgi, że stał tam przygwożdżony na rogu bulwaru i ulicy Św. Marcina.
Ale, jak rzekłem, opór jego co do Wernera uczynił go pobłażliwym co do Arsenji. Postanowił więc wybrać drogę środkową i zamiast wejść napowrót do sali Opery, ku czemu parł go ze wszystkich sił czart kusiciel, umyślił czekać u drzwi wychodnej aktorskiej, by ją zobaczyć.
Zanadto znał Hoffman topografję teatrów, by drzwi tych wprędce nie znaleźć. Spostrzegł na ulicy Bondy długi korytarz zaledwie oświetlony, brudny i wilgotny, po którym, niby cienie snuli się ludzie plugawo ubrani, i poznał, że temi to drzwiami wchodzili i wychodzili biedni śmiertelnicy, których czerwienidło, bielidło, gazy, jedwabie i szychy przemieniały na bogów i boginie.
Czas upływał, śnieg padał, ale Hoffman tak był wzburzony przez to dziwne zjawisko, mające coś nadprzyrodzonego, że nie uczuwał tego wrażenia zimna, jakie zdawało się ścigać przechodzących. Daremnie para buchająca mu z ust zamieniła się na drobinki prawie stałe, ręce jego niemniej były rozpalone, a czoło wilgotne. Co większa, oparty o mur, stał tam nieruchomy, z oczyma zwróconemi na korytarz, tak, że śnieg spadający w coraz gęstszych płatach, zwolna okrywał młodzieńca, niby prześcieradłem, a z młodego studenta w małej czapeczce i surducie niemieckim, tworzył pomału posąg marmurowy.
Nareszcie przez to vomitorium zaczęli wychodzić pierwsi oswobodzeni ze sceny, to jest straż wieczorna, potem maszyniści, potem cała ta ludność bezimienna żyjąca z teatru, dalej artyści mężczyźni nie tak długo przebierający się jak kobiety, nareszcie kobiety, a między niemi i piękna tancerka, którą Hoffman poznał nietylko po ślicznej twarzyczce, ale i po tym giętkim ruchu bioder należącym tylko do niej, oraz po tym aksamitnym naszyjniku otaczającym jej szyję, na którym iskrzył dziwny klejnot, który się stał modny przez teroryzm.
Zaledwie Arsenja ukazała się na progu drzwi, i nim Hoffman zdążył się poruszyć, szybko zajechała kareta, drzwiczki się otworzyły, dziewczyna wskoczyła tak lekko, jakby jeszcze bujała po teatrze. Za szybą ukazał się cień, — jak poznał zaraz Hoffman, — cień człowieka z przedscenia, który to cień przyjął młodą nimfę w swe objęcia; potem, choć żaden głos nie wskazał woźnicy dokąd ma jechać, kareta ruszyła cwałem.
Wszystko to, co tu mówimy, przemknęło jak błyskawica.
Hoffman wydał jakiś okrzyk na widok umykającego powozu, oderwał się od muru jak statua od niszy, i strząsając ruchem śnieg, jakim był okryty, puścił się za powozem.
Ale ten, porwany dwoma tęgimi końmi, udaremnił jego nierozmyślny pościg.
Dopóki jechał po bulwarze, wszystko szło dobrze; nawet dopóki pędził ulicą Bourbon-Villeneuve, przemianowaną na Neuve-Egalité, szło jeszcze dobrze; ale przybywszy na plac Zwycięstwa, skręcił na prawo i znikł z oczu Hoffmana.
Nie podtrzymywany ani łoskotem, ani wzrokiem, bieg młodzieńca osłabł; chwilę zatrzymał się na ulicy, oparł o mur dla nabrania oddechu, potem, nie widząc i nie słysząc już nic, pomiarkował, że czas wracać do domu.
Nie łatwem było Hoffmanowi zadaniem wydobyć się z tego labiryntu ulic, tworzących sieć prawie nie przebitą od kościoła Ś-go Eustachego do placu Żelaznego. Nareszcie dzięki licznym patrolom obchodzącym ulice, dzięki dobrze legalizowanemu paszportowi i dowodowi rogatkowemu, iż przybył dopiero wczoraj, otrzymał od milicji obywatelskiej tak dokładne informacje, że dotarł do swego pokoiku, w którym zamknął się niby to sam, ale w istocie rzeczy z gorącem wspomnieniem wszystkiego co się stało.
Od tej chwili Hoffman stał się widoczną pastwą dwóch wizji, z których jedna zacierała się powoli, druga nabywała kształtów coraz wyraźniejszych.
Wizją zacierającą się była blada i rozczochrana postać pani Dubarry, ciągniona z Conciergérie na wózek, a z wózka na rusztowanie.
Wizją wyróżniającą była ożywiona i uśmiechliwa postać pięknej tancerki, skacząca z głębi sceny pod poręcz kinkietową, wirująca od poręczy do obu przedsceni.
Hoffman wysilał się, aby odegrać tę wizję. Wydobył z walizy skrzypce z puzdra i grał; zażądał pióra i atramentu, i pisał wiersze. Ale wiersze te były na pochwały Arsenji; melodja była tą, przy której ukazała mu się ona, i której skoczne tony unosiły ją w górę, tak, jakby same miały skrzydła; nareszcie szkice jakie tworzył, przedstawiały jej portret z tym samym aksamitnym naszyjnikiem, dziwną ozdobą umocowaną na szyi Arsenji i dziwniejszą jeszcze spinką.
Przez całą noc, przez cały dzień następny, przez całą noc i dzień trzeci zkolei, Hoffman widział rzecz jedną tylko, a raczej dwie: z jednej strony fantastyczną tancerkę, z drugiej niemniej fantastycznego doktora. Pomiędzy obojgiem była taka łączność, że Hoffman nie rozumiał jednej z tych istot bez drugiej. Nie orkiestra też brzmiała w uszach jego podczas tej halucynacji wyobrażającej mu wciąż bujającą Arsenję, ale podśpiewywanie doktora, bębnienie jego palców po hebanowej tabakierce; potem, od czasu do czasu migał przed iskrami, — ten podwójny promień tryskający z tabakierki doktora i z naszyjnika tancerki. Odczuwał ten sympatyczny przepływ od tej djamentowej gilotyny do owej djamentowej trupiej główki; odczuwał siłę oczu lekarza, które zdawały się według woli przyciągać i odpychać uroczą tancerkę, jak oko węża przyciąga i odpycha ptaka, którego obezwładnia.
Dwadzieścia, sto, tysiąc razy Hoffman zabierał się pójść raz jeszcze do Opery; ale dopóki godzina nie nadeszła, przyrzekł sobie nie ulegać pokusie. Pokusę tę wreszcie tłumił wszelkiemi sposobami, uciekając się zrazu do medaljonu Antonji, a potem probując pisać do niej. Ale portret Antonji zdawał się przybierać oblicze tak smutne, że Hoffman zamykał go prawie natychmiast po otworzeniu; a pierwsze wiersze każdego zaczynanego listu były tak kłopotliwe, że z dziesięć ich zdarł, nim doszedł do trzeciej części pierwszej stronicy.
Nareszcie upłynął ten dzień trzeci; zbliżyło się otwarcie teatru, uderzyła godzina siódma, i na tę ostatnią odezwę, Hoffman pchnięty jakby mimowolnie, pędem zbiegł ze schodów i rzucił się w kierunku ulicy Ś-go Marcina.
Na ten raz, nie pytając nikogo o drogę, jakby ją niewidzialny mu wskazywał przewodnik, mniej niż w kwadrans przybył do drzwi Opery.
Ale, rzecz dziwna, drzwi te odmiennie niż przed dwoma dniami, nie były oblężone przez widzów, czy to, że zaszedł nieznany Hoffmanowi wypadek, który mniej przyciągającem uczynił dla widzów widowisko, czy, że widzowie byli już we wnętrzu teatru.
Hoffman rzucił swoje sześć franków kasjerce, otrzymał bilet i wszedł do sali.
Lecz widok jej był zgoła odmienny. Najprzód, zajęta była zaledwie w połowie; dalej, na miejscu tych kobiet uroczych, tych mężczyzn eleganckich, jak przedtem, widział tylko kobiety w kaftanach, a mężczyzny w karmaniolach; żadnych klejnotów, kwiatów, obnażonych łon, któreby się wznosiły i opadały w rozkosznej atmosferze teatrów arystokratycznych. Czapki tylko okrągłe i czapki czerwone, ozdabiane narodowemi kokardami; ciemne barwy odzieży, mgła smutna na twarzach; a przytem wszystkiem, po obu stronach sali dwa biusty ohydne, dwa oblicza wykrzywione, jedno śmiechem, drugie boleścią — słowem, biusty Woltera i Marata.
Nareszcie, w przedsceniu otwór zaledwie oświetlony, nawa ponura i pusta. Jaskinia została, ale nie było lwa.
Były dwa miejsca próżne w orkiestrze, jedno obok drugiego; Hoffman usiadł na tem samem co poprzednio. Na drugiem siedział poprzednio doktór, ale teraz było puste.
Podczas pierwszego aktu Hoffman nie uważał wcale, ani na orkiestrę, ani na aktorów. Znał tę orkiestrę już i ocenił na pierwszem przedstawieniu. Aktorzy obchodzili go mało, nie dla nich tu przyszedł, lecz dla Arsenji.
Zasłona otwarła się na akt drugi i rozpoczął się balet.
Cała umysłowość, cała dusza, całe serce młodzieńca pozostały w zawieszeniu. Czekał na wyjście Arsenji.
Naraz Hoffman krzyknął. Już nie Arsenja wykonywała rolę Flory. Była to kobieta obca, kobieta jak inne!
Wszystkie żyły tego wzburzonego ciała wyciągnęły się; Hoffman opadł wtył krzesła, wydając długie westchnienie i spojrzał dokoła siebie.
Czarny człowieczek siedział na swem miejscu poprzedniem; tylko nie miał już brylantowych sprzączek, brylantowych pierścieni, brylantowej tabakierki z trupią główką.
Jego sprzączki były miedziane, pierścienie z fałszywego srebra, tabakierka ze srebra matowego. Nie podśpiewywał dziś, nie wybijał taktu.
Jak on tu się zjawił? Hoffman nie wiedział nic, nie widział go ani wchodzącego ani przechodzącego.
— Oh! panie! — zawołał Hoffman.
— Proszę mówić: obywatelu, mój młodzieńcze, a nawet, mów mi poprostu — ty... jeżeli można — odparł czarny człowieczek — inaczej, można narazić głowę i swoją i moją.
— Ale gdzie ona jest? — zapytał Hoffman.
— Ha! otóż to... Gdzie ona jest? Widać, jej tygrys, nie spuszczający z niej oczu, dostrzegł że onegdaj korespondowała z pewnym młodzieńcem z orkiestry. Widać, że młodzieniec ten biegł za karetą; tak, że od wczoraj zerwał umowę Arsenji i Arsenja nie jest już w teatrze.
— A jakżeż dyrektor mógł pozwolić?...
— Mój młody przyjacielu, dyrektorowi chodzi o utrzymanie głowy na karku, choć ta głowa wcale nieszczególna; ale on utrzymuje, że się z nią już oswoił, a inna możeby się nie przyczepiła.
— Ah! i to dlatego sala wygląda tak smutno! — zawołał Hoffman. — Dlatego to niema już ani kwiatów ani pierścieni i brylantowej tabakierki! Dlatego to po obu stronach sali niema biustów Apollina i Terpsychory, ale te dwa przebrzydłe popiersia. Phh!
— Lecz cóż mi to mówicie, obywatelu? — odezwał się doktór — gdzieżeście to widzieli taką salę jak opisujecie? Kiedyście widzieli u mnie brylantowe pierścienie, brylantowe tabakierki? gdzieście nareszcie widzieli popiersie Apollina i Terpsychory? Ależ już dwa lata temu jak kwiaty nie kwitną, jak brylanty na ołtarzu ojczyzny. A co do mnie, nie miałem nigdy innych, tylko te miedziane, innych pierścieni, tylko ten lichy pozłacany, innej tabakierki tylko tę srebrną. — Co do popiersi Apollina i Terpsychory, stały one tu dawniej, ale przyjaciele ludzkości wpadli, stłukli popiersie Apollina i zastąpili je popiersiem apostoła Woltera, przyjaciele ludu wpadli, stłukli popiersie Terpsychory i na jego miejsce postawili boga Marata.
— O! — zawołał Hoffman — to niepodobna. Mówię panu, że onegdaj widziałem salę woniejącą, błyszczącą świetnemi strojami, iskrzącą się od brylantów, wytwornych mężczyzn, na miejsce tych śledziarek w kaftanach i tych capów w karmaniolach. Mówię, że pan miałeś brylantowe sprzączki u trzewików, brylantowe pierścienie na palcach, brylantową trupią główkę na tabakierce; mówię że...
— A ja ci zkolei mówię, młodzieńcze — rzekł czarny człowieczek — że onegdaj ona była tu; mówię ci, że obecność jej iluzjowała wszystko, mówię ci, że pod jej oddechem wyrastały róże, błyszczały djamenty twojej wyobraźni; mówię ci, młodzieńcze, że ją kochasz szalenie i że widziałeś salę poprzez miłości swój pryzmat. Arsenji dziś tu niema, serce twe zamarło, oczy odczarowały, i widzisz barchan, perkal, grube sukno, czerwone czapki, brudne ręce i nieczyste włosy. Widzisz, słowem, świat takim jaki jest, rzeczy takie, jakie są.
— Oh, mój Boże — wybuchnął Hoffman z głową opuszczoną na ręce — prawdaż jest to wszystko, a ja takżem obłąkania bliski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.