Strona:PL Dumas - Kobieta o aksamitnym naszyjniku.pdf/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dopóki pędził ulicą Boubon-Villeneuve, przemianowaną na Neuve-Egalité, szło jeszcze dobrze; ale przybywszy na plac Zwycięstwa, skręcił na prawo i znikł z oczu Hoffmana.
Nie podtrzymywany ani łoskotem, ani wzrokiem, bieg młodzieńca osłabł; chwilę zatrzymał się na ulicy, oparł o mur dla nabrania oddechu, potem, nie widząc i nie słysząc już nic, pomiarkował, że czas wracać do domu.
Nie łatwem było Hoffmanowi zadaniem wydobyć się z tego labiryntu ulic, tworzących sieć prawie nie przebitą od kościoła Ś-go Eustachego do placu Żelaznego. Nareszcie dzięki licznym patrolom obchodzącym ulice, dzięki dobrze legalizowanemu paszportowi i dowodowi rogatkowemu, iż przybył dopiero wczoraj, otrzymał od milicji obywatelskiej tak dokładne informacje, że dotarł do swego pokoiku, w którym zamknął się niby to sam, ale w istocie rzeczy z gorącem wspomnieniem wszystkiego co się stało.
Od tej chwili Hoffman stał się widoczną pastwą dwóch wizji, z których jedna zacierała się powoli, druga nabywała kształtów coraz wyraźniejszych.
Wizją zacierającą się była blada i rozczochrana postać pani Dubarry, ciągniona z Conciergérie na wózek, a z wózka na rusztowanie.
Wizją wyróżniającą była ożywiona i uśmiechliwa postać pięknej tancerki, skacząca z głębi sceny pod poręcz kinkietową, wirująca od poręczy do obu przedsceni.
Hoffman wysilał się, aby odegrać tę wizję. Wydobył z walizy skrzypce z puzdra i grał; zażądał pióra i atramentu, i pisał wiersze. Ale wiersze te były na pochwały Arsenji; melodja była tą, przy której ukazała mu się ona, i której skoczne tony unosiły ją w górę, tak, jakby same miały skrzydła; nareszcie szkice jakie tworzył, przedstawiały jej portret z tym samym aksamitnym naszyjnikiem, dziwną ozdobą umocowaną na szyi Arsenji i dziwniejszą jeszcze spinką.
Przez całą noc, przez cały dzień następny, przez całą noc i dzień trzeci zkolei, Hoffman widział rzecz jedną tylko, a raczej dwie: z jednej strony fantastyczną tancerkę, z drugiej niemniej fantastycznego doktora. Pomiędzy obojgiem była taka łączność, że Hoffman nie rozumiał jednej z tych istot bez drugiej. Nie orkiestra też