Kościół a Rzeczpospolita/Rozdział trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Kościół a Rzeczpospolita
Wydanie wznowione
Data powstania 1904
Data wydania cop. 1911
Wydawnictwo „Życie“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Aleksander Sulkiewicz
Tytuł orygin. L’Église et la République
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



RODZIAŁ TRZECI.
O działalności kościoła we Francji
od roku 1897 do 1899.

Roku 1897 poruszyła kraj sprawa, która dotyczyła armji pod względem administracyjnym i sądowym. Z punktu widzenia namitności, które wzbudziła, porównać ją można jedynie z bullą Unigenitus, ogłoszoną sto siedemdziesiąt cztery lat wprzódy, a która była również, zaznaczam to z przyjemnością, wyrazem sporu Francuzów na temat sprawiedliwości i niesprawiedliwości. W sprawie Dreyfusa, wywołanej przez wyrok tajny, tkwiło to niebezpieczeństwo, że tajemnica, którą ją otoczono, sprzyjała kłamstwu. U jej źrodła znajdujemy antisemitów, obrabiających od pewnego czasu spokojną Francję. I byłoby to powodem zdziwienia, że w czasach spokojnych, w łonie narodu miłego i tolerancyjnego znaleźli się ludzie, budzący dawne nienawiści rasowe i wojny religijne, gdyby nie wiedziano, skąd pochodzą ci ludzie, i gdyby nie rozpoznano w nich wysłańców kościoła rzymskiego. Do antisemitów przyłączyło się wkrótce stronnictwo liczne, stronnictwo Czarne, które w salonach, na przedmieściach, po wsiach rozpowszechniało słuchy złowieszcze, naszeptywało wieści alarmujące, mówiło o spisku i o zdradzie, niepokoiło patryjotyzm i bezpieczeństwo narodowe, przepajało naród przez czas długi obawą i gniewem. Nie pokazywało się ono jeszcze na światło dzienne i tworzyło w cieniu masę ogromną i zmieszaną, w której domyślać się można było pewnego podobieństwa z habitami pancernemi mnichów Ligi. Lecz gdy zjednoczyło wszystkie siły kontrrewolucyjne, gdy przyciągnęło do siebie niezliczonych malkontentów Rzeczypospolitej, gdy podniosło wreszcie przed sobą wszystko, co tylko może porwać pyłu ludzkiego nagły podmuch opinji, wzniosła swe czoło pstre i olbrzymie i przyjęło błyszczącą nazwę Nacjonalizmu.
Łatwowierność tłumów jest nieskończona. Uwiedziony i wściekły lud ogromnemi masami rzucił się w pułapkę antisemitów. A przywódcy opinji republikańskiej w zbyt wielkiej liczbie poszli za nim, ze smutkiem w duszy. Okres prawodawczy kończył się w głuchym niepokoju, w milczeniu rządu, który padł ofiarą, lub stał się wspólnikiem stronnictwa Czarnego, i z pośród którego nacjonaliści wzięli zakładników. Wobec zbliżających się wyborów, mnichy odsłoniły przyłbicę. Nie dlatego, aby miały stracić cierpliwość. Cierpliwości nie brak nigdy duchownym. Lecz wyzbyto się wszelkiej ostrożności, jako bagażu kłopotliwego i rzucono się z wściekłością w wir walki politycznej. Cała milicja rzymska poszła do ataku. Kongregacje nieuprawomocnione, czując się bardziej swobodnemi, działały najśmielej. Akcja ich była przygotowana oddawna. We wszystkich sprawach kościelnych znajdujemy wytrwałość i konsekwencję. Aby zdobyć władzę świecką we Francji, kościół wolał od lat kilku posiłkować się organizacjami wolnemi, kongregacjami nieuznanemi. A liczba ich wzrastała bez przerwy w zalanej niemi Francji.
Przy tej sposobności, ujrzano znowu tych wrogów dawnych władz świeckich, tych Ojczulków zewsząd wyganianych i znajdujących się wszędzie: jezuitów, o których mówił adwokat Pasquier za czasów Henryka IV, że dążą tylko do zniszczenia państwa, jezuitów, tych „pierwszych podżegaczy“ W naszych zamieszkach. — Że oni to kierowali akcją antisemitów na początku sprawy Dreyfusa — nie ulega wątpliwości. Chwytamy ich później na gorącym uczynku intrygowania w biurach ministerjum wojny, by uratować nieszczęśliwców, którzy oblewali się krwawym potem, by zdusić prawdę. Ale też jezuici mieli w tym święty interes. Liczyli na sprawę, by zatrzeć przestępstwo Zgromadzenia Ustawodawczego, i mieli nadzieję, że zdrada Żyda zmusi Francję oburzoną i przestraszoną do odebrania Żydom i protestantom praw obywatelskich i do przywrócenia W ten sposób w swym prawodawstwie jedności na korzyść katolików rzymskich. Jak się zdaje, ukrywali zamiary swoje z mniejszą starannością, niż zwykle. Być może mniej okazał się zdolnym do udawania O. Du Lac, lub też byli zbyt pewni powodzenia, mając tym razem za spólników własnych swych wrogów, tłum cały wolnomyślicieli i republikanów.
Zakon św. Dominika, założony w celu zwalczania herezji, okazał się wiernym swej misji pierwotnej. Kaznodzieje jego ciskali gromy z ambon, wywołując wielkie wzburzenie i zachowując zarazem pewne środki ostrożności. Zaczęli od tego, że wyrazili swe zadowolenie z Rzeczypospolitej, oczekując wiele od ministerjum Meline'a. Pewien braciszek-kaznodzieja O. Maumus powiedział to wyraźnie w książce swej o „Katolikach i wolnościach politycznych”: „Polityka gabinetu, o ile zwycięży, będzie nieskończenie bardziej korzystna dla kościoła, niż powrót do ustroju dawnego”.
Wszakże, z wysiłkiem większym, niż bractwo Jezusowe i niż bracia każący, pracowali dla świętej rewolucji assompcjoniści. Był to zakon nowy, założony koło r. 1850. W zachowaniu się swym byli surowi i brutalni, o obyczajach chłopskich. Mówili o sobie, że są ubodzy, bardzo ubodzy i że, jak ptacy niebiescy, oczekują codzień ziarna. A posiadali czternaście domów z kapitałem obrotowym, wynoszącym miljon i więcej. Dane ścisłe o nich znaleźć można w sprawozdaniu z procesu, który został im wytoczony. Zbogacili się, sprzedając cuda św. Antoniego. Wiadomo, co nizka dewocja współczesna uczyniła z tego franciszkanina, pełnego odwagi i miłosierdzia, który w wieku surowym i ciemnym życie swe poświęcił obronie ubogich przed skąpstwem biskupów i okrutnością książąt. Dziś, za pośrednictwem assompcjonistów i za uczciwym wynagrodzeniem odszukuje zgubione przedmioty i nie tylko pieniądze, klejnoty i klucze. Znam w Bordeaux pewnego kamienicznika, któremu pomógł znaleźć lokatora, i pewną, damę, której pomógł znaleźć nową miłość. Aby wyzyskać sprawę Dreyfusa, założyli własny dziennik La Croix, redagowany w stylu O. Duchesne'a, i któremu za winietę, zamiast „handlarza pieców kuchennych” [1], służył Chrystus na krzyżu: symbol ten dla otumanienia prostych umysłów nadawał cech świątobliwości budującej i majestatu form liturgicznych brudnym wymysłom i oszczerstwom wstrętnym. Wkrótce takie Croix zaczęły wychodzić we wszystkich departamentach, rozpowszechniając po wsiach wraz z wizerunkiem Chrystusa kłamstwo i potwarz. Z drukarni ich, zwanej „Domem Dobrej Prasy”, wychodziła masa przeglądów, kalendarzy, broszur agitacyjnych, religijnych i politycznych. Założyli wiele instytucji, założyli bractwa dla popierania kupców katolickich i dla zmuszenia przez głód do pobożności drobnych sklepikarzy; założyli stowarzyszenia rycerskie, których członkowie składali w ich ręce przysięgę posłuszeństwa i otrzymywali dyplomy, podpisane na ołtarzu; założyli instytucję wyborczą katolicką, która następnie przyjęła nazwę „Komitetu sprawiedliwości i równości”, a która miała na celu branie bezpośredniego udziału we wszelkich wyborach miejskich, kantonalnych, parlamentarnych i na prezydenta Rzeczypospolitej oraz zwalczanie w ten sposób niewiernych, jako średniowieczni krzyżowcy zwalczali muzułmanów. „Mieli — powiada Waldeck-Rousseau — w każdej gminie agiencję swoją i agienta, by prowadzić rachunek bieżący z wyborów”. Zbierali „grosz mniszek dla wojny świętej”. Dziewięćdziesiąt sześć klubów katolickich, dzieło N. M. P. Wojskowej, które rozporządzało budżetem, dochodzącym do półtora miljona franków, przyłączyło się do tych mnichów.
Republikańscy członkowie parlamentu, nie umiejący stanąć w porę między swemi wyborcami a nacjonalistami i pozwalający antisemityzmowi zawładnąć opinją, publiczną za pomocą kłamstw, które bali się zwalczać, patrzyli ze zdziwieniem i niepokojem na rozpoczęcie walki przez armję Czarną. Leon Bourgeois w mowie, wypowiedzianej w Izbie dnia 16 listopada roku 1897, zwrócił uwagę na rosnącą śmiałość kongregacji, wskazał z przerażeniem wszechpotęgę wpływu katolickiego w armji, opowiedział, jak w miastach garnizonowych oficerowie zmuszeni są chodzić na msze, by nie stracić możności awansowania i posyłać swe dzieci na naukę do zakonników, którzy wychowują je w nienawiści i pogardzie dla władzy cywilnej. Izba uchwaliła rozklejenie afiszów z mową Bourgeois po całej Francji. Lecz jakim szaleństwem było sądzić, że można będzie dać sobie rady z mnichami, ukrytemi poza zbrodniami sztabu gieneralnego, nie wyrzuciwszy ich uprzednio z niezdobytych szańców kłamstwa! Chciano skończyć z kongregacjami uzbrojonemi, a nie śmiano nawet spojrzeć wprost na ich potężną maszynę wojenną — sprawę Dreyfusa! Śmiałość mnichów, która zdawała się być doprowadzona do krańców, wzrosła. Podburzali i ogłupiali nieokreślone masy obietnicami zwodnemi i grubym oszustwem. Brali udział w spiskach rojalistycznych, mniej dążąc do niemożliwego przywrócenia tronu pretendentowi, niż do wprowadzenia dyktatury wojskowej i zorganizowania siły materjalnej, której byliby duszą. Mieszali się do zaburzeń ulicznych, wynajmowali buntowników. Wieczór nie przechodził, by w Paryżu na bulwarach nie przeciągały bandy młodych kamelotów, krzyczących „Niech żyje armja!” — na korzyść kościoła rzymskiego.
Wybory odbyły się prawie wszędzie, mając za platformę sprawę Dreyfusa, przy niesłychanym tumulcie groźb i obelg, i jeśli nie popłynęła krew, to tylko dlatego, że w charakterze francuskim tkwi pewne umiarkowanie, które nie rychło wyczerpuje się. Republikanie z trudem odnieśli zwycięstwo po walce poniżającej pod gradem obelg i oszczerstw, utraciwszy kilku ze swych przywódców i pozostawiwszy w pewnych okręgach przewagę swym gwałtownym przeciwnikom.
Niebezpieczeństwo stało się jawnym. Republikanie w parlamencie widzieli je, lecz nie odkryli jeszcze, nie chcieli odkryć powodu bezpośredniego swej słabości i swego poniżenia. Nie czuli jeszcze prawdy, zawartej w słowach silnych, wypowiedzianych przez jednego z nich, gdy odmawiał przyjęcia kandydatury na posła, której warunkiem było milczenie w sprawie Dreyfusa: „Stronnictwo Wielkie, jakim jest partja republikańska — powiedział Maurice Leben — nie może pozwolić bezkarnie na gwałcenie wyższych zasad prawa i sprawiedliwości, nie tracąc zarazem w ten sposób wszelkiej racji bytu”. Pomimo wysiłków niektórych ludzi, jak Ranc, Jaurès, Clémenceau, Trarieux, Pressensé, partji Czarnej udało się utrzymać jedność republikanów i nacjonalistów w sprawie Dreyfusa. To było najważniejsze, albowiem, jak długo trwała ta zgoda, jasnym było, że republikanie, trzymający w rękach władzę, będą działali na korzyść swych wrogów i pomimowoli staną się sojusznikami mnichów. To też, gdy głowa rządu, który ich wiódł z wytrwałością niezwalczoną do ruiny politycznej i moralnej, i którego nie śmieli ani zwalczać ani podtrzymywać, padł, i gdy zarząd spraw publicznych przeszedł w ręce starego, pełnego godności republikanina Henryka Brissona, ten stały wróg kongregacji był zmuszony dzielić swą władzę z nacjonalistami i powierzyć ich człowiekowi Cavaignacowi tekę ministerjum wojny, w którym pracowali członkowie kongregacji. Mnisi pełni byli nadziei. Mieli Sprawę, tę szczęsną Sprawę, którą, jak myśleli, sam Bóg wywołał, by przywrócić Francję wierze katolickiej. Jeden z nich, O. Didon z zakonu św. Dominika, kierownik szkoły Alberta Wielkiego, podczas rozdawnictwa nagród, któremu przewodniczył wódz naczelny armji Jamont, wypowiedział mowę gwałtowna i scholastyczną, w której z ogniem św. Piotra Męczennika a filozofją św. Tomasza z Akwinu wzywał siły przeciw ludziom, winnym jedynie tego, że myślą w pewien sposób i mają, pewne poglądy, co, zgodnie z doktryną, katolicka, jest istotnie godne potępienia w rzeczach wiary. A cóż nie jest rzeczą wiary, odkąd papież nieomylny wypowiedział się w sprawie obyczajów, jak i w kwestji dogmatów? Uprzedzał rząd, że, tolerując ten nieład, czyni się jego spólnikiem, zapowiadał krwawe represje tym, którzy będą napadali na armję, przez co on sam rozumiał napaść słowem i piórem, i co było w istocie jedynie szlachetnym wykazywaniem omyłki sądowej. Wreszcie, głosił podporządkowanie władzy cywilnej władzy wojskowej, zmuszając w ten sposób ramię świeckie do bezpośredniego posłuszeństwa względem władzy duchownej.
„Czyż należy — wołał ten mnich wymowny — czyż należy pozostawić wolność czynu ludziom złym? Nie, zaiste! Gdy nie pomogła perswazja, gdy miłość okazała się bezsilną, należy uzbroić się w siłę karzacą, potrząsnąć mieczem, teroryzować, karać, uderzać; trzeba narzucić sprawiedliwość. Użycie siły w tym wypadku jest nie tylko dozwolone i uprawnione, lecz staje się obowiązkiem. A siła, użyta w ten sposób, przestaje być potęgą brutalną: staje się energją dobroczynną i świętą.
„Sztuka najwyższą rządu jest dokładne poznanie godziny, gdy tolerancja staje się spólnictwem występku. Biada tym, którzy na swą słabość zbrodniczą kładą maskę legalności niedostatecznej, tym, którzy pozwalają mieczowi stępić się, tym, których dobroć staje się dobrodusznością! Kraj, wydany na pastwę wszelkich niepokojów, odrzuci ich precz z pogardą, nie chcieli bowiem nawet za cenę krwi bronić go i zbawić.
„...To też, panowie, Francja zachowuje swą armję i dba o nią, jako o swój skarb święty: żywi kult jej, i gniew jej byłby straszny, a represalja krwawe przeciw świętokradcom, którzy byliby się ośmielili na tę armję napadać. Wbrew intelektualizmowi, który wyznaje pogardę siły, wbrew nadużyciom wolności szalonej, która niecierpliwi się i burzy przeciw sile, wbrew pretensjom cywilizmu, jeśli wolno mi użyć tego słowa barbarzyńskiego, który pragnie poddać pod swą władzę wojskowość, wbrew kosmopolityzmowi, który nie uznaje praw ludzkości, zgrupowanej wolą Opatrzności i naturą rzeczy w narody oddzielne, wbrew wszelkim sofizmatom, zboczeniom umysłów niezrównoważonych, wbrew wszelkim ofiarom, które pociąga za sobą utrzymanie każdego wojska narodowego, Francja chce swej armji, chce ją mieć potężną, niezwyciężoną i pokłada w niej swe najdroższe, najszczytniejsze nadzieje...”
Z wściekłością okrutną słowa te wyrażają całą doktrynę; potępiają wolności polityczne i wolność myślenia. Jest to proklamacja Syllabusa w wezwaniu do wojny domowej. Wódz naczelny wojsk francuzkich w milczeniu wysłuchał słów mnicha, wzywającego żołnierzy do buntu i rzezi. W ten sposób i tym razem jeszcze biała suknia Lacordaire’a okazała się symbolem wolności, wolności teokracji, zagwarantowanej przez szpadę Francji. Ministerjum Brisson’a trwało krótko. Tylko energji swego premjera miało do zawdzięczenia, że trwało dość długo, by móc spełnić swój obowiązek i rozpocząć rewizję procesu r. 1894, która okazała się konieczną po wyznaniach i samobójstwie pułkownika Henry’ego.
Słów brak, by opisać ministerjum Dupuy, które nastąpiło potym. Był to chaos, ruina, przepaść. Rzeczpospolita szła, kędy ją niosła Sprawa, którą wyciem budzili nacjonaliści, porwani przez bandy rzymskie. Rządziły wówczas w miastach pałki i sztylety, i laska arystokratyczna zgniotła kapelusz prezydenta Loubet’a.
Republikanie poczęli głęboko zastanawiać się i ujrzeli, że zło, które nagle przeszło w stan ostry, jest chorobą głuchą i głęboką, chorobą dawną, której początki znaleźli w prawie z d. 15 marca roku 1850. Jakkolwiek w znacznej części to ostatnie było już zniesione, skutki jego trwały i nie przestawały działać coraz szerzej. Istotnie, posiadało ono, to prawo Falloux cechę, którą rzadko miewają prawa do tego stopnia — skuteczność. Aby je ustanowić, potrzebne były ze strony ultramontanów ówczesnych: rzadka zdolność przewidywania i zręczność szczególna oraz to poczucie ciągłości i trwania, które bardziej niż gdzieindziej znaleźć można w polityce kościoła. Lecz nie byliby osiągnęli celu bez pomocy przeciwników; a pomocy tej nie zabrakło. Otrzymali ją ze strony liberałów, a nie miało to być po raz ostatni. Liberałowie, podobnie jak i inni ludzie, sa, skłonni do obaw. Rewolucja, która zniosła monarchję lipcową, grzmiała jeszcze, a mówcy w klubach wypowiadali przerażające słowa — komunizm i podział. Światła część mieszczaństwa, która niedawno spokojnie pod osłoną władzy wskazywała intrygi jezuitów, rzuciła się w objęcia ultramontanów ze strachu przed czerwonemi. Prawo Falloux jest dzieckiem gorliwości i obawy.
W komisji przygotowawczej ksiądz Dupanloup mówił:
— Sprawa kongregacji jest kwestją sprawiedliwości i cnoty.
Na co stary wolterjańczyk Thiers, zwracając się do kuma Cousin’a, rzekł:
— Cousin, Cousin, ma słuszność ksiądz, zwalczaliśmy sprawiedliwość, zwalczaliśmy cnotę, winniśmy im zadośćuczynienie.
A filozof Cousin zawołał:
— Biegnijmy paść do nóg biskupom!
Prawo to oddawało trzy stopnie nauczania w ręce kościoła i kładło na czole Francji znak obskurantyzmu. Nie tu miejsce przypominać ucisk okrutny, jakiemu podlegało nauczanie wyższe, gdy biskupi łamali łagodnych filozofów ze Szkoły Normalnej. Nie tu miejsce przypominać, że za słowo przeciwne prawomyślności katolickiej strącono Renan’a z katedry Kolegjum Francuskiego. Wystarczy, gdy wskażemy tylko jedno, a mianowicie los, jaki prawo Falloux zgotowało nauczaniu początkowemu i średniemu. W tysiącach gmin szkoły publiczne zostały oddane członkom kongregacji. Ślub posłuszeństwa odnosił zwycięstwo nad dyplomem uzdolnienia, i część ludu utrwalana była w ciemnocie i poddana. dyscyplinie błędu. Jezuici, marjaniści, zawładnąwszy klijentelą szlachecką, przyciągnęli do swych zakładów synów burżuazji bogatej i próżnej, która, pragnąc stać się podobną do szlachty, mogła przynajmniej naśladować ją w przesądach. Oddali się wyłącznie przygotowywaniu dobrych kandydatów do wielkich szkół lądowych i morskich. Uniwersytet jest dobrą matką, lecz gdy wychowankowie oderwali się od jego łona, nie zna ich więcej. Ojcowie natomiast nie opuszczają nigdy swych uczniów. Wielu powiedziało to już przede mną, a zwłaszcza doskonale to określił Józef Reinach [2]. Śledzę, ich w życiu, żenią ich. Pomagają im awansować w armji, w administracji, popierają ich w wielkim handlu, w przemyśle, adwokaturze, medycynie, w karjerze naukowej. Zapewniają sobie w ten sposób sojuszników we wszystkich sprawach społecznych i śród wszystkich organów państwowych. Stanowią olbrzymią agiencję społeczną. Gość pewien, wszedszy do celi o. Du Lac'a, ujrzał na jego stole do pracy jedną tylko książkę: był to „Rocznik Armji” (l'Annuaire de l'Armée).






Przypisy

  1. Nie dający się na polski przetłumaczyć dwuznacznik: Marefiand de fourneaux. „Fourneau“ po francusku „piec kuchenny", a zarazem — głupiec. Przyp. tlum.
  2. Histoire de l’Affaire Dreyfus, 1903, t. III, str. 25.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Aleksander Sulkiewicz.