Klub Pickwicka/Rozdział siedemnasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział siedemnasty.
Wykazuje, że atak reumatyzmu w niektórych wypadkach może pobudzić do czynności twórczych.

Chociaż pan Pickwick mógł wytrzymać wiele pracy i znużenia, nie ostał się jednak skombinowanym atakom nieprzyjaznych wypadków, na jakie ostatecznie naraził się. Niebezpieczna to i niezwykła rzecz moknąć na deszczu w nocy a potem schnąć w zamkniętym gabinecie. Pan Pickwick musiał się więc położyć do łóżka, gdyż uległ napadowi reumatyzmu.
Ale chociaż siły wielkiego męża zmożone były cierpieniem, duch zachował swój dawny wigor. Myślał, jak dawniej, sprężyście a dobry humor powrócił mu. Opuściło go nawet pewne zmieszanie, które wywołała ostatnia przygoda, i z serdecznym śmiechem, bez gniewu i wstydu mógł słuchać aluzyj pana Wardle. Przez dwa dni pan Pickwick był przykuty do swego łóżka a Sam nie odstępował go ani na krok. Pierwszego dnia starał się zabawić swego pana anegdotami i rozmową. Na drugi dzień pan Pickwick zażądał pióra i atramentu i przez cały dzień usilnie nad czemś pracował. Trzeciego dnia, kiedy mógł już siedzieć w łóżku, posłał Sama do pana Trundle i pana Wardle z prośbą, aby, jeśli chcą, wypili wieczorem wino razem z nim. Zaproszenie to przyjęto z przyjemnością, a kiedy goście zasiedli przy winie, pan Pickwick, rumieniąc się raz po raz, odczytał im następujące opowiadanie, które, jak twierdził, stworzył podczas swej niedyspozycji, opierając się na bezpretensjonalnej opowieści Sama.

Zakrystjan.
Opowieść o wiernej miłości.

Żył sobie raz w dość znacznej odległości od Londynu w maleńkiem miasteczku maleńki człowieczek, imieniem Nataniel Pipkin: był on zakrystjanem w tem maleńkiem miasteczku i mieszkał w maleńkim domku, przy malutkiej uliczce, gdzie stał także malutki kościołek. Codziennie od 9 do 4 uczył on małych chłopców. Nataniel Pipkin był nieszkodliwem i dobrodusznem stworzeniem o zadartym nosie i krzywych nogach: miał wadę w oczach i wadę w nogach. Cały czas swój dzielił między kościół i szkołę, i święcie wierzył, że na całej kuli ziemskiej niema nikogo mądrzejszego nad proboszcza, niczego piękniejszego nad zakrystię i nic lepiej zorganizowanego nad jego własną szkołę. Raz tylko jedyny w życiu Nataniel Pipkin widział biskupa, prawdziwego biskupa, z rękoma ukrytemi w szerokich rękawach i z głową okrytą ogromną peruką. Widział, jak biskup chodzi, słyszał, jak biskup mówi, a w czasie konfirmacji, której asystował z niezwykłem przejęciem, biskup położył mu rękę na głowie, co tak biednego Pipkina wzruszyło, że zemdlał i musiano wynieść go z zakrystji.
Było to wielkie zdarzenie, najpotężniejszy przełom w życiu Nataniela Pipkina, jedyny wypadek, który zmącił spokojny bieg jego życia. Aż pewnego razu, kiedy właśnie Nataniel Pipkin zastanawiał się nad rozwiązaniem trudnego dodawania, które zadał pewnemu rozswawolonemu chłopakowi, podniósł swe krzywe oczy wgórę i ujrzał niemi oblicze panny Marji Lobbs, jedynej córki znakomitego siodlarza z przeciwległej strony ulicy. Oczy Pipkina zatrzymywały się na tej cudnej twarzy nieraz już i przedtem, w kościele i na ulicy. Ale oczy Marji Lobbs nigdy nie były tak piękne ani policzki tak hoże, jak podczas tego niezwykłego zdarzenia. Nic więc dziwnego, że Nataniel Pipkin nie mógł oderwać oczu od twarzy panny Lobbs; nic też dziwnego, że panna Lobbs, dostrzegłszy, iż przypatruje jej się młody człowiek, natychmiast cofnęła się z okna i zapuściła żaluzje. Nie można się też dziwić, że Nataniel Pipkin natychmiast rzucił się na zuchwałego chłopca i wytłukł go ile mu tylko podyktowało jego zbolałe serce. Wszystko to jest bardzo naturalne i niema w tem nic dziwnego.
Dziwne jest w tem wszystkiem tylko to, że ani nieśmiałość, ani nerwowość, ani skromne dochody pana Pipkina nie mogły go od tej chwili powstrzymać od starań o rękę i serce jedynej córki dumnego Lobbsa, starego Lobbsa, znakomitego siodlarza, który jednem pociągnięciem pióra mógł kupić całe miasteczko i nigdy nie liczył się z wydatkami! Tego Lobbsa, o którym mówiono, że ma nieprzebrane skarby zamknięte w małej żelaznej szafce, od której klucz zawsze leżał na kominku w bawialni! Tego Lobbsa, który na uroczystych przyjęciach podawał prawdziwy srebrny imbryk, i do tego srebrny dzbanuszek do śmietanki i takąż cukiernicę, i który mówił, że wszystkie te skarby przejdą na tego, kogo wybierze serce jego córki. Powtarzam, że było rzeczą nader zdumiewającą iż Nataniel Pipkin odważył się podnieść wzrok na pannę Lobbs. Ale miłość jest ślepa: zaś Nataniel miał błąd w oczach: i, być może, te dwa fakty razem wzięte przeszkodziły mu widzieć rzeczy we właściwem świetle.
Gdyby Lobbsowi przyszedł choćby cień myśli do głowy, że Pipkin ośmiela się żywić podobne uczucia, rozbiłby w puch pokój szkolny, zmiótł z powierzchni ziemi nauczyciela i uczynił jeszcze wiele tym podobnych a okrutnych rzeczy, które wprost trudno byłoby opisać. Straszny był bowiem stary Lobbs, kiedy obrażono jego dumę i zagrała w nim krew. A umiał kląć! Tak potworne potoki przekleństw wypływały czasami z ust tego człowieka, kiedy wyrzucał lenistwo swemu kościstemu i cienkonogiemu terminatorowi, że Nataniel Pipkin, słysząc to, pocił się ze strachu, a uczniom włosy stawały dęba.
Tak to było. Dzień w dzień, kiedy kończyły się lekcje i uczniowie rozchodzili się, Nataniel Pipkin siadał przy oknie, udawał, że czyta i ukradkiem szukał pięknych oczu Panny Lobbs. Niewiele dni tak spędził, a już owe piękne oczy pojawiały się w oknie, pozornie bardzo zajęte czytaniem. Napełniało to serce Nataniela Pipkina pociechą i rozkoszą. Znaczyło to dla Nataniela Pipkina tyle, że mógł siedzieć tak godzinami i patrzeć na piękną twarzyczkę ze spuszczonemi oczami. Ale rozkosz jego nie miała granic, kiedy te oczy podnosiły się i wysyłały promienie w jego kierunku. Pewnego razu, wiedząc, że stary Lobbs wyszedł, Pipkin odważył się przesłać Marji pocałunek ręką. A Maria Lobbs, zamiast zamknąć okno i zapuścić żaluzje, uśmiechnęła się i przesłała mu również pocałunek. Wobec tego Nataniel postanowił, że, niech się stanie co chce, uczucia swoje zdeklarować musi natychmiast.
Nie było nigdy piękniejszej nóżki, weselszego usposobienia, wdzięczniejszej kibici i powabniejszej twarzyczki wśród wszystkich ziemianek, jak u Marji Lobbs. W jasnych jej oczach były błyski, które dotrzećby potrafiły do serc daleko mniej czułych niż Nataniela Pipkina. A tyle było radości w jej śmiechu, że najzagorzalszy mizantrop musiał się uśmiechnąć. Nawet sam stary Lobbs, w przystępie najbardziej szewskiej pasji, nie mógł ostać się uśmiechom swej córki. A kiedy Marja i kuzynka jej, Kasia, nieznośna, zuchwała ale czarująca osóbka, zawzięły się na starego rymarza, ten nie umiał im niczego odmówić, nawet gdyby zażądały od niego cząstki jego niezmierzonych skarbów, ukrytych przed okiem ludzkiem w żelaznej szafie.
Mocno zabiło serce Nataniela Pipkina, kiedy w parę dni później, przechadzając się po łące, gdzie często samotnie marzył o piękności Marji, ujrzał przed sobą obie piękne dziewczyny. Ale chociaż często postanawiał sobie, że przy pierwszem spotkaniu Marji podbiegnie do niej i oświadczy jej swą gorącą miłość, kiedy teraz ujrzał ją niespodziewanie, poczuł, że cała krew spłynęła mu po twarzy, a niezwykłe drżenie nóg zmieniło mu zwyczajną krzywą ich pozycję. Kiedy dziewczęta zatrzymały się, aby obejrzeć jakiś kwiat polny lub posłuchać śpiewu ptaków, Nataniel udawał, że wpada w zachwyt chociaż nawet i niebardzo udawał. Myślał sobie, co się stanie, kiedy dziewczęta nagle się obrócą, do czego przecież musi dojść, i staną z nim twarzą w twarz. Lecz choć bał się do nich podejść, za nic w świecie nie chciał ich stracić z oczu. Szedł prędzej, kiedy one szły prędzej i zatrzymywał się, kiedy one się zatrzymywały. I chodziliby tak do zmroku, gdyby wkońcu Kasia nie odwróciła się i w zachęcający sposób nie skinęła Natanielowi dłonią. Było coś w zachowaniu Kasi, czemu nie można się oprzeć, wobec tego Nataniel Pipkin przyjął zaproszenie. Po wielu rumieńcach Nataniela i nieopanowanych wybuchach śmiechu zepsutej kuzynki, Nataniel upadł na kolana na zroszoną trawę i oświadczył, że nie wstanie dopóty, dopóki Marja Lobbs nie uzna go za narzeczonego. Wesoły śmiech Marji Lobbs rozbrzmiał w cichem powietrzu wieczornem, zbytnio zresztą jego spokoju nie naruszając, śmiech ten brzmiał tak cudnie; coraz więcej śmiała się też nieznośna kuzyneczka i coraz mocniej rumienił się biedny Nataniel Pipkin. Wreszcie Marja Lobbs, wzruszona miłością małego człowieczka, odwróciła głowę i szepnęła do kuzynki, aby ta powiedziała — a w każdym razie Kasia tak powiedziała — że czuje się bardzo zaszczyconą oświadczynami pana Pipkina. Dodała przytem, że ręką i sercem rozporządza ojciec i że nikt nie może być ślepym na cnoty pana Pipkina. A ponieważ wszystko to było powiedziane bardzo uroczyście i Nataniel Pipkin wracał do domu z Marją Lobbs, a nawet na pożegnanie wywalczył sobie jej pocałunek, poszedł więc spać jako człowiek szczęśliwy i przez całą noc śnił, że udało mu się zmiękczyć starego Lobbsa, otworzyć żelazną szafkę i poślubić Marje.
Następnego dnia Pipkin zobaczył starego Lobbsa wyjeżdżającego na swym szarym koniku. Po wielu rozmaitych znakach w oknie, dawanych przez zepsutą kuzyneczkę, znakach, których pan Pipkin w żaden sposób nie mógł zrozumieć, przybiegł do niego kościsty terminator na cienkich nogach i oznajmił, że stary pan Lobbs wróci dopiero w nocy, zaś panie proszą Pipkina na herbatę o godzinie szóstej. Ani uczniowie ani Nataniel Pipkin nie wiedzą więcej od nas, w jaki sposób dnia tego przeszły lekcje. Jakoś jednak przeszły i kiedy chłopcy się rozeszli, pan Nataniel Pipkin ubierał się do godziny szóstej. Nie można powiedzieć, żeby dużo czasu zabierał mu wybór garnituru, bo właściwie nie było z czego wybierać. Ale najtrudniejszą i najważniejszą rzeczą było włożenie i należyte obciągnięcie tegoż garnituru.
Zebrało się milutkie kółko, złożone z Marji Lobbs, jej kuzynki Kasi i jeszcze trzech czy czterech wesołych i różowych panienek. Nataniel Pipkin mógł się naocznie przekonać, że słuchy o bogactwie starego Lobbsa nie są przesadzone. Podano solidny, z czystego srebra imbryk, takiż dzbanuszek do śmietanki i cukiernicę, łyżeczki z prawdziwego srebra i filiżanki z chińskiej porcelany, a także talerzyki, aby na nie kłaść ciastka i grzanki. Solą w oku dla Pipkina był tylko kuzyn Marji a brat Kasi, nazywany przez Marję „Heniem“. Kuzyn ten starał się zupełnie zagarnąć dla siebie Marję Lobbs i siedział z nią ustawicznie przy jednym końcu stołu. Rozkoszna to rzecz patrzeć na miłość w rodzinie ale i ta miłość może posuwać się zadaleko. Nataniel Pipkin nie mógł zwalczyć w sobie myśli, że Marja Lobbs bardzo musi kochać swoich krewnych, jeżeli jednemu kuzynowi poświęca tyle uwagi. Po herbacie kuzyneczka Kasia zaproponowała grę w ślepą babkę. Z tego czy innego powodu pan Nataniel Pipkin był ciągle „ślepą“, i ilekroć dotknął kuzyna Henia, wyczuwał, że tuż kolo niego znajduje się Marja Lobbs. I chociaż kuzyneczka Kasia, oraz inne dziewczęta, szczypały go, ciągnęły za włosy i robiły mnóstwo innych miłych rzeczy, Marja Lobbs nie zjawiała się nigdy w jego pobliżu. Raz nawet — Nataniel Pipkin usłyszał głos pocałunku — na to mógłby przysiąc. Zaraz potem nastąpiło jakieś lekkie szamotanie się Marji Lobbs i stłumione śmiechy jej przyjaciółek. Wszystko to było przykre, bardzo przykre, i niewiadomo, co zrobiłby Nataniel Pipkin, gdyby nagle coś nie zwróciło wszystkich jego myśli w innym kierunku.
Tą okolicznością, która nadała inny kierunek jego myślom, było głośne stukanie do drzwi wejściowych, a tą osobą, która to czyniła, był stary Lobbs we własnej osobie, który, powróciwszy niespodziewanie, tłukł we drzwi jak stolarz zabijający trumnę: Lobbs był głodny. Gdy tylko ostrokościsty terminator doniósł tę hiobową wieść, natychmiast wszystkie panienki uciekły do sypialni Marji, a Nataniel i kuzynek Henio zostali wepchnięci do szafy, ponieważ nie znaleziono dla nich narazie innego schowka. Marja Lobbs i kuzyneczka Kasia, usunąwszy naprędce nakrycia i doprowadziwszy pokój do porządku, otworzyły drzwi staremu Lobbsowi, który nie przestawał się dobijać.
Na nieszczęście stary Lobbs, kiedy był głodny, bywał zły jak pies. Pipkin słyszał, jak Lobbs kipi ze złości. Ilekroć ostrokościsty terminator wchodził do pokoju, Lobbs natychmiast zaczynał mu wymyślać w sposób bardzo dziki, zgoła saraceński, prawdopodobnie tylko dlatego, aby uwolnić swe piersi od pokładów przekleństw, które się w nich nagromadziły. Wkońcu postawiono przed panem Lobbsem jakąś tam odgrzewaną kolację, i rymarz mógł powrócić do zwykłej swej formy. Opustoszywszy talerze, pocałował córkę i zażądał fajki.
Natura obdarzyła Nataniela Pipkina nogami zgiętemi w formie litery X. Ale kiedy usłyszał, że Lobbs żąda fajki, kolana ścisnęły się tak mocno, jak gdyby miały zgnieść się wzajemnie. Właśnie bowiem w tej szafie, gdzie się on znajdował, wisiała wielka, srebrna, okładana fajka, którą nieraz widywał w ustach Lobbsa. A widywał ją codziennie w tych samych ustach, rano i wieczorem, przez długich pięć lat. Dziewczęta pobiegły najpierw po fajkę nadół, potem na górę, szukały jej wszędzie, gdzieby się podziać mogła, a przez cały ten czas stary Lobbs przeklinał w sposób wprost niewiarygodny. Wreszcie przypomniał sobie o szafie i podszedł do niej. — Napróżno człowiek tak mały, jak Nataniel Pipkin, zatrzymywałby drzwi szafy od wewnątrz, gdyby wielki człowiek, jak Lobbs, chciał je od zewnątrz otworzyć. Stary Lobbs raz a dobrze pociągnął drzwi, które się natychmiast otworzyły, prezentując Nataniela Pipkina w całej jego okazałości, drżącego od stóp aż do głowy. Boże zlituj się nad nami! Jakież straszne spojrzenie rzucił Lobbs, wyciągając Pipkina za kołnierz i trzymając go od siebie na odległość wyprężonego ramienia.
„Co ty tu, u diabła, robisz?“ spytał stary Lobbs strasznym głosem.
Nataniel Pipkin nie był w stanie nic odpowiedzieć, wiec stary Lobbs trząsł nim przez kilka minut, aby ułatwić mu uporządkowanie myśli.
„Czego tu chcesz?“ ryczał Lobbs. „Pewnieś przyszedł do mojej córki!“
Stary Lobbs powiedział to jako drwinę — nie przyszłoby mu bowiem nawet do głowy, żeby Pipkin miał przyjść w tym celu! Jakież było jego oburzenie, kiedy biedny Pipkin odpowiedział:
„Tak, panie Lobbs. Przyszedłem do pańskiej córki. Kocham ją, panie Lobbs“.
„Ach, ty smoluchu! Krzywooki bękarcie“, zawołał Lobbs, rażony tą odpowiedzią. „Co to ma znaczyć? Powtórz mi to wyraźnie. O, do djabła, utrę cię na maść!“
Jest wielce prawdopodobne, że w przystępie gniewu stary Lobbs wykonałby swoją pogróżkę, gdyby jego ramienia nie zatrzymało nieoczekiwane zjawisko w postaci kuzyna Henia, który wyszedłszy ze swojej szafy, powiedział:
„Nie mogę na to pozwolić, mój panie, aby ta niewinna osoba, którą zaproszono na zwyczajną panieńską zabawę, brała na siebie w sposób bohaterski winę (o ile to można nazwać winą), którą ja popełniłem i za którą gotów jestem przyjąć odpowiedzialność. To ja, mój panie, kocham pańską córkę i przyszedłem, aby się z nią zobaczyć“.
Stary Lobbs szeroko otworzył oczy — nie szerzej jednak, niż Nataniel Pipkin.
„Ty?“ zawołał stary Lobbs, i aż mu oddech zaparło.
„Ja“.
„Zabroniłem ci przychodzić do mojego domu już oddawna“.
„Tak, zabronił mi pan! więc musiałem to robić pokryjomu“.
Wstydzić się muszę za starego Lobbsa, ale mam wrażenie, że kropnąłby kuzynka, gdyby nie to, że piękna Marja schwyciła go za ramię.
„Nie zatrzymuj go, Marjo!“ odpowiedział młody człowiek. „Jeżeli chce mię uderzyć — niech bije! Ale ja za żadne skarby świata nie dotknę ani jednego włosa na jego siwej głowie!“
Usłyszawszy to, stary spuścił oczy, a kiedy je podniósł, spotkał się z oczyma córki. Powiedziałem już parę razy, ze były to bardzo piękne oczy, a i teraz urok ich nie zmalał, choć pełne były łez. Stary Lobbs, chcąc uniknąć tego wzroku, odwrócił głowę, ale na szczęście tym razem spotkał oczy kuzyneczki, która trochę śmiejąc się z Nataniela Pipkina, a trochę bojąc się o brata, wyglądała tak wdzięcznie, że żaden mężczyzna, stary czy młody, nie mógłby oprzeć się jej urokowi. Pieszczotliwie ujęła za ramię starego pana i coś mu szepnęła do ucha. Chcąc nie chcąc, stary Lobbs musiał się uśmiechnąć, a jednocześnie łzy spływały mu po policzkach.
W pięć minut później sprowadzono z sypialni dziewczęta, które weszły wśród uśmiechów i chichotu. I kiedy młodzież weseliła się jak mogła, stary Lobbs wziął do ręki fajkę i zapalił ją, dziwna rzecz: zdawało mu się, że fajka nigdy jeszcze bardziej mu nie smakowała.
Nataniel Pipkin poszedł po radę do głowy, co uważa za najrozsądniejsze, i działając według tego planu, powoli wkradł się w łaski starego Lobbsa, który nauczył go palić. Przez wiele lat później siadywali razem w ogródku, paląc i pijąc dowoli. Wkrótce potem zebrał owoce swego przywiązania do rodziny Lobbsów, gdyż w księgach parafialnych znajdujemy jego nazwisko jako świadka ślubu Marji Lobbs z kuzynkiem Heniem. Z innych znów dokumentów dowiadujemy się, że w dzień ich ślubu został wpakowany do kozy, ponieważ w stanie silnego zatrucia alkoholem dopuścił się wielu ekscesów na ulicy, w czem dopomagał mu ostrokościsty terminator na cienkich nogach.

Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.