Klub Pickwicka/Rozdział dwudziesty dziewiąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dwudziesty dziewiąty.
Historja o upiorach, które porwały grabarza.

W starej wsi klasztornej, niedaleko stąd, dawno, dawno, temu, tak dawno, że chyba historja ta musi być prawdziwa — bo przecież nasi dziadowie już w nią wierzyli — mieszkał zakrystjan i grabarz w jednej osobie, Gabrjel Grub. Nie jest wcale rzeczą konieczną, by ktoś, dlatego tylko, że jest grabarzem i żyje w otoczeniu pomników śmierci, musiał być melancholikiem i człowiekiem ponurym. Spotyka się między nimi najweselszych ludzi w świecie. Sam miałem kiedyś honor przyjaźnić się z karawaniarzem, który w prywatnem życiu, gdy nie spełniał swoich obowiązków, był wesoły jak szczygieł, śpiewał najżartobliwsze piosenki i jednym haustem potrafił wychylić sporą szklankę czegoś dobrego. Ale Gabrjel Grub, jakby dla zaprzeczenia tym możliwościom, był człowiekiem ponurym i samotnym; zadawalniał się towarzystwem własnem i starej, oplatanej flaszki, którą przechowywał w wielkiej kieszeni swej kapoty. Na każdą zaś wesołą twarz patrzał z trudnym do opisania wyrazem głębokiej pogardy i złośliwości.
„Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabrjel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i udał się na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób — a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca go rozerwie. Idąc dobrze znaną sobie drogą, widział przez okna domów zapalone światła w pokojach, ogień trzaskający wesoło i twarze zebrane koło kominka. Widział przygotowania na następny dzień, wdychał apetyczne zapachy, jakie buchały z kuchni. Widok ten gniewem i goryczą napełniał serce Gabrjela Gruba. A kiedy na ulicy pokazała się gromadka dzieci, do których natychmiast przyłączyło się z pół tuzina kędzierzawych główek i cała ta rozbawiona hałastra pobiegła na górę bawić się w zwykłe gry świąteczne, Grub uśmiechnął się ponuro, mocniej ścisnął rydel i przyszła mu na myśl szkarlatyna, odra, grypa, koklusz i wiele jeszcze innych prawdziwych pociech dla serca grabarza.
„W tem miłem usposobieniu szedł dalej. Zgryźliwie odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, którzy go od czasu do czasu mijali, wreszcie skręcił w ciemną uliczkę, prowadzącą na cmentarz. Gabrjel oddawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka; mieszkańcy wioski omijali ją, chyba że słońce jasno świeciło. Ogarnęło go zatem wielkie oburzenie, kiedy zobaczył przed sobą ulicznika, wesoło śpiewającego piosenkę! W takiem miejscu! W miejscu, które nazwano ulicą Trumienną już w owych zamierzchłych czasach, kiedy włóczyli się po niej ostrzyżeni do skóry, małpiogłowi mnisi! Gabrjel przyspieszył kroku i natknął się na malca, który biegł szybko, żeby połączyć się ze swymi towarzyszami na głównej ulicy, śpiewał zaś trochę dlatego, by dodać sobie odwagi, a trochę dla wprawy! A śpiewał, ile miał tchu w piersiach! Gabrjel zapędził chłopaczka w róg zaułka i uderzył go pięć czy sześć razy latarnią po głowie — niech się nauczy modulować głos! Malec uciekł, trzymając się za głowę — teraz śpiewał zupełnie z innego tonu! Gabrjel roześmiał się z zadowolenia i wszedł na cmentarz, zamknąwszy za sobą furtkę.
Zdjął kapotę, postawił na ziemi latarnię i wszedł w niedokończony grób, gdzie pracował kilka godzin z całem poświęceniem. Ale mróz ścisnął ziemię i nie łatwo było kopać ją i odrzucać. I, chociaż świecił księżyc, był jednak jakoś dziwnie mały i słabo tylko oświecał grób, na który kościołek rzucał cień. W innych wypadkach przeszkody te zepsułyby humor Gabrjelowi Grub; ale dziś tak był zadowolony z tego, że przeszkodził malcowi śpiewać, że nie martwił się małemi postępami swojej pracy. Skończywszy na tę noc kopanie, spojrzał w grób i mruknął, zbierając swoje narzędzia:


„Wygodne mieszkanie, wygodne mieszkanie:
Sześć stóp zimnej ziemi, gdy życia nie stanie!
Jeden kamień w nogach, drugi kamień w głowach.

Ot, pańska uczta robactwu gotowa!
Trochę trawy w górze, trochę gliny w dole:
Wygodne mieszkanie daje boże pole!“

„Ho! Ho!“ zaśmiał się Gabrjel Grub, siadając na płaskiej płycie grobowej, gdzie najlepiej lubił odpoczywać. Wyciągnął oplataną flaszkę. „Grób w dzień gwiazdki! Grób na gwiazdkę! Gwiazdkowy podarunek! Ho! Ho!“
„Ho! Ho!“ odpowiedział jakiś głos tuż koło niego.
„Gabrjel, trochę zaniepokojony, znieruchomiał — właśnie w chwili, gdy podnosił flaszkę do ust. Obejrzał się. Coś się działo koło najstarszego pomnika. Nie było już cicho i spokojnie, jak zwykle na cmentarzu. W zagłębieniach rzeźby i między kamieniami kościółka błyszczały sople lodowe. Ziemia pokryta była białym całunem — powiedziałbyś, że leżą pod nim zwłoki nieboszczyków. Najmniejszy szmer nie przerywał uroczystej ciszy tego krajobrazu. Zdawało się, że nawet dźwięki zamarzły. Wszędzie panował chłód i cisza.
„To musiało być echo!“ powiedział Gabrjel, podnosząc flaszkę do ust.
„To nie było echo!“ odpowiedział głęboki głos.
„Gabrjel zerwał się i stanął jak przyrośnięty do tego miejsca — ogarnął go lęk i zdumienie. Oczy jego bowiem zatrzymały się na postaci, na której widok krew ścięła mu się w żyłach.
„Na wysokim pomniku grobowym, tuż przy nim, siedziała dziwna, nieziemska postać — Gabrjel poznał natychmiast, że to niemożliwe, by należała do tego świata. Długie, fantastyczne nogi, które z łatwością dosięgnęłyby ziemi, były podkurczone i skrzyżowane w dziwaczny, fantastyczny sposób; żylaste ramiona były obnażone. Ręce spoczywały na kolanach. Przysadzisty tułów okrywała postrzępiona zasłona. Krótka kurtka zwisała na grzbiecie. Kołnierz pocięty był w kawałki, które upiór związał nakształt krawata. Obuwie jakby jeszcze wydłużało jego nogi. Na głowie miał wysoki, jak głowa cukru, kapelusz, ozdobiony jednem jedynem piórem. Kapelusz pokrywała sadź. Duch miał taką minę, jakgdyby było mu na tym kamieniu bardzo wygodnie i siedział na nim z paręset lat. Wysunął koniec języka i śmiał się do Gabrjela Grub tak, jak tylko duch śmiać się potrafi.
„To nie było echo!“ powtórzył duch.
„Gabrjel Grub był jak sparaliżowany, nie mógł nic odpowiedzieć.
„Przyszedłem kopać grób, proszę pana“, bąknął.
„Kto włóczy się po cmentarzu w taką noc?!“ zapytał upiór.
„Gabrjel Grub! Gabrjel Grub!“ zawołał dziki chór głosów, które, zdawało się, wypełniały cmentarz. Gabrjel obejrzał się przerażony i nic nic zobaczył.
„Co masz we flaszce?“ pytał upiór.
„Holenderską wódkę, panie!“ powiedział grabarz, drżąc jeszcze bardziej. Kupił ją bowiem od szmuglerów i przestraszył się, że może ten duch należy do departamentu ceł.
„Kto pija wódkę holenderską, sam jeden, na cmentarzu, w taką noc jak ta?“ zapytał duch.
„Gabrjel Grub! Gabrjel Grub!“ odpowiedziały znowu głosy.
„Duch spojrzał złośliwie na przerażonego grabarza i, podniósłszy głos, zapytał:
„W takim razie, kto jest naszą zdobyczą?“
„Na to pytanie niewidzialny chór odpowiedział tak zgodnie, jak chór śpiewający w kościele przy akompaniamencie organów — chór ten uderzył jak wiatr o uszy grabarza i zamarł w oddali. Ale odpowiedź brzmiała jak poprzednio: „Gabrjel Grub! Gabrjel Grub!“
„Duch uśmiechnął się jeszcze bardziej ponuro i zwrócił się do Gabrjela:
„I cóż ty na to powiesz, Gabrjelu?“
„Grabarz ustami chwytał powietrze.
„I cóż ty o tem myślisz, Gabrjelu?“ ciągnął duch, odrzuciwszy nogi na obie strony pomnika i patrząc na swoja wykrzywione kończyny z takiem zadowoleniem, z jakiem patrzałby na parę eleganckich trzewików na Bond Street.
„To — to bardzo ciekawe — sir...“ odpowiedział grabarz prawie nieżywy ze strachu. „Bardzo ciekawe i bardzo piękne... ale chyba pójdę dokończyć moją robotę, jeżeli pan pozwoli!“
„Robotę?“ zapytał duch. „Jaką znowu robotę?“
„Grób, panie! Kopię grób!“ wybełkotał grabarz.
„A, grób?!“ zawołał duch. „Kto kopie groby w dzień, kiedy wszyscy weselą się i radują?“
„I znów tajemnicze głosy odpowiedziały: „Gabrjel Grub! Gabrjel Grub!“
„Obawiam się, że moi przyjaciele upominają się o ciebie“, powiedział duch, wypychając językiem policzki — a był to niezwykły język! — „Obawiam się, że moi przyjaciele upominają się o ciebie, Gabrjelu!“
„Dopraszam się łaski pana“, jąkał się Gabrjel. „Nie mają chyba prawa do tego... nie znają mię... przecież ci gentlemani nigdy mię na oczy nie widzieli!“
„Owszem!“ odpowiedział duch. „Wszyscy znamy człowieka z ponurą twarzą i złośliwym uśmiechem, który szedł dzisiaj ulicami, rzucając złe spojrzenia na dzieci, i silnie ściskał rydel! Znamy człowieka, który uderzył po głowie malca, bo mu w sercu zazdrościł wesołości, na jaką jego nie stać! Znamy go! Znamy!“
„Tu duch wybuchnął głośnym, dźwięcznym śmiechem, który echo podchwyciło dwudziestokrotnie. Potem potrząsnął nogami, stanął na głowie, albo raczej na czubku swego wysokiego kapelusza, na samym szczycie pomnika; następnie dał szczupaka, upadł u stóp grabarza i usiadł na podkurczonych nogach jak krawiec.
„Ja.. ja.. muszę już odejść, proszę pana“, bełkotał grabarz.
„Odejść?! Gabrjel Grub chce odejść?! Ha, ha, ha!“
„Kiedy duch się zaśmiał, grabarz zauważył wspaniałą iluminację w kościołku — jakgdyby cały kościołek stanął w płomieniach. Po chwili światło zgasło, organy zagrały uroczyście i na cmentarzu zjawiły się gromady duchów, zupełnie podobne do pierwszego, które zaczęły natychmiast grać w „żabkę“ za pomnikami. Nie zatrzymywały się ani na chwilę, skakały przez najwyższe, z cudowną wprost zręcznością. Pierwszy duch okazał się znakomitym skoczkiem — nikt nie mógł się z nim równać! Pomimo, że drżał ze strachu, grabarz nie mógł nie zauważyć, że kiedy inni zadawalniali się zwykłemi grobowcami, pierwszy wybierał specjalnie wielkie grobowce familijne, otoczone żelazną balustradą, a skakał przez nie z taką łatwością, jakby to były zwykłe kamienie milowe.
„Gra doszła do największego natężenia. Organy grały coraz szybciej. Duchy skakały coraz częściej. Potrącały się, fikały kozły na ziemi, odbijały się od kamieni grobowych, jak piłki. Grabarz czuł, że w głowie mu się miesza od tych skoków, że nogi pod nim drżą, gdy patrzy na migające przed nim duchy. Nagle — król upiorów porwał go za kołnierz i zapadł się z nim pod ziemię.
„Kiedy Gabrjel Grub złapał wreszcie oddech (od szybkiej jazdy wdół aż go zatchnęło), znalazł się w obszernej pieczarze, którą wypełniały tłumy duchów, wstrętnych i ponurych. Na samym środku pieczary, na wzniesieniu, siedział jego przyjaciel z cmentarza: obok niego stał Gabrjel Grub, znieruchomiały ze strachu.
„Zimna noc“, powiedział król upiorów, „bardzo zimna! Szklaneczkę czegoś ciepłego! Żywo!“
„Na ten rozkaz pół tuzina mniejszych upiorów, z wiecznym uśmiechem na twarzach (Gabrjel Grub przypuszczał, że to dworacy), szybko zniknęło i wróciło za chwilę, niosąc kielich płynnego ognia. Podano go królowi.
„Aha!“ zawołał upiór, który miał przezroczyste policzki i gardło, poczem natychmiast przełknął płomienny napój.
„Ciepły, niema co mówić! Poczęstować tem samem pana Grub!“
„Nadaremnie biedny grabarz wymawiał się, że nigdy nie pije nic ciepłego w nocy — jeden upiór trzymał go, drugi lał mu płynny ogień w gardło. Całe towarzystwo pokładało się ze śmiechu, gdy grabarz krztusił się, kaszlał i ocierał łzy, które obficie spływały mu z oczu, gdy wychylił palący napój.
„A teraz“, powiedział król upiorów, z fantazją pakując grabarzowi koniec swego wysokiego kapelusza w oko, czem mu sprawił niewymowny ból, „teraz pokażcie temu panu parę ilustracyj do nieszczęść i smutków — z tych, co to mamy na składzie!“
„Zaledwie upiór powiedział to, wielka chmura, zasłaniająca głąb pieczary, usunęła się i ukazała w oddali małe, ale czyste i schludne mieszkanko. Gromadka dzieci bawiła się koło ognia, czepiała się sukni matki i skakała po krzesłach. Matka wstała i rozsunęła firanki, jakgdyby wypatrywała kogoś. Skromna wieczerza stała na stole. Koło kominka postawiono fotel. Zastukano do drzwi: matka otworzyła a dzieci, klaszcząc w ręce, otoczyły ojca. Był zmoczony i zziębnięty, strząsnął śnieg z płaszcza, zaczął się rozbierać. Kiedy zasiadł przy kominku, dzieci otoczyły go kołem, matka przysunęła sobie krzesło — mieli miny szczęśliwe i zadowolone.
„Ale nagle obraz zmienił się — prawie niepostrzeżenie. Oto mała sypialnia, w której umiera najładniejsze i najmłodsze dzieciątko. Rumieńce ustąpiły z jego policzków, a blask z oczów. A kiedy grabarz spojrzał na nie z życzliwością — rzecz nieznana mu dotychczas — dziecko umarło. Braciszkowie i siostrzyczki obstąpili łóżeczko i ujęli małe rączki — zimne i sztywne. Odskoczyli ze strachem! Ze zgrozą patrzyli w drobną twarzyczkę! Bo chociaż spokojna była i piękna, wiedzieli, że dziecko nie żyje i że patrzy na nie teraz z nieba, jak aniołek, i błogosławi je...
„Znów chmura zasłoniła obraz i znów nastąpiła zmiana. Ojciec i matka byli już starzy i bezsilni... a gromadka otaczająca ich zmniejszyła się prawie o połowę. Ale zadowolenie i radość widać było na każdej twarzy i we wszystkich oczach, gdy zebrani koło kominka wspominali dawne czasy i przeszłość. Powoli, stopniowo zapadł w grób ojciec a wkrótce ta, która dzieliła z nim wszystkie troski l zmartwienia, poszła za nim. Nieliczna gromadka, która ich przeżyła, klęczy przy grobie i zrasza łzami trawę. Potem wszyscy rozchodzą się — smutni i przygnębieni, ale bez rozpaczy, bez lamentów, gdyż wiedzą, że się kiedyś spotkają. I znów żyją jak inni... wesołość i pogoda wróciły. Chmura zakryła obraz przed wzrokiem grabarza.
„No, i cóż ty na to?!“ zapytał upiór, zwracając swoją szeroką twarz do Gabrjela.
„Gabrjel mruknął coś w tym rodzaju, że to bardzo ładne i zaraz się tego zawstydził, bo upiór utkwił w nim swoje złe oczy.
„Ty nikczemniku!“ zawołał upiór tonem najwyższej pogardy. „Ty nikczemniku!“ Widocznie miał ochotę dorzucić coś więcej, ale oburzenie odjęło mu mowę, więc podniósłszy nad głową jedną ze swoich giętkich nóg, wymierzył Gabrjelowi Grub potężnego kopniaka. Natychmiast wszystkie upiory, jak na zawołanie, zebrały się dokoła nieszczęśliwego grabarza i tu, na ziemi, zaczęły go bić bez litości, zgodnie z obyczajami dworaków, którzy biją, gdy Jego Królewska Mość bije i głaszczą, gdy Jego Królewska Mość głaszcze.
„Jeszcze mu pokazać!“ zawołał upiór.
„Na ten rozkaz chmura rozstąpiła się i ukazał się żyzny i wspaniały krajobraz — do dziś dnia można go oglądać, gdyż jest to miejsce odległe o pół mili od tej klasztornej wioski. Słońce świeciło na błękitnem niebie, woda błyszczała w jego promieniach, drzewa zdawały się zieleńsze, kwiaty weselsze w tym łagodnym blasku. Woda szumiała radośnie, liście drzew szeptały tajemniczo, ptaki śpiewały na gałęziach, a skowronek gdzieś wysoko obwieszczał, że świt się zbliża. Tak, świtało. Wesoły, jasny świt letni. Każdy najmniejszy listek, najdrobniejsze źdźbło trawy czuło, że wstępuje w nie życie. Mrówka wyruszyła w swoją codzienną wędrówkę. Motyle unosiły się i igrały w słońcu. Miljardy owadów rozpościerały swoje przezroczyste skrzydełka i rozkoszowały się krótkiem szczęściem. Ludzie ruszali się raźniej, podnieceni urokiem tej sceny. Wszystko tchnęło pięknem i radością.
„Ty nikczemniku!“ zawołał król upiorów z większą pogardą niż poprzednio. Tu znów kopnął go nogą. I znów dworacy upiora poszli za jego przykładem.
„Kilkakrotnie chmura podnosiła się i opadała i wiele nauczył się w ten sposób Gabrjel Grub; chociaż ramiona bolały go od kopnięć upiorów, patrzał z zainteresowaniem, którego nic nie było w stanie zmniejszyć. Widział, jak ludzie, którzy ciężko pracowali i zdobywali kawałek chleba w pocie czoła weseli byli i szczęśliwi. I że nawet najgłupszy człowiek uznać musi, iż słodkie oblicze natury jest nigdy niewysychającem źródłem radości i wesela. Widział ludzi, których w dzieciństwie wychowywano starannie, jak z radością znosili niedostatek, jak wyżsi byli ponad cierpienia, pod których brzemieniem inni byliby się ugięli, ponieważ mieli w swoich duszach źródła szczęścia, spokoju i zadowolenia. Widział niewiasty, najdelikatniejsze i najtkliwsze ze stworzeń boskich, jak przezwyciężały smutki, przeciwności i klęski, — ponieważ miały we własnych sercach źródła miłości i poświęcenia. I widział ludzi takich, jak on sam, których irytuje i gniewa wesołość i szczęście innych, ludzi, którzy są jak chwasty ziemi. I przeciwstawiając wszystko, co jest dobrego na ziemi, całemu złu, doszedł do przekonania, że pomimo wszystko dobrą i pożyteczną rzeczą jest ten nasz świat! W tej samej chwili, kiedy tylko sformułował to zdanie, chmura, która zasłoniła ostatni obraz, spadła mu nagle na mózg i Gabrjela Gruba ogarnęło zmęczenie. Jeden po drugim znikały mu duchy z przed oczu i wkońcu stary zasnął.
„Dzień wstał. Gabrjel Grub zbudził się. Leżał jak długi na płycie cmentarnej, obok pusta butelka, przy niej kapota, latarnia i rydel — wszystko tak, jak rzucił poprzedniego wieczora. Pomnik, na którym zobaczył pierwszego upiora, wznosił się nad nim, a grób, nad którym pracował wczoraj, nie był jeszcze skończony. Z początku zaczął wątpić w realność swoich widzeń, ale ostry ból w ramieniu, kiedy próbował wstać, mówił wyraźnie, że kopano go rzeczywiście. Rozejrzał się dokoła, szukając na śniegu śladów nóg upiorów, ale potem przyszło mu na myśl, że były to przecież duchy i nie mogły pozostawić po sobie śladów. Wstał więc o ile mu na to pozwalał ból w ramieniu, strzepnął sadź z kapoty i spojrzał na wioskę.
„Ale był już innym człowiekiem. Nie mógł myśleć spokojnie, że ma wrócić tam, gdzie go wyśmieją lub zwątpią w jego nawrócenie. Wahał się kilka chwil. A potem zawrócił i poszedł przed siebie, gdzieindziej pracować na kawałek chleba.
„Butelkę, rydel i latarnię znaleziono na cmentarzu. Dużo mówiono o tem, jaki los spotkał grabarza, ale wkrótce zgodzono się, że go porwały upiory. Niedługo też czekano; znalazł się wiarogodny świadek, kobieta, która wyraźnie widziała, jak pędził na karym koniu, ślepym na jedno oko, z lwią grzywą i niedźwiedzim ogonem. Wkońcu święcie w to uwierzono. A nowy grabarz pokazywał nawet ciekawym spory kawałek żelaznej chorągiewki, którą upiorny rumak odłupał uderzeniem kopyta, unosząc Gabrjela w powietrze, a którą to relikwię nowy grabarz znalazł w dwa lata później na cmentarzu.
„Na nieszczęście, historjom tym zaprzeczył poniekąd fakt, że coś w dziesięć lat później zjawił się Gabrjel Grub we własnej osobie. Był to stary, schorowany, zgarbiony człowiek. Opowiedział swoją historję proboszczowi i wójtowi. Z biegiem czasu uznano ją za dokument historyczny i w tej formie przetrwała do naszych czasów. Ci, którzy wierzyli w rumaka i chorągiewkę, raz zawiódłszy się, nie łatwo uwierzyli w drugą wersję; robili więc domyślne miny, wzruszali ramionami i szeptali, że Gabrjel wypił trochę zadużo holenderskiej wódki a potem upadł na płytę grobową, jego zaś opowiadanie o tem, co widział w pieczarze upiorów, tłumaczyli w ten sposób, że zwiedził kawał świata i zmądrzał. Zdanie to, które swego czasu miało wielu zwolenników, wkońcu poszło w zapomnienie. — Ale mniejsza o to! Ponieważ Gabrjel Grub do końca życia cierpiał na reumatyzm, z historji tej wyciągamy taki morał (jeżeli nie stać nas na coś jeszcze mądrzejszego): jeżeli człowiek jest odludkiem i w samotności upija się w dzień Bożego Narodzenia, niech upiory nie mają nad nim litości, albo niech dadzą mu taką nauczkę, jaką dały Gabrjelowi Grub w pieczarze!“


KONIEC TOMU DRUGIEGO.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.