Strona:Karol Dickens - Klub Pickwicka 02.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Ach, taka sobie historja o starym grabarzu“, powiedział pan Wardle. „Tutejsi ludzie przypuszczają, że go porwały duchy!“
„Przypuszczają!“ zawołała stara dama. „Czyż podobna temu nie wierzyć?! Przypuszczają! Słyszałeś chyba od dziecka, że go porwały duchy i jeszcze nie wiesz, że tak było?“
„Dobrze, matko, niech będzie, jak chcesz!“ powiedział śmiejąc się pan Wardle. „Porwały go duchy i skończyło się“.
„A nie! Upewniam pana!“ powiedział pan Pickwick. „Muszę się dowiedzieć, jak go porwały, dlaczego i — wogóle wszystko!“
Wardle uśmiechnął się, gdyż wszystkie głowy pochyliły się z ciekawością, poczem, nalawszy szklanki pewną ręką i wzniółszy zdrowie pana Pickwicka, zaczął:
Ale niech Bóg ma w swojej opiece naszego wydawcę! Jakiś długi rozdział napisaliśmy! Zapomnieliśmy o takiej drobnej restrykcji, jak „rozdziały“ — słowo daję! Musimy więc duchom poświęcić nowy! Dużo miejsca, ale żadnych względów dla duchów, panie i panowie, jeśli łaska!

Rozdział dwudziesty dziewiąty.
Historja o upiorach, które porwały grabarza.

W starej wsi klasztornej, niedaleko stąd, dawno, dawno, temu, tak dawno, że chyba historja ta musi być prawdziwa — bo przecież nasi dziadowie już w nią wierzyli — mieszkał zakrystjan i grabarz w jednej osobie, Gabrjel Grub. Nie jest wcale rzeczą konieczną, by ktoś, dlatego tylko, że jest grabarzem i żyje w otoczeniu pomników śmierci, musiał być melancholikiem i człowiekiem ponurym. Spotyka się między nimi najweselszych ludzi w świecie. Sam miałem kiedyś honor przyjaźnić się z karawaniarzem, który w prywatnem życiu, gdy nie spełniał swoich obowiązków, był wesoły jak szczygieł, śpiewał najżartobliwsze piosenki i jednym haustem potrafił wychylić sporą szklankę czegoś dobrego. Ale Gabrjel Grub, jakby dla zaprzeczenia tym możliwościom, był człowiekiem ponurym i samotnym; zadawalniał się towarzystwem własnem i starej, oplatanej flaszki, którą przechowywał w wielkiej kieszeni swej kapoty. Na każdą zaś wesołą twarz patrzał z trudnym do opisania wyrazem głębokiej pogardy i złośliwości.
„Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabrjel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i udał się na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób — a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca