Klejnot/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Klejnot
Podtytuł Powieść
Data wydania 1898
Wydawnictwo Kurjer Warszawski, S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XI.

Przyszła jesień zwykłą koleją. Była bardzo dżdżysta i chłodna; wcześnie zaczęły śniegi padać i błoto było nie do przebycia.
W chłopskich Dubinkach u Wilków obchodzono dwa wesela. Żenił się Ihnat z Mikitki Krystyną, szła Tekla piękna za mąż, za wolą babki, pomimo płaczu i protestu, za bogatego jedynaka z Omelnéj.
Wilczyca wystąpiła hojnie i okazale, bo i gości miała wielu i osobliwych.
Gdy darzono państwa młodych, przyjechał Szymon Łabędzki i złoty pieniądz na korowaj rzucił, przelotnie na Teklę spoglądając.
Smutne jéj oczy popatrzyły na niego raz ostatni, bo odchodziła już z chaty, kędy on na wieczernice przychodził pieśni słuchać i ciekawe historye opowiadać. Szła do cudzéj wsi na ciężką dolę gosposi i matki, żegnała na zawsze swe dumki dziewicze.
Gdy pieniądz brzęknął, nawet pokłonić się zapomniała i odprowadziła Szymona aż do komory, dokąd go na poczęstunek poprowadzono. Pijane swachy zawodziły żałosne pieśni, tylko jedna klaskała w dłonie, śpiewając skocznie

Oj ty dąb, oj ty dąb,
Ja biała brzezina.
Oj ty pan ataman,
A ja sierocina!

Tekla zgarnęła do twarzy zawój mężatki i otarła łzy.
W téj chwili Hipolit wszedł, pieniądz rzucił i rzekł zcicha do Ihnata:
— A wy się pilnujcie! Liszkę dziś widziałem!
— A to go czart nie weźmie! Mówili, że dogorywa chory, w sągach koło Głębokiego.
— Ledwie się wlókł, nawet nie uskoczył, gdym go nagonił. Na trupa patrzy, ale chatę spalić to jeszcze potrafi! Pilnujcie!
Ihnat wyszedł, ale wnet wrócił, otrząsając się.
— Deszcz leje, że nawet słoma się nie zatli — rzekł uspokojony.
Daléj szła zabawa, tańce, śpiewy, muzyka. W komorze siedziała starszyzna i honorowi goście.
Raptem za oknem, za plecami Wilczycy, pies wyć począł.
Że to był zły znak na weselu, więc stara zawołała na któregoś z wnuków:
— Oksenty, weź dobry kij a przepędź Łyska!
Chłopak nie bardzo chętnie słuchał; pies wył daléj.
— Anu, won! — rozległ się głos chłopca i zaraz potem tupot jego nóg z powrotem.
— Panie Boże! — wrzasnął, wpadając do sieni. — Tam pod oknem na gruszce, coś wisi wielkiego.
Rzuciło się kilku ciekawych, naturalnie, Hipolit z Ihnatem na czele.
— Dajcie łuczywo! Świećcie! — wołali wszyscy.
Na gruszce sztywno, nieruchomo wisiał człowiek.
Hipolit pierwszy dopadł i przeciął nożykiem rzemienny pasek u gałęzi. Człowiek gruchnął o ziemię; był to trup.
— Liszka! — krzyknął Hipolit, zanim go poznał jeszcze.
Podano łuczywo, gasnące na deszczu. Był to istotnie Liszka. Zrobił, jak był postanowił: został w swoich stronach i Wilczycy dokuczył.
Popłoch się zrobił ogromny, muzyka grać przestała, Tekla wybuchnęła płaczem, ludzie pomimo deszczu poczęli uciekać — i znak to był okropny. Wisielec na weselu — i jaki jeszcze wisielec! — ojciec panny młodéj.
Wilczyca, po pierwszéj chwili przerażenia, poczęła go wyklinać strasznie, ale Liszka już o nic nie dbał, nawet o policyę. Leżał siny, straszny, z wypartym językiem i wstrętnym grymasem agonii na twarzy.
Stanął tedy, jak upiór, nad chatą, nad rodziną i nad dolą Tekli, a leżał tam pod gruszą całe dwa dni, zanim zjechał sąd i śledztwo.
Wesele przerwało się tragicznie.
Niewesoło też skończyły się hulanki Onyśki i kulawego Narcyza. Sąd ich wykreślił z pośród normalnego społeczeństwa na długie ciężkie roboty, bez nadziei powrotu. Narcyz przecie od drogi się wykręcił, bo zmarł w więzieniu. Onyśko poszedł bez wielkiego przygnębienia.
— Dziesięć lat? Ot, głupstwo! — mówił po wyroku. — Skończy się prędzéj może... Liszka uciekł... ucieknę i ja! A wtedy wspomni mnie sokołowski leśniczy. Ja go lepiéj dopilnuję, niż Makarewicz z Morskim.
I z tą obietnicą w pewny dżdżysty poranek powędrował daleko.
Groźbę powtórzono Szymonowi. Ramionami ruszył:
— Będzie mu niewygodniéj uciekać z Sachalinu niż Liszce z Uralu. Zresztą, co sądzone, nie minie.
Któregoś też jesiennego dnia rozeszła się po miasteczku wiadomość, że Ilinicz sprzedał żydom swe młyny, rozpoczął proces z księciem Adakale o żwir na Bielicy i wyjeżdża do Petersburga sprawy pilnować.
Żydzi obrachowali go w lot co do grosza. Na młynach stracił dziesięć tysięcy i rzucał interes w chwili, gdy zaczynał się klarować — dla procesu, który przegra, straciwszy resztę funduszu.
Ale Ilinicz inaczéj liczył i nie dla procesu wyjeżdżał...
Pewnego wieczora wybrał się na pożegnanie do Horodyszcza — chciał z Basią pomówić, by mógł przed odjazdem dzieci zobaczyć. Do żony nie ośmielił się wprost udać.
Gdy przyjechał pod wieczór, w deszcz i wicher, zastał dom pusty. Świeciło się tylko u Bahy w oficynie, i tam zakołatał.
Stary fabrykował sobie cygara z domorosłego tytuniu i nie bardzo był rad wizycie, bo już powieczerzał.
— Niema nikogo. Pojechali oboje państwo do Głębokiego na imieniny. Że też pan się tam nie wybrał! — rzekł.
— Nie mam czasu. Przyjechałem się pożegnać. Za tydzień odjeżdżam ztąd zupełnie. Może się doczekam ich powrotu.
— O, zanocują niezawodnie. Mają tańczyć; jutro wielkie polowanie.
— Seweryn może tym razem tygrysa upoluje.
— Upolował on coś lepszego swą zacną pracą i staraniem. Wysłużył sobie wielkie uznanie!
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się Ilinicz — ot jak się pisze historyę i z czego to się tworzą bohaterowie! A Łabędzki, według pana, co sobie wysłużył? Jest sobie leśniczym w Sokołowie. Ustrzegł kilka sosen i parę fur łozy!
— A któż Łabędzkiemu odmawia wartości? — oburzył się Baha.
— Ten, kto Seweryna czyni bohaterem!
— Kto krytykuje, niech daje przykład! — mruknął Baha, dmuchając w samowar.
— Ja nie krytykuję, ani siebie stawiam za przykład — rzekł Ilinicz chmurno. — Ale na wyrok trzeba dowodów, na świadectwo trzeba faktów. I cóż zdziałał Seweryn? Umie celnie strzelać, polować z chartami i zna się na koniach. Tyle potrafi każdy przeciętny kawaler z tak zwanego obywatelstwa. Prawda, majątek miał odłużony i klęski bezustanne. Czy-to on wytrwał, wypracował, zwyciężył? Nie — on go już sprzedał był, ten swój majątek. To także potrafi przeciętny obywatel. I ten wasz bohater byłby dawno na bruku, gdyby nie kobiety. Uratowała go panna Zagrodzka! Ożenić się bogato — to potrafi także przeciętny obywatel. Sokolnicki sam przez się, to człowiek nijaki, a szczęśliwy, że się dostał pod wpływ silnych. Czyny jego i zasługi — to Łabędzki i panna Barbara; on bez nich — zero.
— A kogoż można z panną Barbarą porównać? — wtrącił dumnie Baha?
— Łabędzkiego! Kiedy chodzi o zasadę i cel, którym ci troje służą, Łabędzki stoi u szczytu. Cel ich i zasada są dla mnie utopią, porywaniem się z motyką na słońce; ale to inna kwestya. Wchodząc w ich pojęcia, — Seweryn walczy, bo go pchają i podtrzymują; panna Barbara broni swego gniazda i spokojnéj starości ojca; Łabędzki nic dla siebie nie pragnie, nic nie ma, walczy dla zasady tylko, czysty jest jak złoto. mocny jak stal. Takich ludzi nie spotyka się w życiu, nawet dwóch, często ani jednego. Tego nazwijcie bohaterem — uznam, ale nie Seweryna! Szkoda mi tylko Łabędzkiego — dla idei bez przyszłości...
— Mój dobrodzieju — rzekł Baha poważnie. — Ino dusze mamy nieśmiertelne, a ciała krótkotrwałe! Przyszłość — rzecz ciemna i nieznana: nie nam roztrząsać i decydować, co będzie. Bóg zdecyduje. Ale gorzéj będzie, gdy zdecyduje, byśmy pracowali, a nas tymczasem wyrok Jego nie zastanie na miejscu. Poszli sobie precz — powie — ano, to snadź o to nie stoją. I oto jest idea bez przyszłości. A co do pana Seweryna, to pan zapomina, że jeśli ma być przeciętnym obywatelem, to powinien jeszcze grać w karty, hulać, pożyczać na swe rozrywki, rozwozić plotki, krytykować sąsiadów, cieszyć się z niedoli bliźnich i mieć w pogardzie i lekceważeniu wszystkie kobiety. Wtedy dopiero byłby typem kompletnym.
— To też on typem nie jest, tylko człowiekiem niezłym, z małą wolą, słabą energią, bez inicyatywy — nawet do złego. Poszczęściło mu się: będzie uchodził za rozumnego; funduszu nie straci, bo go Zagrodzki pilnuje, będzie nawet pracował przez pośrednictwo Łabędzkiego, będzie myślał myślami żony i panny Barbary. Zasady wasze czczą przeważnie kobiety, przeto długo jeszcze potrwają.
Ilinicz ręką machnął na zakończenie, jakby kwestyę dla dysputy zamykał.
Baha, który się za pobitego nie uznawał, uparcie zakończył:
— A ponieważ fakt jest dowodem, fakt mamy. Nie daliśmy się. Ot, co jest! Nam gorzko było, ale tym, co inaczéj się urządzili, gorzko będzie!
Ilinicz milczał, grzejąc ręce przy kominku.
Czy uważał Bahę za niegodnego dysputy dalszéj, czy go obleciał smętek rozstania się z okolicą, czy wspomnienie jakiéjś goryczy, któréj się wstydził: dość, że nie podniósł rękawicy i, zamyślony, w żar się wpatrywał.
Na dworze, do wtóru jego myślom, wicher jęczał zawodził, i deszcz płakał.

. . . . . . . . . . . . . . . .


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.