Kartka miłości/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


IX.

W sieni małego domku Deberlów, Piotr we fraku i w białej krawatce stał przy drzwiach i otwierał je przed każdym zajeżdżającym powozem. Kłąb wilgotnego powietrza wdzierał się wówczas, i żółtawe światło dżdżystego dnia oświecało wązki przedpokój, zawieszony portyerami i napełniony zielonemi roślinami. Zaledwie druga godzina biła, a już mrok począł zapadać, jak w smutny, zimowy dzień.
Ale jak tylko służący otworzył drzwi do pierwszego salonu żywe światło, bijące z niego, olśniewało wchodzących. Spuszczono w nim żaluzye i starannie zasłonięto firanki tak, że żaden promień światła nie wciskał się ze dworu; mnóstwo lamp i świec palących się w pająku, i ściennych kandelabrach, oświecało go à giorno. W głębi saloniku którego obicia koloru rezedy przyćmiewały trochę ten blask, widać było sąsiedni wielki salon, czarny ze złotem, który jaśniał zdaleka, ozdobiony jak na bal, dawany zwykle przez panią Deberle, każdego roku w styczniu.
Dzieci zaczęły już się zbierać; Paulina ustawiała jeszcze krzesła w szeregi przed salą jadalną, której drzwi wyjęto, a na ich miejsce zawieszono czerwone portyery.
— Papo — zawołała — chodźże dopomóc! nigdy nie dojdziemy z tem do ładu.
Pan Letellier, który z załażonemi w tył rękami przypatrywał się pająkowi, pośpieszył córce na pomoc Paulina sama przynosiła krzesła. Posłuszna siostrze miała na sobie suknię białą, tylko wycięła ją z przodu w kwadrat, obnarzając szyję.
— Nareszcie, skończyliśmy — rzekła; — mogą przy — chodzić... Co też sobie myśli Julia, że tak długo ubiera Lucyana?
Właśnie w tej chwili weszła pani Deberle, prowadząc małego markiza. Wszyscy obecni wykrzyknęli z zachwytu na jego widok. Oh, jakiż on śliczny w tym swoim fraczku z białego atłasu w bukieciki, w wielkiej kamizelce, haftowanej zlotem i spodniach jedwabnych koloru cerise! podbródek i rączki tonęły między koronkami. Szpada, prawdziwe cacko, ozdobiona wielkim różowym węzłem, uderzała po biodrze.
— No, idź przyjmować gości — rzekła mu matka, prowadząc chłopaka do pierwszego pokoju.
Od tygodnia już uczono go tego Stanął teraz przy drzwiach z minką od niechcenia, odrzucił trochę główkę upudrowaną, a trójkątny kapelusz wsunął sobie pod lewą pachę; jak tylko wchodziła, która z zaproszonych dziewczynek, kłaniał jej się, podawał ramię, odprowadzał na miejsce, znowu kłaniał i wracał do drzwi. Śmiano się dokoła, patrząc na jego poważn minkę, troszkę zuchowatą. I tak prowadził Małgorzatę Tissot, dziewczynkę zuchowatą, w ślicznym kostiumie mleczarki, ze skrzynką do mleka, zawieszoną u paska; tak przyjmował dwie małe Eerthier, Blankę i Zofią; jedną przebraną za błazna, drugą za subretkęi uczepił się także Walentyny de Chermette, dziewczyny lat czternastu, którą matka zawsze ubierała za Hiszpankę: a tak wyglądał szczupło przy niej, że zdawało się iż ona go unosi, a nie on ją prowadzi. W szczególnym wszakże znalazł się kłopocie za wejściem rodziny Levasseur, złożonej z pięciu panien, które uszykowały się stosownie do wzrostu swego; najmłodsza miała zaledwie lat dwa najstarsza dziesięć. Wszystkie pięć miały kostium czerwonego-kapturka; ubrane były w czepiec i suknię atłasową ponsową w pasy aksamitne czarne, a na niej wielki fartuch koronkowy. Lucyan, popatrzywszy na nie, po krótkiem wahaniu zdecydował się i nagle, rzucił swój kapelusz, wziął dwie najstarsze dziewczynki prawą i lewą ręką swą, i wkroczył do salonu, a zanim weszły trzy pozostałe siostry. Ubawiono się tą sceną; on zaś nie stracił bynajmniej tej pewności siebie, z jaką udawał dorosłego mężczyznę.
Tymczasem pani Deberle łajała w kąciku siostrą.
— Czy podobna tak się wygorsować! — mówiła do niej.
— Cóż to szkodzi! papa nic nie powiedział — spokojnie odrzekła Paulina. — Jeżeli chcesz, przypnę tu sobie bukiet.
Zerwała garść kwiatów naturalnych z kosza i wetknęła je sobie za piersi. W tej chwili zaczęły się pojawiać panie, mamy w wielkim wizytowym stroju, i otoczyły panią Deberle, winszując już teraz tak świetnego balu. Spostrzegłszy przechodzącego Lucyana, matka go zatrzymała i poprawiła mu promień upudrowanych włosów.
— A Joanna? — zapytał.
— Zaraz przyjdzie, kochaneczku,. Uważaj, żebyś nie wpadł... Spiesz się, oto mała Guirand... Ach! przebrana za Alzatkę.
Salon zapełniał się powoli; zajęto już prawie wszystkie krzesła, stojące rzędem naprzeciw czerwonej firanki i hałas dziecinnych głosów podnosił się coraz wyżej. Chłopcy wchodzili gromadkami. Było już trzech arlekinów, czterech poliszynelów, jeden Fiharo, Tyrolczycy Szkoci. Mały Berthier miał kostium pazia. Mały Guirand, chłopczyna, mający wszystkiego półtrzecia roku, tak śmiesznie wyglądał w swoim kostiumie pajaca, że kto go spotkał na drodze, to chwytał i całował.
— Otóż i Joanna — rzekła nagle pani Deberle. — Prześliczna!
Tu szmer powstał, głowy przechylały się wśród lekkich wykrzykników. Joanna zatrzymała się na progu pierwszego salonu; matka jej jeszcze w przedpokoju zdejmowała swe okrycie. Dziewczynka miała na sobie dziwaczny, a zarazem, przepyszny strój Japonki. Suknia, haftowana w kwiaty i niezwykle ptaki, spadała aż do nóżek, które zakrywała; po niżej szerokiego paska, z poza rozchodzących się pół, widać było spódniczkę jedwabną zielonawą, mieniącą się w żółty odcień. Delikatna jej twarzyczka dziwnego nabrała wdzięku przy wysoko upiętych włosach, przeszytych długiemi szpilkami; podbródek i oczy, przypominające kozę, wązkie i błyszczące, nadawały pozór prawdziwej córki Yeddo, koło której rozchodził się zapach benzoesu i herbaty. I tak wahająca się i z chorobliwym wyrazem osłabienia, stała w oświeconych drzwiach pokoju, jakgdyby kwiatek przyniesiony zdaleka i marzący o rodzinnym kraju.
Za nią ukazała się Helena. Obie, przechodząc nagłe z bladego światła ulicy do żywego blasku sztucznego oświecenia, mrugały powiekami jak olśnione, ale uśmiechały się zarazem. Cieple powietrze, zapach salonu, w którym górowały fjołki, trochę tamował im oddech i rumienił świeże policzki. Każdy gość miał wchodząc taki wyraz zadziwienia i wahania się.
— I cóż! Lucyanie! — rzekła pani Deberle.
Chłopak nie spostrzegł był Joanny. Rzucił się teraz ku niej i chwycił za rękę, zapominając o ukłonie. Oboje byli tak delikatni, a strój ich tak wykończony aż do szczegółów, mały markiz, w swym fraczku w bukieciki, Japonka w swej sukni haftowanej purpurowo, że można było porównać ich do dwóch figurek z porcelany saskiej, delikatnie pomalowanych i pozłacanych, a które nagle ożyły.
— Wiesz, czekałem na ciebie — szepną! Lucyan. — Nudzi mię to podawanie ręki... — Nieprawdaż? zostaniemy tu razem?
I usadowił się z nią w pierwszym rzędzie krzeseł. Zupełnie zapomniał o swych obowiązkach gospodarza domu.
— Naprawdę byłam już niespokojna — powtarzała Julia Helenie. — Bałam się, czy Joanna nie zasłabła;
Helena tłumaczyła się; tak trudno poradzić z dziećmi. Stała jeszcze w jednym rogu salonu w gronie pań, kiedy uczuła, że doktór zbliża się ku niej. W istocie, wszedł był właśnie, usuwając czerwoną firankę, za którą znowu przechylił głowę, wydając jeszcze jakiś rozkaz. Nagle zatrzymał się. I on także odgadł obecność młodej kobiety, która się jednak nie była odwróciła. Ubrana w czarną grenadinę była po królewsku piękna, jak nigdy. Zadrżał od tej świeżości, którą przyniosła była z sobą ze dworu, a która zdawała się pochodzić z jej ramion i rąk, jak gdyby obnażonych pod przezroczystą materją.
— Henryk nikogo nie widzi — rzekła Paulina, śmiejąc się. — Dzień dobry, Henryku.
On się zbliżył wówczas i pozdrowił panie. Panna Aurelja zatrzymała go na chwilkę, pokazując swego siostrzeńca, którego była przyprowadziła z sobą. Przez grzeczność Henryk stał przy niej, Helena, nic nie mówiąc, wyciągnęła do niego rękę obciśniętą w czarną rękawiczkę; nie ośmielił się ścisnąć jej nadto mocno.
— Jakto! ty tutaj! — zawołała pani Deberle, pojawiając się w salonie. Szukam cię wszędzie... Już blizko trzecia; możnaby zacząć.
— Zapewne — odrzekł — zaraz.
Salon był pełny. Rodzice w wizytowych ubiorach stanowili ciemne tło jego; panie, zbliżywszy krzesełka swoje, tworzyły osobne kółka; mężczyźni, nieruchomie stojący wzdłuż ścian, zapełniali przerwy pomiędzy niemi; u drzwi sąsiedniego salonu gromada mężczyzn skupiła się i tłoczyła. Całe światło wielkiego pająka padało na hałaśliwy, mały światek, poruszający się na środku wielkiego pokoju. Było tam około stu dzieci, w wesołej mięszaninie jasnych kolorów, między którymi niebieski i różowy panowały. Całe szeregi główek blond wszystkich odcieni od popielatego aż do czerwono-złocistego, a w nich kokardki wstążek i kwiatki; całe to pole jasnych włosów, wstrząsane wybuchami śmiechu, falowało jak od powiewu ożywczego wiatru. Czasami w kupie tej koronek i wstążek, jedwabiu i aksamitu, zarysowała się twarzyczka jakaś; różowy nosek, niebieskie oczęta, buzia uśmiechnięta lub nadąsana. Były tam figurki nie większe jak but, co się zuchwale kręciły koło chłopaków dziesięcioletnich; nadaremnie matki szukały ich z daleka. Chłopcy mieli miny zakłopotane, trochę głupowate i dziewczynki, zajęte swymi strojami, poprawiały sobie sukienki i rozpościerały się na krzesłach jak mogły najszerzej. Inni znowu ośmielali się tak dalece, że łokciami potrącali sąsiadki swe, których nie znali i śmieli się, zaglądając im w twarz. Ale dziewczynki trzymały się jak królowe; — grupy złożone z trzech, czterech przyjaciółek, kręciły się na krzesłach, jak gdyby je połamać chciały i rozmawiały z sobą tak głośno, że nie można było nic zrozumieć. Wszystkie oczy zwracały się na czerwoną zasłonę.
— Baczność! — rzekł doktór zbliżając się do sali jadalnej i zielska pukając trzy razy.
Firanki powoli rozsunęły się, i w ramach drzwi ukazał się teatr maryonetek. Zupełna cisza nastała. Nagle z za kulis poskoczył poliszynel z tak przeraźliwym piskiem, że mały Guirand, przestraszony i zachwycony zarazem odpowiedział na to głośnym wykrzyknikiem. Była to jedna z owych strasznych sztuczek, gdzie poliszynel, obiwszy komisarza, zabija żandarma i z szaloną wesołością depce wszystkie boskie i ludzkie prawa. Za każdem uderzeniem kija po drewnianych głowach, nielitościwy parter wybuchał śmiechem; ciosy, które przeszywały na wskroś piersi bijących się; pojedynki, w których walczący uderzali się wzajemnie po czaszkach, jak po próżnych baniach; rąbanina rąk i nóg, które rozlatywały się na wszystkie strony, wszystko to podwajało kaskady śmiechu, toczące się bez wytchnienia ze wszystkich stron. Nareszcie, kiedy poliszynel odpiłował szyję żandarmowi, operacya ta wywołała tak ogromną radość, że szeregi siedzących widzów zaczęły się spychać i przewracać jedno na drugie. Dziewczynka jakaś czteroletnia, cała biała i różowa, nabożnie przyciskała sobie rączęta do serduszka, tak to się jej podobało. Inni przyklaskiwali; chłopcy śmieli się z buzią otwartą; poważny ich głos mięszał się z cienką nutą dziewczynek.
— A to bawią się! — szepnął doktór.
Usiadł był przy Helenie. Ta bawiła się razem z dziećmi. A on upajał się zapachem jej włosów. Za jednem z mocniejszych uderzeń kija odwróciła się — i rzekła:
— Jakie to śmieszne!
Dzieci, podbudzone zabawą, zaczęły się mięszać do przedstawienia. Same odpowiadały aktorom. Jedna dziewczynka, która musiała znać dramat, tłumaczyła, co ma nastąpić: „Zaraz zabije żonę swą... Teraz będą go wieszali...“ Mała Levasseur, najmłodsza, co miała dwa lata tylko, nale zawołała:
— Mamo, czy go posadzą na suchy chleb!
Wykrzykniki, uwagi, sypały się na głos. Tymczasem Helena szukała pomiędzy dziećmi.
— Nie widzę Joanny — rzekła. — Czy bawi się?
Doktór pochylił się i głowę swą zbliżył do jej głowy — szepcząc!
— Popatrz pani tam, między tym arlekinem i tą Normandką, widać szpiku w jej włosach. Serdecznie śmieje się.
I tak siedział pochylony, czując na policzku swym ciepło twarzy Heleny. Dotąd żadne wyznanie nie wyrwało się im z ust; milczenie to pozwalało na dawną zażyłość, którą nieokreślony jakiś niepokój tylko zakłócał od jakiegoś czasu. Ale wobec tych dzieci, przy tych wybuchach śmiechu, ona sama stawała się dzieckiem i zapominała o wszelkim przymusie, podczas kiedy oddech Henryka padał na jej szyję. Donośne uderzenia kija wstrząsały nią, podbudzając ruch serca; zwracała się wówczas ku niemu i z błyszczącemi oczyma mówiła za każdym razem:
— Mój Boże! jakież to głupie! A jak tłuką!
On drżąc odpowiadał:
— O, mają mocne głowy.
Na taką tylko odpowiedź umiał się zdobyć. Oboje zajmowali się dzieciństwami. Nie bardzo przykładne życie poliszynela osłabiało ich dotychczasową wytrwałość. Nakoniec, przy rozwiązaniu dramatu, kiedy dyabeł pojawia się i w ostatecznej walce następuje powszechna rzeź, Helena, odrzucając się w tył, zgniotła rękę Henryka, którą się opierał na jej fotelu. Parter dzieciaków krzyczał i klaskał w ręce; z takim zapałem kręcił się na krzesełkach, że aż trzeszczały.
Czerwona firanka zapadła. Ogromny hałas nastąpił zaraz potem; a wtem Paulina zwykłym swym frazesem oznajmiła o przybyciu Malignon’a.
— Ach! Otóż i piękny Malignom.
Malignon zadyszany wszedł, potrącając krzesła.
— Patrzcie! Co za śmieszny pomysł tak się zamknąć, — zawołał zdziwiony i wahający się. — Prawdziwie możnaby pomyśleć, że się tu wchodzi do umarłych.
I zwracając się do pani Deberle, która się zbliżyła rzekł.
— Może się pani pochwalić, żem się nabiegał dla niej... Od rana szukam Perdiquet’a, wie pani, mego śpiewaka... A, że nie mogłem go złapać, więc przyprowadzam pani wielkiego Morizot’a...
Wielki Morizot był to amator, który zabawiał salony za pomocą gałek kuglarskich. Podano mu stolik; pokazywać na nim najpiękniejsze swe sztuczki; ale nie wzbudzał w widzach swoich najmniejszego podziwu ani zajęcia. Biedne dzieciaki spoważniały bardzo, Malce zasypiali, trzymając palce w buzi. Starsi odwracali głowy, uśmiechali się do rodziców, którzy również ziewali skrycie. To też ogólne było zadowolenie, kiedy wielki Morizot zdecydował się odstawić swój stolik.
— O, bardzo jest zręczny — szepnął Malignon do pani Deberle.
Czerwona zasłona znowu się rozsunęłaś magiczny widok poruszył dzieci; wszystkie naraz powstały.
Przy żywem świetle lampy środkowej i dwóch kandelabrów o dziesięciu ramionach, ukazała się jadalna sala ze swoim długim stołem, przybranym i zastawionym jak na wielki obiad. Pięćdziesiąt nakryć było na nim. Na środku i po dwóch końcach w nizkich koszach stały bukiety kwiatów, a między nimi wysokie podstawki, na których były niespodzianki, pozwijane w złocony lub różnobarwny papier. Dalej, ciasta wysoko ułożone, piramidy owoców cukrowych, stosy sandwich, a poniżej szeregi talerzów z cukrami i ciastkami; babeczki, sucharki, rozmaite ciastka: ze śmietaną, z migdałami i t. d. Galarety drżały w kryształowych naczyniach. W porcelanowych salaterkach były kremy. A butelki szampańskiego wina, wysokie na dłoń, stosowne do wzrostu współbiesiadników, błyszczącem kołem swoich srebrnych korków, opasywały stół dokoła. Było to coś, jak jeden z owych olbrzymich podwieczorków, o których dzieci muszą marzyć, podwieczorek zastawiony jak obiad dla dorosłych osób, jak sztuką czarodziejską zastawiona uczta dla rodziców, na którą wysypano róg obfitości piekarzy i kupców z zabawkami.
— Dalej dzieci, podać paniom ręce! — rzekła pani Deberle, śmiejąc się z zachwytu dzieci.
Ale porządny szereg nie mógł się utworzyć. Lucyan z miną tryumfującą wziął rękę Joanny i szedł naprzód. Za nim inni popychali się trochę. Mamy musiały usadowić ich i zostawały przy nich, szczególnie czuwając nad drobnymi dzieciakami, by nie było wypadków jakich. Z początku wprawdzie biesiadnicy zdawali się być trochę zakłopotani; spoglądali na siebie, nie śmiejąc dotknąć wszystkich tych dobrych rzeczy, zaniepokojeni trochę tym niezwykłym porządkiem, że dzieci siedziały przy stole, a rodzice za niemi. Nareszcie, starsze ośmieliły się i wysunęły ręce. Potem, mamy wmięszały się w to, krajały ciasta, podawały wszystkim dokoła; podwieczorek ożywił się i stał się wkrótce bardzo hałaśliwy. Piękna symetrya stołu znikła w oka mgnieniu; wszystko się naraz poruszyło, półmiski, talerze i ręce, co je podawały, i te, co je wypróżniały. Dwie małe Berthier, Blanka i Zofia, uśmiechały się do swych talerzy, na których wszystkiego było patroszę: konfitury, krem, ciastka, owoce. Pięć panien Levasseur robiło sobie zapasy przysmaczków; Walentyna zaś dumna ze swych czternastu lat, udawała rozsądną osobę i zajmowała się sąsiadami swymi. Tymczasem Lucyan, chcąc pokazać się uprzejmym, odkorkował butelkę szampana, ale tak niezgrabnie, że omal nie wylał wina na swoje spodnie jedwabne. Ztąd urosła cała sprawa.
— Zostaw butelki! — zawołała Paulina. — Ja sama będę odkorkowywała szampana.
Paulina bawiła się na swój rachunek, w ciągłym, nadzwyczajnym będąc ruchu. Jak tylko wchodził służący, wyrywała mu z rąk czekoladniczkę i największą miała przyjemność nalewać do filiżanek, co robiła tak szybko i tak zręcznie jak chłopiec kawiarniany. Roznosiła lody i wodę z sokiem; potem rzucała wszystko, biorąc w opiekę, którą z zapomnianych dziewczynek, i znowu biegła dalej, zapytując tych i owych:
— Czego chcesz, ty, mój grubasie? co? ciasteczka?... Poczekaj, kochanko, dam ci pomarańczę... Jedzcież smarkacze, potem będziecie się bawili!
Pani Deberle z zimniejszą krwią mówiła, że trzeba zostawić ich w spokoju, że sami sobie dadzą rady. W jednym rogu sali Helena i kilka pań śmiały się, patrząc na stół. Wszystkie pyszczki różowe wesoło chrupały małymi ząbkami. I nie było nic śmieszniejszego jak te dzieci, co udawały dobrze wychowanych, a zapominały się niekiedy w dziecinnej swawoli. Obiema rękami chwytały szklanki, pijąc z nich do dna, smarowały się, plamiły swe ubranie. Hałas wzmagał się co chwilę. Rabowano ostatnie talerze. Nawet Joanna tańczyła na swem krzesełku, słysząc jak grają kadryla w salonie; matka zbliżyła się do niej i wymawiała, że za wiele je:
— O, mamo — odpowiedziała — tak zdrowa jestem dzisiaj!
Muzyka poruszyła inne dzieci także. Powoli stół się wypróżnił, i wkrótce na samym jego środku pozostał tylko jeden gruby dzieciak. Ten zdawał się drwić sobie z fortepianu. Z serwetą na szyi, z podbródkiem opartym na obrusie, tak był malutki, otwierał ogromne oczy i usta za każdym razem, kiedy matka podawała mu łyżeczkę czekolady. Filiżanka wypróżniała się; dawał sobie ocierać buzię, wciąż, połykając i coraz większe otwierając oczy.
Do licha! mój człowieczku, dobrze ci to idzie! — rzekł Malignon, patrząc na niego z miną marzącą.
Teraz nastąpił podział „niespodzianek.” Każde z dzieci, odchodząc od stołu, unosiło jedną z tych wielkich złoconych paczek, których obsłonę pospiesznie zdzierały i wyjmowały z nich zabawki, dziwaczne stróżki z cienkiego papieru ptaki i motyle. Ale największą radość sprawiały petardy. W każdej „niespodziance” była petarda, którą chłopcy odważnie ciskali, uszczęśliwieni łoskotem, a dziewczynki zamykały oczy, poprawiając się po razy kilka. Przez chwilę słychać było tylko suchy trzask strzałów. Wśród tego hałasu dzieci wróciły do salonu: gdzie fortepian bezustannie wygrywał figury kadryla.
— Zjadłabym ciasteczko — szepnęła panna Aurelia siadając.
Przed opustoszałym stołem, pokrytym jeszcze resztkami tego olbrzymiego deseru, panie zasiadły teraz. Było ich ze dwanaście, co przezornie czekały na to, by mogły zjeść cokolwiek. Malignon pospieszył z usługą, ponieważ nie było żadnego służącego. Wypróżnił czekoladnicę, zajrzał do butelek, a nawet znalazł lody. Ale pomimo swej uprzejmości wciąż wracał do szczególnego pomysłu, jaki miano zamykając żaluzje.
— Jesteśmy tu jak w piwnicy — powtarzał.
Helena stała, rozmawiając z panią Deberle. Ta wracała do salonu, i młoda kobieta miała iść za nią, kiedy uczuła, że ktoś ją dotyka z lekka. Doktór stał za jej plecami i uśmiechał się. Nie odstępował jej.
— Pani nic nie jesz? — zapytał.
Te tak pospolite słowa wymówił z takim wyrazem prośby, że Helena uczuła się ogromnie zmięszana. Zrozumiała dobrze, że ma na myśli co innego. Ona sama była podbudzona tą wesołością, co ją zewsząd otaczała. Cały ten mały światek skaczący i krzyczący zarażał ją swoją gorączką. Zarumieniona, z błyszczącemi oczyma, odmówiła naprzód.
— Nie, dziękuję, nic nie chcę.
On nastawał wciąż; wówczas zaniepokojona, chcąc się go pozbyć, rzekła:
— A więc dobrze, proszę o filiżankę herbaty.
Pobiegł i przyniósł. Ręce jego drżały, podając filiżankę. Ona piła, on się zbliżył do niej z ustami drżącemi, na których było już wyznanie, co mu się z serca wyrywało. Helena cofnęła się, podała mu próżną filiżankę, i zanim ją postawił na stole, umknęła, zostawiając go samego w jadalnej sali z panną Aurelią. Stara panna systematycznie przeglądała talerze i powoli coś żuła.
W głębi salonu fortepian brzmiał wciąż. Bal w pełnym rozkwicie z wszystkich stron huczał śmiechem, tańcem i najwyższem weselem. Joanna i Lucyan tańczyli kadryla; otoczono ich kołem, ciekawie przypatrując się. Mały markiz mięszał trochę figury; nie mylił się tylko, kiedy trzeba było obejmować Joannę; wówczas chwytał ją w pół i okręcał. Joanna tańczyła jak pani, dąsając się trochę, że gniótł jej kostium, ale chwilami zapominała się, porwana ogólnym prądem wesołości, z kolei sama go chwytała i podnosiła z ziemi. Fraczek z białego atlasu łączył się wówczas z suknią haftowaną w kwiaty i ptaki dziwaczne, i dwie figurki ze starej porcelany saskiej nabierały dziwnego wdzięku cacka, przeznaczonego na ozdobę półki.
Po kadrylu, Helena przywołała Joannę dla poprawienia jej sukni.
— To on, mamo — mówiła mała. — Nieznośny jest gniecie mnie wciąż.
Rodzice uśmiechali się dokoła. Kiedy fortepian odezwał się znowu, wszystkie dzieciaki zaczęły tańczyć niby. Widząc jednak, że patrzą na nich, doznawały pewnej nieufności; zachowywały się poważnie i powstrzymywały od skoków, chcąc dowieść, że są dobrze wychowane. Niektóre umiały tańczyć; większość, nie znająca figur, poruszała się na miejscu nie wiedząc co począć z rękami i z nogami. Spostrzegłszy to, Paulina wmięszała się do nich.
— Muszę się w to wdać... O, smarkacze!
Wpadła pomiędzy tańczących, chwyciła jednego prawą, drugiego lewą ręką i w taki ruch wprawiła wszystkich, że aż posadzka trzęsła się. Małe nóżki tupały jak im się podobało, nie zwracając najmniejszej uwagi na fortepian, który sam tylko trzymał się taktu. Inne dorosłe osoby wmięszały się także do zabawy. Pani Deberle i Helena, spostrzegłszy dziewczynki, które nie śmiały puścić się w tany, same uprowadziły je między bawiących się. Kierowały figurami, popychały kawalerów, tworzyły kółka; matki podawały im swoich malutkich, ażeby i te również, trzymane za obie rączki, poskakały trochę. Bal doszedł do pełnego rozwoju. Tancerze z zapałem oddawali się zabawie, śmiejąc się i popychając jedni drugich, podobni do uczniów, których nagły szał ogarnia, pod nieobecność nauczyciela. Nic nie mogło być weselszego nad ten karnawał dzieciuchów, tych małych człowieczków i tych małych kobietek, co na małą skalę przedstawiali mody wszystkich ludów i fantazyę romansu i teatru. Różowe buziaki, niebieskie oczęta i delikatne kształty, nadawały kostiumom pewną świeżość dzieciństwa Był to jakgdyby bankiet w jakiejś powieści czarodziejskiej gdzie przebrani bożkowie odegrywali rolę ludzi na zaręczynach jakiegoś księcia Charmant.
Duszno tu — mówił Malignon, — muszę odetchnąć.
Wychodził zostawiając drzwi salonu otwarte. Bladawe światło z ulicy wpadało wówczas, smutno odbijając od blasku lamp i świec. I tak co kwadrans Malignon otwierał drzwi.
Fortepian nie umilkał. Mała Guirane z czarnym metylem Alzatki w blond włosach, tańczyła z arlekinem dwa razy większym od niej. Szkot jakiś tak szybko okręcał Małgosię Tissot, że ta straciła swoją puszkę od mleka. Dwie Berthier, Blanka i Zofia, nierozłączne z sobą, skakały razem. A gdzie się obrócić, wszędzie była któraś Levasseur; wszędzie się spotykało kapturki i suknie z ponsowego atłasu, w pasy czarne aksamitne. Większe dziewczynki i doroślejsze chłopaki schronili się do drugiego salonu, chcąc potańczyć swobodniej, Walentyna de Charmette, osłonięta swą hiszpańską mantylą, uczone stawiała kroki naprzeciw młodego pana co przyszedł na bal we fraku. Nagle wszyscy się śmiać zaczęli, pokazując sobie za drzwiami w kącie, małego Guiraud, dwuletniego pajaca i dzieweczkę w jego wieku, przebraną za chłopkę, trzymających się wzajemnie i mocno ściskających się, ażeby nie upaść; ukryli się tutaj i nie pytając o nic, twarzyczka przy twarzyczce kręcili się bez pamięci.
— Nie mogę już — rzekła Helena, opierając się o drzwi jadalnej sali.
I zarumieniona ruchem, bo sama skakała, dopomagając dzieciom, ochładzała się teraz wachlarzem. Pierś jej podnosiła się pod przezroczystą grenadiną stanika. I znowu uczuła na swem ramieniu oddech Henryka, który był zawsze koło niej, zawsze za nią. Widziała, że będzie mówił; ale nie miała już siły uciec przed wyznaniem jego. Zbliżył się i cicho szepnął w jej włosy:
— Kocham cię! o, kocham!
Gorący płomień objął ją od stóp do głowy. Mój Boże! przemówił, i nie będzie już mogła udawać słodkiego spokoju nieświadomości. Zaczerwienioną twarz swą ukryła poza wachlarzem. Dzieci rozbawione, rozweselone, tupały coraz mocniej. Srebrzyste śmiechy rozlegały się dokoła, cienkie głosiki, niby świergot ptasząt odzywały się ze wszystkich stron wraz z lekkimi okrzykami i piskiem zadowolenia. Taniec ten niewiniątek, zamieniony w szalony galop małych dyabełków, tchnął świeżością jakąś.
— Kocham cię! o, kocham! — powtórzył Henryk.
Zadrżała znowu, nie chcała zrozumieć. Bezprzytomna, schroniła się do sali jadalnej. Ale tu było pusto; pan Letellier tylko spokojnie spał na krześle. Henryk poszedł za nią. Ośmielił się chwycić za ręce; zadrżała, spojrzawszy na twarz jego, którą namiętność wzburzyła straszliwie. Powtarzał ciągle:
— Kocham cię... kocham cię...
— Puść mię — szepnęła słabo — puść mię, szalony jesteś...
Bal huczał, nóżki tupały z zaciętością! Dzwonki Blanki Berthier, towarzyszyły przytłumionym dźwiękom fortepianu. Pani Deberle i Paulina klaskały w dłonie, wybijając takt. Tańczono polkę. Helena widziała Joannę i Lucyana, jak trzymając się przesuwali się z uśmiechem.
Wówczas szybkim ruchem uwolniła z uścisku jego ręce i uciekła do sąsiedniego pokoju do kredensu, gdzie było już tylko dzienne światło. Nagła ta jasność olśniła ją. Przelękła się, czuła, że nie jest w stanie wrócić do salonu z twarzą, na której zapewne każdy mógłby wyczytać jej miłość. I przebiegłszy ogród, wróciła do siebie, chcąc się uspokoić; dźwięki muzyki i hałas tańca ścigał ją aż tutaj.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.