Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


IX.

W sieni małego domku Deberlów, Piotr we fraku i w białej krawatce stał przy drzwiach i otwierał je przed każdym zajeżdżającym powozem. Kłąb wilgotnego powietrza wdzierał się wówczas, i żółtawe światło dżdżystego dnia oświecało wązki przedpokój, zawieszony portyerami i napełniony zielonemi roślinami. Zaledwie druga godzina biła, a już mrok począł zapadać, jak w smutny, zimowy dzień.
Ale jak tylko służący otworzył drzwi do pierwszego salonu żywe światło, bijące z niego, olśniewało wchodzących. Spuszczono w nim żaluzye i starannie zasłonięto firanki tak, że żaden promień światła nie wciskał się ze dworu; mnóstwo lamp i świec palących się w pająku, i ściennych kandelabrach, oświecało go à giorno. W głębi saloniku którego obicia koloru rezedy przyćmiewały trochę ten blask, widać było sąsiedni wielki salon, czarny ze złotem, który jaśniał zdaleka, ozdobiony jak na bal, dawany zwykle przez panią Deberle, każdego roku w styczniu.
Dzieci zaczęły już się zbierać; Paulina ustawiała jeszcze krzesła w szeregi przed salą jadalną, której drzwi wyjęto, a na ich miejsce zawieszono czerwone portyery.
— Papo — zawołała — chodźże dopomóc! nigdy nie dojdziemy z tem do ładu.
Pan Letellier, który z załażonemi w tył rękami przypatrywał się pająkowi, pośpieszył córce na pomoc Paulina sama przynosiła krzesła. Posłuszna siostrze miała