Kartka miłości/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Miesiąc ten był dziwnie piękny. Pod ożywczemi prmieniami kwietniowego słońca ogród pokrył się jasną zielonością, delikatną i lekką jak koronka. Koło kraty łodygi powojów wypuszczały cienkie latorośle, a przewierścień w pączkach wydawał delikatny zapach. Po obu stronach trawnika strzyżonego i starannie utrzymanego, czerwone gieranie kwitły w koszach. A w głębi klomb wiązów, wciśnięty między sąsiednie zabudowania, tworzył wysoką ścianę ogrodu z gałęzi swoich, których małe listki drżały za najmniejszym powiewem wiatru.
Przez całe trzy tygodnie błękit nieba nie zasępił się ni jedną chmurką. Zdawało się, że wiosna uroczyście obchodzi święto nowej młodości, nowego wesela, co się zrodziły były w sercu Heleny. Każdego popołudnia schodziła do ogrodu z Joanną. Miała już swoje miejsce, przy pierwszym wiązie, na prawo. Stało tam krzesło jej i nazajutrz na żwirze drogi znajdywała jeszcze końce nitek, które porzucała dnia poprzedniego.
— Jesteś u siebie — mówiła do niej każdego wieczora pani Deberle; powzięła była dla niej jedno z owych gorących uczuć, które jej wystarczało na pół roku. — Do jutra! Postaraj się przyjść wcześniej, dobrze?
W istocie, Helena czuła się jak u siebie. Powoli przywykła do tego zielonego kątka i z dziecinną niecierpliwością chwili, w której się do niego udawała. W ogródku tym zachwycała ją szczególnie czystość trawnika i drzew. Ani jedna niepotrzebna trawka nie psuła ogólnej symetryi. Dróżki, gracowane co rana, miękkie były jak dywan. Oddychała tam cicho i spokojnie, nadmiar życia nie drażnił jej tutaj. Z klombów tych, zarysowanych tak czysto, z tych ścian bluszczowych, z których ogrodnik codziennie obrywa pożółkłe listki, nie wznosiło się nic, coby mąciło spokój jej ducha. Pod cieniami wiązów, zamkniętych ze wszystkich stron, ogródek ten, do którego pani Deberle przynosiła lekki zapach piżma, zamieniał się na salon. Tylko widok nieba przypominał Helenie, że jest na wolnem powietrzu; kiedy podniósłszy głowę spojrzała na nie, wówczas szeroką piersią oddychała.
Bardzo często całe popołudnia spędzały we dwie, nie widząc nikogo więcej. Joanna i Lucjan bawili się przy no gach. Długie nieraz chwile milczenia panowały wówczas między niemi. Czasem pani Deberle znudzona myśleniem mówiła całemi godzinami; nieme potwierdzenie Heleny, proste kiwnięcie głową wystarczały jej; zadowolniona, pędziła dalej, niezmordowanie przeskakując z przedmiotu na przedmiot. Były to nieskończone historye o paniach z jej kółka projekta zabaw na przyszłą zimę, uwagi gadatliwej sroczki o bieżących wypadkach, jednem słowem, cały chaos światowy, co się plątał i mięszał w ciasnej główce ładnej kobiety. Wszystko to jeszcze przeplatały nagłe wyznania miłości dla dzieci i czułe frazesy o uroku przyjaźni. Helena dawała ściskać się za ręce. Nie zawsze słuchała jej mowy ale że sama była w stanie ciągłego rozczulenia, więc te pieszczoty Julii rozrzewniały ją — uważała je jako dowód wielkiej dobroci, dobroci anioła.
Czasami zjawiał się kto z wizytą. Pani Deberle była wówczas, zachwycona. Od Wielkiejnocy zaprzestała przyjmować u siebie w soboty, bo tego wymagała pora roku. A! nie cierpiała samotności, i największą jej robiono przyjemność, kiedy ją odwiedzano bez ceremonii, w ogródku. Zajmowają wówczas szczególnie wybór okolicy, w której miała przepędzić sierpień. Z każdą osobą rozpoczynała tę samą rozmowę; rozpowiadała, że mąż jej nie będzie mógł towarzyszyć do morza; potem rozpytywała znajomych i zawsze nic mogła zdecydować się na wybór. Podróż ta miała jakoby na celu nie ją, ale Lucyana. Jeżeli piękny Malignon przybywał, siadał wówczas konno na jednem z wiejskich krzesełek. Piękny młodzieniec nie mógł znieść wsi; trzeba być szalonym, powiadał, by wydalać się z Paryża dla tego tylko, by dostać kataru nad brzegiem morza. Pomimo to jednak spierał się o wybór wybrzeża; wszystkie były szkaradne, i wyjąwszy chyba Trouville, niepodobna było znaleźć nic chociażby cokolwiek porządnego. Helena codziennie słuchała tej samej sprzeczki, i nie męczyło jej to; monotonia ta przyjemnie kołysała ją, usypiając jakgdyby na jedną nutę. W końcu miesiąca pani Deberle jeszcze nie wiedziała, gdzie pojedzie.
Jednego wieczora, kiedy Helena już wychodziła, Julia rzekła do niej.
— Jutro muszę wyjść; ale niech cię to nie wstrzymuje... Przyjdź jak zawsze i czekaj na mnie; niedługo wrócę.
Helena przystała na to. Przyjemnie spędziła całe poobiedzie w samotności. Ponad głową swoją słyszała tylko szelest skrzydeł wróbli latających między drzewami. Cały wdzięk tego zielonego ustronia przenikał ją rozkoszą, i od tego dnia najszczęśliwszą się czuła, kiedy przyjaciółka zostawiała ją samą w ogrodzie.
Coraz ściślejsze stosunki zawiązywały się między nią a rodziną Deberle. Jadała u nich niekiedy jak przyjaciółka, którą zatrzymano na obiad w chwili siadania do stołu: jeżeli zabawiła dłużej pod wiązami, i Piotr oznajmił, że dano do stołu, Julia prosiła ją, by pozostała, i Helena czasem przystawała na to. Doktór Deberle i Helena zdawali się być dobrymi przyjaciółmi; charaktery ich rozważne, trochę zimne, sympatyzowały z sobą. To też Julia często mówiła:
— Oh! doskonale byście się z sobą rozumieli... Mnie ten wasz spokój do najwyższego stopnia rozdrażnia.
Po południu doktór wracał z wizyt swoich. Znalazłszy panie w ogrodzie, siadał koło nich. Z początku Helena chciała odchodzić, by pozostawić samo małżeństwo. Ale Julia tak żywo się gniewała o to nagle odchodzenie, że teraz już pozostawała z nimi. Brała udział w codziennem wewnętrznem życiu rodziny, która zdawała się być ścisłe zjednoczona. Kiedy doktór przychodził, żona jego zawsze i jednostajnie przyjaznym ruchem nadstawiała mu twarz do całowania, i on ją całował; potem, kiedy Lucjan deptał mu po nogach, pomagał mu wleźć na kolana, i rozmawiając, trzymał go. Chłopak zamykał mu usta rączkami swemi, targał go za włosy, przerywał mowę i sprawował się tak źle, że ojciec spuszczał go wreszcie na ziemię i kazał się bawić z Joanną. Helena uśmiechała się, patrząc na tę zabawę, przerywała robotę swą i spokojnym wejrzeniem obejmowała ojca, matkę i dziecię. Pocałunek męża nie mięszał jej, swawola Lucyana rozczulała. Możnaby powiedzieć, że odpoczywała w tym szczęśliwym spokoju małżeństwa.
Tymczasem słońce pochylało się ku zachodowi; promienie jego ozłacały wierzchołki górnych gałęzi. Białe niebo promieniało łagodnem światłem. Julja, która miała zwyczaj zadawania pytań nawet osobom bardzo mało sobie znanym, raz po raz zasypywała niemi męża, nie czekając nawet na odpowiedź.
— Gdzie byłeś? co robiłeś?
On wówczas opowiadał jej o wizytach swoich, o znajomościach, co się kończyły na ukłonach, objaśniał ją o jakimś meblu lub materyi, widzianej na wystawie sklepowej. Często gdy mówił, oczy jego spotykały się z oczami Heleny. Żadne z nich nie odwracało wówczas głowy. Przez chwilę patrzyli na siebie poważnie, prosto w twarz, jak gdyby przenikali się wzrokiem aż do głębi serc swoich, potem uśmiechali się, powoli opuszczając powieki. Nerwowa żywość Julii, którą osłaniała sztuczną ociężałością, nie dawała im długo rozmawiać z sobą; młoda kobieta wtrącała się do każdej ich rozmowy. Jednakże zamieniali z sobą po kilka słów; frazesa zwykłe, pospolite, zdawały się w ich ustach nabierać głębszego znaczenia i przeciągały się po za dźwięk głosów. Każde swe słowo wzajemnie stwierdzali lekkiem skinieniem, jak gdyby ich wszystkie myśli były wspólne. Było to zrozumienie się zupełne, wewnętrzne, pochodzące z głębi istot, milczenie nie stawiało mu tamy, przeciwnie, dopomagało mu. Czasami Julia przerywała swą paplaninę, trochę zawstydzona tem, że wciąż mówi.
— I cóż? nudzisz się? — mówiła. — Mówimy o rzeczach które cię wcale nie zajmują.
— Nie, proszę nie zważać na mnie — odpowiadała Helena wesoło. Ja się nigdy nie nudzę... Lubię słuchać, i nic nie mówić.
I mówiła prawdę. Cały urok swojej tam bytności czulą zupełnie wtenczas dopiero, kiedy mogła milczeć. Z głową, pochyloną nad robotą, od czasu do czasu podnosiła oczy i zamieniała z doktorem owe długie spojrzenia, co ich przykuwały jedno do drugiego, i zamykała się w zadowoleniu, jakie jej sprawiało wzruszenie. Wyznawała już teraz przed, sobą, że między nim a nią było tajemne uczucie, coś bardzo słodkiego, tem słodszego, że nikt na świecie nie wiedział a rem. Ale tajemnica ta nie odbierała jej spokoju, bo żadna zła myśl nie zakłócała go. Jaki on był dobry dla żony swej i dla dziecięcia! Więcej jeszcze go kochała, kiedy patrzyła, jak się bawi z Lucyanem i całuje Julię. Przyjaźń ich wzmogła się od czasu, jak go widywała w kółku rodzinnem. Teraz zdawało się jej, że sama należy do nich, że nie mogą wydalić jej. W myślach swoich nazywała go Henrykiem-Nauczyła się tego, wciąż słysząc, jak go Julia nazywa. Kiedy ustami mówiła „pan,“ w głębi jej duszy powtarzała „Henryk.”
Pewnego dnia doktór znalazł Helenę samą pod wiązami. Julia wychodziła prawie codziennie.
— Ach; mojej żony niema? — rzekł.
— Nie, opuściła mnie — odpowiedziała, śmiejąc się. — Prawda, że pan przychodzi wcześniej.
Dzieci bawiły się w drugim końcu ogrodu. Doktór siadł przy niej. Sam na sam nie mięszało ich wcałe. Godzinę prawie rozmawiali o różnych rzeczach, i ani na chwilę nie przyszła im chętka zrobienia jakiejkolwiek wzmianki o uczuciu, które przepełniało ich serca. Na cóż mieli mówić? Czyż się wiedzieli już teraz tego, coby sobie powiedzieć mogli? Nie mieli nic co do wyznania. Dosyć im było być razem, w każdym przedmiocie pojmować się wzajemnie, spokojnie cieszyć się samotnością tu właśnie, gdzie on codziennie w wieczór całował żonę swoją.
Tego dnia żartował z jej upodobania do roboty.
— Nie wiem nawet — mówił — jaki jest kolor oczu pani; zawsze je masz zwrócone na igłę.
Podniosła głowę i jak zwykłe popatrzyła na niego prosto w twarz.
— Byłżebyś pan kłótliwy? — spytała łagodnie.
On mówił dalej:
— Ach! szare są... szare z odbłyskiem niebieskim, nieprawdaż?
Oto wszystko, na co się odważyli; ale wyrazy te nabierały jakiejś słodyczy nadzwyczajnej. Odtąd często ją znajdywał o zmroku. Sami nie czuli tego, że wówczas zwiększała się między nimi zażyłość. Mówili do siebie głosem zmienionym i z pewnym odcieniem pieszczotliwym, który znikał, jeżeli mieli świadków rozmowy swej. Pomimo to jednak, kiedy Julia wracała z miasta ze swą gorączkową gadatliwością, obecność jej nie przeszkadzała im; mogli nie przerywać rozmowy swej nie potrzebowali mięszać się lub odsuwać krzeseł swoich. Zdawało się. że ta piękną wiosna, ten ogródek z kwitnącemi bzami przedłużały w ich sercach pierwsze wiosenne zachwyty miłości.
Pod koniec miesiąca pani Deberle ogromnie się zajęła jednym wielkim projektem. Nagle wodziła się w niej myśl dania balu dziecinnego. Myśl ta tak opanowała jej pustą głowę, że ze zwykłym sobie pośpiechem natychmiast zajęła się przygotowaniami. Chciała urządzić coś ładnego. Bal miał być kostiumowy. Odtąd mówiła już jedynie o tym balu, u siebie, u innych, wszędzie. Nieskończone o tem rozmowy rozpoczęły się w ogrodzie. Piękny Malignon utrzymywał, że to projekt cokolwiek „głupkowaty“, raczył jednak zająć się nim i obiecał przyprowadzić jednego znajomego mu komicznego śpiewaka.
Jednego południa, kiedy wszyscy siedzieli pod drzewami Julia postawiła ważną kwestję kostiumów dla Joanny i Lucyana.
— Waham się mocno — rzekła — myślałam o pajacu w białym atłasie.
— Ależ to pospolite! — oświadczył Malignon. — I bez tego na balu tym będzie z jakie pół tuzina pajaców... Zaczekajcie, trzebaby coś wynaleźć...
I głęboko się zamyślił, trzymając w ustach gałkę laseczki swej. Tu Paulina nadbiegła, — wołając:
— Ja mam ochotę przebrać się za subretkę...
— Ty rzekła pani Deberle ze zdziwieniem — ależ ty się nie przebierzesz! Czy masz siebie za dziecko, ty, wielka pannico?... Zrobisz mi przyjemność i przyjdziesz w białej sukni.
— Szkoda! byłabym się ubawiła — mruknęła Paulina, która pomimo swych ośmnastu lat ogromnie lubiła skakać z malutkiemi dziećmi.
Helena tymczasem pracowała pod drzewem podnosząc głowę i uśmiechając się do doktora i pana Rambaud, którzy rozmawiali, stojąc przed nią.
Pan Rambaud był już na stopie poufałej u Deberle’ów.
— A Joanna — spytał doktór — jakże ją ubierzecie!
Ale tu Malignon przerwał mu mowę.
— Znalazłem!... Markiz czasów Ludwika XV!
Malignon z miną tryumfującą potrząsał laską swą. Ale zadziwił się, spostrzegłszy, że się nie zachwycano pomysłem.
— Jakto! nie rozumiecie?... Lucjan będzie przyjmował gości swoich, nieprawdaż? Ustawicie go zatem koło drzwi w ubraniu markiza z wielkim bukietem róż u boku, i będzie się kłaniał damom.
— Ależ — zarzuciła Julja — będziem mieli markizów tuzinami.
— I cóż stąd? — rzekł spokojnie Malignon. — Im więcej markizów tem śmieszniej będzie. Powiadam, że tak się należy... Trzeba koniecznie, żeby gospodarz domu był przebrany za markiza, inaczej bal będzie obrzydliwy.
Zdawał się być tak głęboko przekonany o tem, że Julja także uczepiła się tej myśli. W istocie, kostium markiza Pompadour z białego atlasu, haftowanego w bukieciki, to będzie ślicznie.
— A Joanna? — powtórzył doktór.
Dziewczynka zbliżyła się i z wyrazem pieszczoty oparta się o ramię matki. Helena miała już otworzyć usta, kiedy ona szepnęła:
— O mamo, pamiętasz, coś mi obiecała?
— Cóż takiego? — spytano dokoła.
Dziewczynka błagającym wzrokiem patrzyła na matkę. Helena odpowiedziała — uśmiechając się.
— Joanna nie chce, by wiedziano o jej kostiumie.
— Tak, tak! — zawołało dziecię. — Żadnego nie robi się efektu, kiedy kostium wiadomy.
Zaczęto żartować z tej kokieteryi. Pan Rambaud miał ochotę podrażnić dziecię. Od jakiegoś czasu Joanna dąsała się na niego, i biedny człowiek zrozpaczony, jak ma odzyskać łaskę u swojej małej przyjaciółki, próbował drażnić ją, że to ich zbliży znowu. I teraz, patrząc na nią — powtórzył razy kilka:
— Ja powiem, ja powiem... Dziewczynka zbladła. Jej miła, schorowana twarzyczka nabrała jakiegoś dzikiego wyrazu, na czole pojawiły się dwie wielkie zmarszczki, podbródek przedłużył się i drżał nerwowo.
— Ty — jąkała — ty nie powiesz nic...
A kiedy on wciąż udawał, że chce mówić, rzuciła się do niego — wołając:
— Milcz, ja chcę, żebyś milczał!... Chcę!...
Helena nie miała czasu przewidzieć tego napadu, jednego z tych wybuchów wściekłego gniewu, które niekiedy straszliwie wstrząsały dziewczynką. — Rzekła tylko surowo.
— Joanno, strzeż się, będziesz ukarana!
Ale Joanna nie słuchała, nie słyszała. Drżąc od stóp do głowy, tupiąc, dusząc się, wciąż powtarzała: „Ja chcę’ ja chcę!...” a głos jej stawał się coraz chrapliwszy, coraz dzikszy; zakurczonymi palcami pochwyciła ramię pana Rambaud i wykręcała je z nadzwyczajną siłą. Napróżno Helena groziła jej. Nie mogąc nic poradzić surowością i zmartwiona tą sceną przy tylu świadkach — szepnęła tylko z cicha:
— Joanno! jaką ty mi przykroić wyrządzasz!
Dziewczynka natychmiast odwróciła głowę i puściła rękę pana Rambaud. Spostrzegłszy twarz matki zmieniona i oczy pełne łez, wybuchła łkaniem i rzuciła się jej na szyję — jąkając:
— Nie, mamo... nie, mamo!
Gładziła ją po twarzy, chcąc powstrzymać łzy. Matka usunęła ją powoli od siebie. Wówczas dziewczynka, której serce pękało, straciła głowę, upadła na jedna z ławek stojących obok, i mocniej płakać zaczęła. Lucjan, któremu ją zawsze stawiano za przykład, patrzał zdziwiony i jakgdby zadowolniony. Helena złożyła robotę, przepraszając za niemiłą scenę; Julja rzekła, że wszystko trzeba przebaczać dzieciom; przeciwnie, mała miała dobre serce i tak mocno zmartwiła się teraz biedaczka; była już aż nadto ukarana. Przywołała ją do siebie, chcąc pocałować, ale Joanna nie chciała przyjąć przebaczenia i nie wstała z ławki, dusząc się tylko łzami.
Pan Rambaud i doktór zbliżyli się do niej. Pierwszy pochyli! się i wzruszonym głosem zapytał:
— Czegoś się pogniewała, kochanko, cóżem ci zrobił?
— Och! — rzekło dziecię, odejmując rączki i ukazując wzburzoną twarzyczkę — chciałeś mi zabrać mamę.
Doktór, który słuchał tego, zaśmiał się. Pan Rambaud nie zrozumiał od razu.
— Co ty mówisz?
— A tak, w tamten wtorek... O, dobrze wiesz o tem ukląkłeś, pytając mnie cobym powiedziała na to, gdybyś pozostał u nas.
Doktór nie śmiał się już. Zbladłe usta drżały. Przeciwnie, pan Rambaud zarumienił się, zniżył głos i wyjąkał:
— Ależ powiedziałaś, że będziemy zawsze bawili się razem.
— Nie, nie, nie wiedziałam — odpowiedziało dziecię x gwałtownością. — Nie chcę teraz, słyszeć!.. Nie mów o tem nigdy, nigdy, a będziemy w przyjaźni.
Helena stojąc z koszykiem, do którego złożyła była swą robotę, usłyszała te ostatnie słowa.
— Chodźmy Joanno — rzekła. — Kto płacze, nie powinien tem nudzić nikogo.
Ukłoniła się, popychając przed sobą. Doktór bardzo blady, nie spuszczał z niej oka. Pan Rambaud był zmięszany. Tymczasem pani Deberle i Paulina, przy pomocy Malignona, obracały Lucjana na wszystkie strony, żywo rozprawiając, jak mu będzie do twarzy w kostiumie markiza Pompadur.
Nazajutrz Helena sama była pod wiązami. Pani Deberle, zajęta balem, wzięła z sobą Lucyana i Joannę. Doktór wróciwszy wcześniej niż zwykle, żywo zbiegł z ganku; i nie usiadł, tylko chodził wokoło młodej kobiety i obrywał z drzew kawałki kory. Helena podniosła oczy, zaniepokojona jego wzruszeniem; potem trochę drżącą ręką szyła dalej.
— Pogoda zaczyna się psuć — rzekła zakłopotana milczeniem. — Dzisiaj jest prawie zimno.
— Mamy dopiero kwiecień — szepnął usiłując mówić spokojnym głosem.
Zdawał się chcieć odejść. Ale wrócił i nagle zapytał:
— A więc wychodzisz pani za mąż?
Pytanie to zdziwiło ją tak. że upuściła z rąk robotę. Była bardzo blada. Największym wysiłkiem woli zachowała twarz marmurową; oczami szeroko rozwartemi, milcząc patrzyła na niego. On znowu błagającym tonem przemówił:
— Och, proszę pani, jedno słówko, jedyne... Czy wychodzisz za mąż?
— Tak, być może, cóź to pana obchodzi? — rzekła nakoniec tonem lodowatym.
On zrobił gwałtowny ruch i zawołał:
— Ależ to niepodobieństwo!
— Dla czego? — rzekła, nie spuszczając z niego oczu.
Pod tym wzrokiem, który mu zamykał słowa na ustach, musiał zamilknąć. Jeszcze chwilę postał, podnosząc ręce do skroni; potem lękając się, by nie popełnił jakiego szaleństwa, oddalił się; ona zaś wzięła się niby spokojnie do roboty.
Ale znikł odtąd cały powab tych wieczorów. Nazajutrz wprawdzie, doktór był znowu czułym i posłusznym jak dawniej, ale Helena mięszała się, jak tylko pozostawała z nim sama. Nie było już owej miłej poufałości, owego pogodnego zaufania, które dotąd pozwalało im być spokojnie jedno obok drugiego, która dawało im niezmąconą niczem, czystą radość z tego, że byli razem. Pomimo wszelkich usiłowań, jakich dokładał, by jej nie przestraszyć, patrzał czasem na nią z gwałtownem drżeniem, z twarzą zaognioną, zaczerwienioną. Ona sama utraciła swój dawny spokój, jakieś dreszcze przechodziły ją, opuszczała nieraz zmęczone ręce i czuła niemoc jakąś w całem ciele. Cały świat namiętności i żądz zdawał się budzić w nich.
Do tego doszło, że Helena nie pozwalała Joannie oddalać się od siebie. Doktór wciąż spotykał między sobą a nią tego świadka, który go śledził wciąż swemi czystemi oczami. Najwięcej jednak Helena cierpiała nad tem że nagle zaczęła się uczuwać zmięszaną wobec pani Deberle. Kiedy ta wracała z włosami rozrzuconemi ze swoich wycieczek po Paryżu i nazywając ją „moja droga,“ opowiadała gdzie była i co robiła, Helena nie mogła już jej słuchać spokojnie i z uśmiechem; czuła w swem sercu jakąś burzę uczuć, których nie chciała zrozumieć. Był między niemi niby wstyd, niby żal. Potem uczciwa jej natura brała górę; wyciągała rękę do Julii, nie mogła jednak wstrzymać się od fizycznego dreszczu, jaki sprawiało jej dotknięcie palców przyjaciółki.
Tymczasem pogoda zepsuła się. Deszcze zmusiły szukać schronienia w japońskim pawilonie. Ogród, tak czysty przedtem, zamienił się na jezioro. Jak tylko jednak jaki promień słońca przedarł się pomiędzy dwiema chmurami, trawy natychmiast podnosiły główki swe, otrząsając się z wilgoci, a na każdym kwiatku bzu, zwisała perełka wody. Pod wiązami wielkie krople spadały.
— Na koniec w sobotę — rzekła pewnego dnia pani Deberle. — Ach! moja droga, padam ze znużenia... Nieprawdaż? przyjdziecie o drugiej. Joanna otworzy bal z Lucyanem.
I zachwycona przygotowaniami balu swego, a zarazem ulegając potrzebie wylania się, objęła Helenę i mocno ucałowała w oba policzki.
To w nagrodę za moje trudy — rzekła wesoło. — A zasłużyłam na nią, nabiegałam się, dosyć! Zobaczycie jak to się uda wybornie.
Helena chłodno przyjęła pieszczotę po nad jasną główką Lucyana, który się zawiesił na szyi ojca, doktór patrzał na obie kobiety.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.