Kartka miłości/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


I.

Lampka nocna paliła się na kominie; zasłaniała książka, której cień zalewał połowę pokoju. Spokojne światło padało na stolik i kanapkę, tonęło w grubych fałdach aksamitnych firanek, migotało w zwierciedle palisandrowej szafy, stojącej między dwoma oknami. Niebieska barwa obicia, mebli i dywanu, harmonijna symetrya pokoju, nadawała mu w mroku nocnym pewien wdzięk mglisty, nieokreślony. Naprzeciw okien, w cieniu, stało łóżko, pokryte również aksamitem; tworzyło ono czarną masę, z pośród której bieliły się tylko prześcieradła. Helena, z rękami skrzyżowanemi w spokojnej postawie matki i wdowy, lekko oddychała.
Zegar uderzył pierwszą. Cisza głęboka panowała do koła; zdała tylko na te wyżyny Trocadero dochodził głuchy huk Paryża. Oddech Heleny tak był lekki, że pierś nie podnosiła się prawie. Spała snem pięknym, spokojnym i silnym; profil miała regularny, włosy kasztanowate mocno związane; pochyliła głowę naprzód, jak gdyby usnęła przysłuchując się. W głębi pokoju otwarte drzwi prowadziły do przyległego gabinetu.
Nic nie przerywało ciszy. Pół do drugiej wybiło. Chód zegara przyciszony był; wahadło jego zdawało się także poddawać sennej atmosferze, która ogarniała cały pokój. Lampka spala, meble spały; na stoliku, obok zgaszonej lampy kobieca robótka leżała uśpiona. Helena miała we śnie wyraz powagi i dobroci.
W chwili, kiedy druga wybiła, w głębi gabinetu dało się słyszeć westchnienie, które przerwało spokój; potem szmer bielizny — potem znowu cisza. Teraz już słychać było ciężki oddech. Helena nie poruszyła się. Nagle się podniosła. Obudził ją głos dziecka niewyraźnie coś mówiącego i jak gdyby skarżącego się na ból jakiś. Niezupełnie jeszcze rozbudzona, podniosła ręce do skroni, ale natychmiast zeskoczyła na dywan, usłyszawszy głuchy krzyk.
— Joanno!... Joanno!... co tobie? odpowiedz mi! — pytała.
Dziecko milczało. Pobiegła po lampkę, szepcząc:
— Mój Boże! niezdrowa była, nie powinnam była kłaść się.
Szybko weszła do gabinetu; głucha cisza panowała tutaj. Drżąc światło lampki rzucało tylko okrągłą jasną plamę na sufit. Helena pochyliwszy się nad żelaznem łóżeczkiem, nie mogła zrazu nic rozróżnić. Potem między rozrzuconemi prześcieradłami ujrzała Joannę sztywnie leżącą, r. odrzuconą głową, z muszkułami szyi wyprężonymi i twardymi; oczy miała otwarte, utkwione w strzałę, na której firanki były zawieszone.
— Mój Boże! mój Boże! — zawołała — mój Boże! ona umiera!
I postawiwszy lampkę, drżącemi rękami dotykała córki. Nie mogła znaleźć pulsu. Serce zdawało się milczeć. Rączki, nóżki gwałtownie się wyciągały. Szał ją ogarnął; przerażona bezprzytomna wołali tylko:
— Moje dziecię umiera! na pomoc!... Moje dziecię! moje dziecię!
Wróciła do pokoju; sama nie wiedziała co robi, kręciła się na miejscu i trącała o meble. Potem wróciła do gabinetu i znowu przypadła do łóżka, wciąż wołając o pomoc. Wzięła Joannę na ręce, całowała jej włosy, przesuwała ręce po ciele, błagając by przemówiła do niej. Jedno słowo, tylko jedno. Co ją bolało? Może chciała trochę lekarstwa wczorajszego? Może powietrze orzeźwiłoby ją? I upiera się przy tej myśli, że musi jej coś odpowiedzieć.
— Powiedz mi, Joanno, oh, powiedz mi, proszę cię!
— Mój Boże, co tu począć? Tak nagle, w nocy. Nawet światła nie ma. — Myśli jej plątały się. Wciąż mówiła do córki, pytając ją i odpowiadając za nią. To ją tak w żołądku bolało; nie, w gardle. Ale to przejdzie. Trzeba się tylko uspokoić. I starała się zachować przytomność umysłu — ale traciła już prawie,, czując na ręku sztywne swe dziecię, lezące w konwulsyach i bez oddechu. Patrzała na nią: usiłowała myśleć i opierała się potrzebie krzyczenia, którą w sobie czuła. Nagle mimo woli, krzyknęła.
Przebiegła salę jadalną i kuchnię — wołając: — Rozaljo! Rozaljo!.. Prędko doktora!... Moje dziecię umiera!
Służąca, która spała w małej izdebce za kuchnią, zaczęła wykrzykiwać. Helena wróciła się biegnąc. Była w koszuli tylko i zdawała się nie czuć chłodu nocy, bardzo jeszcze zimnej w lutym. Ależ ta sługa da umrzeć dziecku! Minuta zaledwie upłynęła. Wróciła do kuchni, potem znowu do pokoju. I po omacku, szybko włożyła spódnicę, zarzuciła szal na ramiona. Przewracała meble, gwałtowną swą rozpaczą napełniła cały pokój, gdzie przed chwilą tak głęboka panowała cisza. Potem włożyła pantofle i, pozostawiwszy za sobą drzwi otwarte, zbiegła trzy piętra w tej myśli, że ona tylko jedna potrafi sprowadzić doktora.
Odźwierny pociągnął sznurek, Helena znalazła się za bramą; w uszach jej szumiało, w głowie było pusto. Szybko przebiegła ulicę Vineuse i zadzwoniła do doktora Bodin, który poprzednio już leczył Joannę. Po długim, jak wieczność czasie, służący oznajmił jej, że doktór jest przy łożu rodzącej kobiety. Helena osłupiała. Nie znała innego doktora w Passy. Czas jakiś szła ulicą, patrząc na domy. Zimny wiatr przeszywał ją; szła w pantoflach po śniegu, który upadł z wieczora. I wciąż widziała przed sobą córkę swą i wciąż myślała, że zabije ją, jeżeli nie znajdzie doktora. Wróciła na ulicę Vineuse; tu pochwyciła za dzwonek jakiś; może dostanie adres doktora jakiego. Znowu zadzwoniła, tak długo nie otwierano. Wiatr ociskał jej spódnicę koło nóg i rozrzucał włosy.
Nakoniec służący otworzył i powiedział, że doktór Deberle już w łóżku Zadzwoniła do mieszkania doktora, a więc niebo nie opuściło jej jeszcze! Popchnęła służącego i weszła powtarzając:
— Moje dziecię, moje dziecię umiera!... Powiedz mu niech przyjdzie.
Wbiegła na piętro, walcząc ze służącym i na wszystkie uwagi jego odpowiadając to tylko, że dziecię jej umiera. Wszedłszy do pokoju, zgodziła się zaczekać. Ale jak tylko usłyszała, że doktór w sąsiednim pokoju wstaje, zbliżyła się do drzwi i przemówiła do niego.
— Natychmiast, panie, błagam pana... Moje dziecię umiera!
I kiedy doktór wszedł ubrany już prawie, ale bez krawatki, nie dała mu jej szukać. Poznał ją. Mieszkała w sąsiednim domu i była lokatorką jego. Kiedy dla skrócenia drogi prowadził ją ogrodem do drzwi, które łączyły oba mieszkania, nagle przypomniała sobie o tem.
— To prawda, szepnęła, jesteś pan doktorem, i wiedziałam o tem... Widzisz pan, straciłam przytomność... Spieszmy.
Na wschodach chciała, by szedł przed nią. Samego Boga nie byłaby wprowadzała do siebie z większą czcią. Na górze Rozalia czuwała przy Joannite i zapaliła lampę stojącą na stole. Wszedłszy do pokoju, doktór natychmiast wziął tę lampę i zbliżył ją do dziecka nieruchomie wyprężonego; głowa tylko opadła; i twarzyczka drgała raz po raz. Zacisnąwszy usta, nic nie mówił naprzód. Helena patrzyła ma niego z niepokojem. Spostrzegłszy ten modlący się do niego wzrok matki, szepnął.
— To nic... Ale nie można jej tutaj zostawiać. Potrzebuje powietrza.
Helena szybkim, silnym ruchem podniosła dziecię. Byłaby ucałowała ręce doktora za to jedno, dobre słowo; balsam pociechy spłynął na nią. Ale zaledwie złożyła ją na swem wielkiem łóżku, biedne ciałko dziewczątka poczęło rzucać się w gwałtownych konwulsyach. Doktór podniósł zasłonę lampy, białe światło zalało pokój cały. Otworzył okno i kazał Rozalii podnieść firanki u łóżka. Helenie znowu serce ścisnęło się niepokojem trwożliwie i szeptała:
— Ależ ona umiera, panie!... Spójrz pan, spójrz!... Jak się zmieniła!
On nie odpowiadał, uważnie tylko śledził objawy paroksyzmu. Wreszcie rzekł:
— Wejdź pani do alkowy i trzymaj ją za ręce, żeby się nie zadrasnęła. Tak, z lekka, nie tak mocno... Uspokój się pani, nie można przerywać paroksyzmu.
I oboje, pochyliwszy się nad łóżkiem, podtrzymywali Joannę, która gwałtownie się rzucała. Doktór zapiął był suknię swą, dla zakrycia gołej szyji. Helena miała na sobie szal, który była zarzuciła na ramiona. Ale Joanna szamocząc się rozwiązała szal i rozpięła suknie doktora. Nie spostrzegli tego nawet. Nie widzieli siebie wcale.
Powoli, chora uspokajała się, ale wpadła w stan wielkiego osłabienia. Doktór zapewnił wprawdzie matkę, co do końca paroksyzmu, pomimo to jednak sam miał minę zafrasowaną. Wciąż spoglądał na chorą, wreszcie zadał kilka pytań Helenie, stojącej koło łóżka.
— Ile ma lat?
— Jedenaście i pół.
Znowu zamilkł. Potrząsł głową, pochylił się, podniósł zamkniętą powiekę Joanny i popatrzył na błonę. Potem Janowu zapytał, nie podnosząc oczu.
— Czy miewała dawniej konwulsye?
— Tak, ale ustały około szóstego roku... Bardzo jest delikatna. Od kilku dni była niezdrowa. Miewała kurcze i chwilami traciła przytomność.
— Czy w rodzinie pani były wypadki chorób nerwowych?
— Nie wiem... Nie wiem... Matka moja umarła z choroby piersiowej.
Zawahała się, wstydząc się wyznać, że prababka jej była w domu obłąkanych. W rodzinie jej częste były podobne tragiczne wypadki.
— Uważaj pani — zawołał doktór — nowy atak.
Joanna otworzyła oczy. Błędnym wzrokiem powiodła dokoła, ani słowa nie mówiąc. Potem utkwiła oczy w jeden punkt, rzuciła się w tył, wyciągnęła jak struna i zesztywniała. Była bardzo czerwona. Nagle zbladła, zsiniała, i konwulsye na nowo się rozpoczęły.
— Trzymaj ją pani — rzekł doktór. — Weź ją za drugą rękę.
Podbiegł do stołu, na którym wchodząc postawił był swoją apteczkę. Wrócił z fleszeczką, z której dał dziecku powąchać. Ale skutek był straszny; Joanna rzuciła się tak silnie, że się wyrwała z rąk matki.
— Nie, nie, nie eteru! — zawołała Helena, uczuwszy zapach. — Eter doprowadza ją do szaleństwa.
Zaledwie zdołali ją utrzymać we dwoje. Podnosząc się na piętach i karku, jak gdyby złamana we dwoje, gwałtownie się kurczyła. Potem opadła, i z jednej strony łóżka na drugą przerzucała. Pięście miała zaciśnięte i wielki palec zgięty ku dłoni; chwilami otwierała je i rozszerzając palce, starała się pochwycić coś, coby mogła zgnieść. Natrafiwszy na szal matki, uczepiła się go. Matkę to szczególnie dręczyło, że jak powiadała, nie mogła poznać swej córki. Biedny jej anioł tak łagodną miał twarzyczkę; a teraz wykrzywione rysy, oczy głęboko wpadłe zmieniły ją do niepoznania.
— Zrób pan cokolwiek, błagam pana — wyszeptała. — Nie mam już sił.
Przypomniała sobie właśnie, że córka jednej ze znajomych jej w Marsylii umarła, zaduszona w takim ataku. Może doktór zwodził ją, nie chcąc przestraszać. Co chwilę zdawało jej się, że czuje na swej twarzy ostatnie tchnienie Joanny, której ciężki oddech zatrzymywał się często. Wzruszona i przerażona zapłakała ze strachu i z litości zarazem. Łzy jej padały na niewinne ciałko dziecięcia, które odrzuciło wszystko, co ją okrywało.
Tymczasem doktór długimi giętkimi palcami lekko naciskał dół szyi chorej. Paroksyzm złagodniał. Po kilku jeszcze ruchach mniej już gwałtownych, Joanna leżała bezwładnie. Padła na sam środek łóżka z wyprostowanem ciałem, z rękami wyciągniętemi, głowę opartą na poduszce pochyliła na piersi. Wyglądała jak Chrystus dziecięciem. Helena pochyliła się nad nią i długi pocałunek złożyła na czole.
— Skończyło się już? — zapytała półgłosem. — Jak pan sądzisz, czy paroksyzm powtórzy się jeszcze?
Doktór zrobił dwuznaczny ruch... Wreszcie odpowiedział.
— W każdym razie, następne będą już mniej gwałtowne.
Kazał Rozalji podać sobie szklankę i karafkę. Nalał połowę szklanki, wziął dwie inne flaszki, odrachował krople i z pomocą Heleny, która podniosła głowę dziecka, wlał pomiędzy zaciśnięte zęby łyżeczkę lekarstwa tego. Lampa jasno bardzo paliła się, białem swem płomieniem oświecając nieporządek pokoju, którego meble poprzewracano. Ubranie, które Helena udając się na spoczynek rzuciła była na poręcz fotelu, ześliznęło się i upadło na dywan. Doktór stąpił na gorset, podniósł go, by mu się nie plątał pod nogami. Zapach koszyka (verbena) rozchodził się z rozrzuconego łóżka i z leżącej na meblach bielizny. Całe życie codzienne kobiety, we wszystkich jego szczegółach a nawet tajnikach, gwałtownie zostało odsłonięte. Doktór sam przyniósł miednicę, umoczył ręcznik i przyłożył go do skroni Joanny.
— Pani zaziębi się — rzekła Rozalia, trzęsąc się o zimna. — Możeby można zamknąć okno. Nadto chłodno.
— Nie, nie — zawołała Helena — zostaw okno otwarte... Nieprawdaż, panie?
Lekki wiatr wciskał się do pokoju i podnosił firanki. Nie czuła tego. Szal nawet zupełnie się zsunął z ramienia, odkrywając górną część piersi. Z tyłu warkocz się rozplótł, i promienie włosów spływały aż do pasa. Podniosła w górę rękawy, odsłaniając nagie ramiona, by mieć większą swobodę ruchów; myśląc tylko o dziecku, zapominała o wszystkiem. A obok niej doktór krzątał się, nie myśląc również ani o kurtce rozpiętej, ani o kołnierzu od koszuli, który Joanna oderwała.
— Podnieś ją, pani, trochę — rzekł. — Nie, nie tak.. Daj mi pani swą rękę.
Wziął jej rękę i sam ją podłożył pod głowę dziecka, któremu chciał dać znowu lekarstwo. Potem przywołał ją do siebie. Posługiwał się nią jak pomocnicą; a ona ślepo go słuchała, widząc że córka spokojniejsza.
— Proszę tutaj... Głowę jej oprzesz, pani, na swojem ramieniu, a ja słuchać będę.
Helena spełniła rozkaz. Pochylił się nad nią, chcąc przyłożyć ucho do piersi Joanny. Policzkiem swym dotknął nagiego jej ramienia; i badając serce dziecka, mógłby był usłyszeć bicie serca matki, kiedy podniósł głowę, oddech jego spotkał się z oddechem Heleny.
— Tutaj wszystko jak się należy — rzekł spokojnie.
Jej oczy rozjaśniły się.
— Połóż ją pani napowrót. Nie trzeba jej męczyć więcej.
Nowy paroksyzm nastąpił. Był już daleko słabszy. Joanna wyszeptała kilka słów niezrozumiałych. Dwa razy jeszcze w krótkich przerwach paroksyzmy ponawiały się, ale bardzo słabo i natychmiast kończyły. Dziecię tak opadło z sił, że doktór znowu się zaniepokoił. Ułożył ją sam, głowę wysoko; okrył kołdrą aż po szyję i z godzinę jeszcze czuwał nad nią, zdając się czekać, by zaczęła naturalnie oddychać. Z drugiej strony łóżka Helena nieruchoma czekała również.
Powoli rysy Joanny wypogodziły się zupełnie. Płowe światło lampy oświecało ją. Twarzyczka wróciła do dawnego, ślicznego owalu, trochę długiego, ale wdziękiem i delikatnością rysunku przypominającego główkę kozy. Wielkie powieki niebieskawo-przezroczyste spuszczone były, ale musiały być pod niemi ciemne oczy, pełne blasku. Kształtnym noskiem lekko oddychała, na wargach trochę dużych błąkał się uśmiech. I tak spała spokojnie na poduszce, zasłanej włosami czarnymi jak atrament.
— Na teraz skończyło się już naprawdę — rzekł doktór półgłosem!
I odwrócił się, porządkując flaszki i gotując się dc odejścia. Helena zbliżyła się w błagalnej postaci.
— Oh! panie — wyszeptała — nie opuszczaj mnie. Zaczekaj jeszcze trochę. A gdyby się paroksyzmy wróciły... Uratowałeś ją pan.
Zrobił znak, że nie ma się już czego obawiać. Został jednak dla jej spokojności. Ona odesłała Rozalję, by się znowu położyła. Wkrótce zaczęło świtać, dzień był łagodny pochmurny; biały śnieg leżący na dachach odbijał wyraźnie od szarych obłoków. Doktór zamknął okno Od czasu do czasu, wśród głębokiej ciszy zamieniali ze sobą po słów kilka.
— Nie ma nic ważnego, upewniam panią, — mówił doktór. — Tylko w jej wieku potrzeba wielkiej troskliwości... Musisz pani szczególnie starać się o to, by wiodła życie równe, spokojne, bez wstrząśnień.
Po chwili Helena przemówiła z kolei:
— Ogromnie jest nerwowa i delikatna... Nie zawsze mam władzę nad nią Drobnostką jaką nieraz tak żywo cieszy się lub martwi, że mię tem aż niepokoi... Kocha mię z taką namiętnością i taką zazdrością, że się zanosi od płaczu, jeżeli widzi, jak pieszczę inne dziecko.
Potrząsł głową, powtarzając:
— Tak, tak, nerwowa, zazdrosna... Doktor Bodin leczy ją, nieprawdaż? Pomówię z nim; wspólnie się naradzimy nad energicznymi środkami.. Dziecko jest w tym wieku, gdzie kwestya zdrowia kobiety rozstrzyga się.
Widząc go tak przychylnym, Helena uczuła się rozrzewnioną.
— Ach, panie, jakże wdzięczną panu jestem za jego dobroć!
Słowa te głośniej wypowiedziała i przestraszyła się zaraz, sądząc, że obudziła tem Joannę. Dziecko spiło; śliczna była z rumieńcem na twarzy i uśmiechem na ustach. W mieszkaniu, do którego wrócił spokój, zawisła atmosfera poprzedniej ociężałości. Obicia, meble, odzienie porozrzucane znowu zaczęły drzemać. Wszystko kąpało się i wypoczywało w szarym brzasku dnia, co wpływał do pokoju przez oba okna.
Helena znowu stała z jednej strony łóżka, doktór z drugiej. Między nimi Joanna spała, lekko oddychając...
— Ojciec jej często chorował — przemówiła Helena z cicha, wracając do poprzedniego pytania. — Ja zawsze byłam zdrowa.
Doktór, który dotąd nie patrzał na nią jeszcze, podniósł oczy i nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, widząc ją tak silną i zdrową. Ona uśmiechnęła się także swoim spokojnym uśmiechem. Czuła się szczęśliwą ze zdrowia swego.
On nie spuszczał z niej oka. Nie zdarzyło mu się dotąd spotkać tak skończonej piękności. Słusznego wzrostu, wspaniałej postaci, była to Junona szatynka, szatynka złocista z odcieniem blond. Kiedy powoli obracała głowę, profil jej miał czystość linii posągu. Szare oczy i białe zęby rozjaśniły twarz całą. Podbródek okrągły, trochę duży, nadawał jej wyraz rozsądku i stałości. Wspaniała nagość tej matki szczególnie zadziwiała doktora. Szal osunął się znowu; pierś była odsłonięta, ramiona obnażone. Gruby warkocz koloru połyskującego złota spływał na szyję i gubi! się między piersiami. Pomimo spódnicy źle zawiązanej, włosów rozrzuconych i nieporządnego ubrania, zachowała wyraz majestatycznej i wzniosłej godności i skromności nie rumieniła się wcale pod tem spojrzeniem mężczyzny który zaczął uczuwać w sobie wielki niepokój.
Ona także popatrzyła na niego. Doktór Deberle miał trzydzieści pięć lat, twarz ogoloną, pociągłą, oko bystre, usta wąskie. Ona z kolei spostrzegła jego nagą szyję. I tak stali naprzeciw siebie oko w oko, a mała Joanna spała między nimi. Ale przestrzeń rozdzielająca ich, przed chwilą jeszcze tak wielka, teraz zdawała się zmniejszać, Joanna nadto lekko oddychała. Helena powolnym ruchem podciągnęła w górę szal i obwinęła się nim; doktór zapiął kołnierz od kurtki.
— Mamo, mamo — wyszeptała Joanna przez sen.
Budziła się. Otworzyła oczy, ujrzała doktora, zaniepokoiła się.
— Kto to? kto to? — spytała.
Matka całowała ją.
— Śpij, moja najdroższa, byłaś trochę słaba. To przyjaciel.
Dziecię zdawało się być zdziwione. Nic nie pamiętała. Sen ją morzył znowu; usnęła szepcząc:
— Oh, lulaj, lulaj!... Dobranoc, mateczko.. Jeżeli to twój przyjaciel, to będzie i mój.
Doktór schował apteczkę. Ukłonił się milcząc i wyszedł. Przez chwilę Helena słuchała oddechu dziecka. Potem usiadła na kraju łóżka i zadumała się; myśli i spojrzenia poszły w dal. Lampa, którą nie gaszono, bladła wstydząc się coraz większego dnia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.