Karjera panny Mańki/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XIV.
POSZUKIWANIA DENA.

Den nie był zadowolony ze siebie. Już drugi dzień upływał od śmierci Weleszowej, wczoraj zwłoki jej spoczęły w kaplicy pogrzebowej — a on wciąż nie mógł pochwycić najlżejszego wątka sprawy.
Wielkiemi krokami wzdłuż i wszerz mierzył swój pokój, jak to w podobnych razach było w jego zwyczaju a popielniczki pełne papierosowych niedopałków i tytuniowego popiołu świadczyły, że na rozmyślaniach spędził nie jedną godzinę...
Ale nic, absolutnie nic, żadnego punktu wyjścia... Raz jeszcze obrzucił wzrokiem i szafy pełne książek treści kryminalistycznej i ściany przybrane bogatą kolekcją broni oraz trofeami w postaci najprzeróżniejszych noży, kastetów, wytrychów, łomów, w niezwykłych okolicznościach życiowych zdobytych, zerknął na biurko pełne papierów, pokreślonych kabalistycznemi znakami i planami niezrozmniałemi na pierwszy rzut oka, jakby od tych niemych świadków jego mózgowych wysiłków szukając pomocy. Niestety od nich trudno było oczekiwać pomocy, lub najlżejszej wskazówki. Zniecierpliwiony poruszył ramionami, zapalił nie wiedzieć którą z kolei fajkę i uderzył się w czoło...
Postąpi tak, jak postępował w podobnych wypadkach, raz jeszcze zacznie od punktu wyjścia, sprawdzi stare dane, czy nie opuścił jakiego szczegółu, czy na coś pozornie nieznacznego a mogącego służyć cenną wskazówką, nie zwrócił dostatecznej uwagi... Raz jeszcze należało wybadać Mary, może obejrzeć jej mieszkanie — a nuż tajemnicza nieznajoma pozostawiła tam ślad jaki... Pochwycił słuchawkę telefoniczną, wymienił numer, o ile jest w domu uda się do niej natychmiast.
— Czy zastałem panią? — zapytał, posłyszawszy tradycyjne „hallo”.
— Nie! — zabrzmiała odpowiedź.
— A kto przy telefonie...
— Służąca...
— Tu mówi detektyw Den! Dzieńdobry, panienko! Czy pani wyszła na spacer?
— Pani wyjechała z Warszawy...
— Wyjechała z Warszawy? Dokąd?
— Nie wiem...
— A prędko powróci?
— Nie wiem... Zdaje się nie prędko, bo zabrała wszystkie rzeczy... Mnie wymówiła i zapłaciła z góry do pierwszego... Lada dzień się stąd wynoszę...
— Czy panienka nie wie, jaka była przyczyna tego pospiesznego wyjazdu? Może pani otrzymała jaką wiadomość?
— Nie wiem!... A o co panu detektywowi chodzi?
— At, nic... Dziękuję...
Rzucił słuchawkę, pragnąc uniknąć dalszych rozpytywań subretki, zaciekawionej zapewne magicznem słowem „detektyw”. Posłyszana wiadomość uderzyła go wielce. Więc Mary wyjechała, nie zawiadamiając słówkiem o swoim wyjeździe. Wyjazd nagły, niespodziany, po cichu, był raczej do ucieczki podobny. Czyż więcej ona wiedziała, niźli chciała powiedzieć, lub inną w całej sprawie odegrała rolę...
Zmarszczka głęboka, znamionująca skupienie myśli wielkie, zarysowała się na czole Dena. Sprawę należało natychmiast wyjaśnić. Pozostawał wszak Doriałowicz — ten może mógł uchylić rąbka tajemnicy, osłaniającej nieoczekiwany wyjazd. Nie namyślając się długo wdział palto, pochwycił kapelusz i laskę, pędząc po chwili w taksówce do mieszkania dyrektora.
Lecz i tu oczekiwało go rozczarowanie.
— Niema pana dyrektora — oświadczył mu poważny stary kamerdyner — wczoraj gdzieścić wyjechał i jeszcze nie wrócił...
— Na długo?
— Pan niema zwyczaju nas powiadamiać na jak długo wyjeżdża...
Ton kamerdynera był uprzejmie oschły i znamionował, że zamierza jaknajszybciej ukończyć wywiad. Detektyw nie dał za wygraną, gdyż przyszła mu nowa myśl do głowy.
— A pan Korski — rzekł — może jego mógłbym zobaczyć, wszak jest sekretarzem...
— Pan Korski już nie pracuje u pana dyrektora!
— Nie pracuje? Cóż się stało?
— Widocznie zwolnił go pan dyrektor!... — ton famulusa stał się jeszcze bardziej oschły.
Den skinąwszy głową, odszedł — wyczuwał, że nie zdobędzie tu żadnych informacji — snać kamerdyner, jako jedną z największych zalet swej służby — uważał dyskrecję.
Detektyw postanowił jednak zbadać sprawę do końca. Szybkim krokiem podążył do mieszkania Mary. Może w osobistej rozmowie, mniej lakoniczną będzie pokojówka i uda mu się dokładnie obejrzeć apartamencik.
Bywają jednak dnie, gdy pech, rzekłbyś przyczepiwszy się do człowieka, czyni wszystkim jego zamierzeniom na przekór. Włosi twierdzą, iż jest to skutek napotkania z samego rana męża o spojrzeniu złem i zwą podobny objaw — jettatura retarditiva. Coś w tem rodzaju napotkać musiało i Dena, bo próżno dzwonił do mieszkania Mary. Snać służąca, rada z wolności, wybiegła na spacer i nie rychło należało jej z powrotem oczekiwać.
Szczerze zły tym razem, schodził ze schodów, gdy napotkał przypadkiem dozorcę.
— Panie dozorco! — odezwał się niezwykle uprzejmie, wiedząc, że ci dygnitarze wymagają dla siebie niczem dla ministra respektu — to ta pani z drugiego piętra wyprowadziła się?
— Wyprowadziła? — zdziwił się cerber — et, nie!... Pewnikiem tylko na spacer pojechała...
— Jakto, na spacer? — zdumiał się z kolei Den — słyszałem, że w dłuższą podróż...
Wsunął „cieciowi” srebrną monetę do ręki. Ten zerknął na nią, schował do kieszeni i stał się wielce rozmowny, uważając zapewnie Dena, za jakiego amanta, daremnie stukającego do drzwi Mary.
— Jaką tam długą podróż! Może tylko tak bez pokojówkę panu wielmożnemu kazała powiedzieć... Sam widziałem, jak wczoraj jechała autem, z jednym panem wieczorem, ale bez nijakich pakunków... Zwyczajnie na zabawę...
— No... No... A jak wyglądał ten pan?
— Taki starszy. Często do panienki przychodził...
— Doriałowicz? Dyrektor?
— Oto... to... Rychtyk, dyrektor! Sam słyszałem, że go tak nazywali... I mieszkanie dla niej wynajął... A o wyjeździe nic nie wiem...
Den podziękował cerberowi i oddalił się w zamyśleniu. Więc Mary istotnie wyjechała z Warszawy, czy też ukrywa się przed nim? Dlaczego? Co miało oznaczać kłamstwo służącej? Dokąd jeździła z Doriałowiczem? Przecież powiedziała mu wyraźnie, że zerwała z dyrektorem...
Choć wszystkie te pytania odległy właściwie miały związek ze sprawą Welesza i z tajemniczą czarną damą, której poszukiwał — nie wiedzieć czemu i nie wiedzieć dlaczego, w jego umyśle poczęły się kojarzyć w pewien związek i w niespodziewanym wyjeździe dziewczyny, dopatrywał się klucza mogącego rozwiązać zagadkę.
Czy Mary chowa się? Czy ją wywieziono? — zadźwięczało w myślach pytanie. A jeśli wywieziono — komu na tem zależało, by na jakiś czas znikła dziewczyna?
— Głupstwa! — skarcił samego siebie — przecież wyjechała z Doriałowiczem? A Doriałowicz nie miał celu jej wywozić... Bawią się gdzie pewnie, na zgodę.
A może Balas wie co bliżej w tej sprawie?
Uśmiechnął się, do siebie rad z pomysłu i szybko jął dążyć w stronę Belwederskiej ulicy. Szedł Alejami Ujazdowskiemi, pustemi o tej październikowej chłodnej i dżdżystej porze — gdy ujrzał, idącą na przeciw siebie od strony Łazienek, jakąś skuloną i zmokniętą postać.
— Welesz!... — zawołał mimowoli. — Co pan tu robi?
Hipcio przystanął i uśmiechnął niewyraźnie. Wygląd jego świadczył, że jest przybity i nieszczęśliwy.
— W domu tak mi smutno, — począł tłomaczyć, — że wytrzymać nie mogę.... Wczoraj była eksportacja...
— Wiem!
— A dziś mi się zdaje, że nieboszczka po wszystkich pokojach krąży. Uciekłem... Do knajpy iść nie wypada... Od znajomych stronię, unikając zapytań... Tu w Alejach jestem sam i nikt mi nie dokucza... Czy niema pan, panie Den, żadnych wiadomości?
Na pytanie to Den był przygotowany — niestety nie mógł nic pocieszającego zakomunikować.
— Hm... Sprawa nie posuwa się naprzód... Czarna dama, jak kamień w wodę przepadła!
Hipcio posiadał jednak wielkie zaufanie do detektywa.
— Zawsze pan taki tajemniczy, a później błyskawicznie chwyta zbrodniarzów... Ale, gdzie pan teraz właściwie idzie, może mógłbym go trochę odprowadzić...
Czterdziestoletni grubas miał minę opuszczonego dziecka. Detektywowi zrobiło go się żal.
— Idę właściwie zdobyć nieco wiadomości w interesującej nas sprawie, ale skoro pan sobie życzy, może mi towarzyszyć... Nie będzie pan przeszkadzał, tem bardziej, że pragnąłbym porozmawiać z nim o niektórych rzeczach...
Hipcio dreptał przy boku detektywa, niczem przy boku troskliwej opiekunki.
— Jaki pan poczciwy, panie Den — mamrotał — że mnie pan zabiera z sobą. Właściwie wybierałem się do panny Mary, ale nie wiem czy byłaby zadowolona, czyby mnie przyjęła...
— Niema pan tam poco chodzić — zauważył — panna Mary wyjechała!
— Wyjechała?
— Tak, wczoraj z Doriałowiczem. I dotychczas jeszcze nie wróciła.
Po twarzy Hipcia, nieco już rozjaśnionej, przebiegł nowy cień smutku.
— Z Doriałowiczem? Przecież zerwała z nim? Dokąd oni wyjechali?
— Mnie również dziwi ten wyjazd! Wczoraj wyjechali, nie zabierając pakunków, do dzisiaj ich niema. Służba nic nie wie, czy też nie chce mówić... Coś mi się tu wydaje podejrzane... Idę więc do krewnych Mary, może...
— Do krewnych Mary? Ona ma tu krewnych?
— Niejaki Balas ożeniony z jej siostrą, posiada na Belwederskiej niewielką knajpkę...
— Knajpkę! Świetnie, znakomicie... Widzi pan, jak to dobrze, że poszedłem... Bo ja pannę Mary szczerze lubię i jestem niespokojny o jej los...
Wiadomość posłyszana przed chwilą, niezwykle poruszyła Hipcia. Mimo tragicznych przeżyć, obraz Mary utkwił głęboko w jego sercu, może nawet zbyt głęboko... Ujął detektywa pod ramię i widać było, że go nie opuści pod żadnym pozorem do końca.
Den tymczasem wyjaśniał dalej:
— I panu dziwny wydaje się ten wyjazd? Hm... Rzeczywiście... Bo Mary wyjeżdżając na dłużej powinna nas była zawiadomić... Zresztą wyjechała z Doriałowiczem, z którym zerwała podobno... Dziwne? Czyżby pragnęła się ukryć? W jakim celu? A może jej rola w całej tej sprawie była inna?
— Nie! nie — zawołał, poruszony do głębi tym posądzeniem, Welesz — proszę nie robić podobnych przypuszczeń! Ona uratowała mi życie!
— I ja jej nie posądzam! — odrzekł powoli Den, uśmiechnąwszy się lekko, słysząc tę gwałtowną obronę, — wcale jej nie posądzam, tylko rzucam, jako detektyw luźny wniosek... Zresztą przeczy to logice... Gdyby chciała uciekać, nie zabrałaby Doriałowicza z sobą.... Chyba ich razem porwano? Ale to mi się wydaje niezbyt prawdopodobne... Et...
Detektyw machnął ze zniecierpliwieniem ręką. Ze zniecierpliwieniem jakby spojrzał na małe parterowe domki, które mijali, skręciwszy z Aleji na dół, w podmiejską uliczkę.
Z ironją rzekł po chwili milczenia!
— Doprawdy, poczynam dochodzić do wniosku, że w naszej robocie więcej znaczy szczęście i przypadek, niźli najlepsza dedukcja!.... Ot, proszę... Od dwóch dni łamię sobie głowę i nic... i nic!.. Dla tego też chciałem panu zaproponować, panie Welesz...
— Co takiego?
— Niech pan o całej sprawie zawiadomi policję!
— Nie, nie... Nie teraz!
— Nie rozumiem, czemu pan się tak obawia policji? Oni mają do pomocy potężny aparat, ja jestem tylko skromnym prywatnym detektywem... Poniósł pan miljonową stratę, pomijając już sam fakt śmierci pańskiej małżonki.... Policja może obstawić wszystkie dworce, bo ręczę, że tamta banda będzie usiłowała wywieźć biżuterję i łatwiej pochwyci zbrodniarzy... Ja posiadłem pewien ślad i dlatego podjąłem się tej sprawy, lecz widzę, że ślad ten całkowicie ginie...
— Pan miał ślad?
— Zbyt wiele byłoby o tem mówić i łączy się to z innemi sprawami... Od jakiegoś czasu prześladuje mnie dziwny pech... Dlatego też o ile nie uda się nic zrobić do jutra, nie chcę brać sprawy na własną odpowiedzialność i usilnie proszę o zwrócenie się do władz bezpieczeństwa...
Hipciowi nie wsmak poszła propozycja detektywa. Był tak zaaferowany, że nawet nie widział, iż wciąż stąpa w największe kałuże błota.
— Kochany panie Den — jął prosić — nie trzeba tracić nadziei... Wiem, że pan ma zamiary jaknajlepsze. Ale czy uwierzy policja w historję o czarnej damie? Powie, że to zbyt nieprawdopodobne i że ja razem z Mary wymyśliliśmy tę bajeczkę, przódy nieboszczkę doprowadziwszy do samobójstwa... A potem zaraz... prasa... reporterzy... skandal.. Brr.... zimno się robi kiedy o tem pomyślę!... Cudem udało się sprawę zatuszować, choć i tak wszyscy gadają po cichu, że się żona otruła... Poniosłem miljonową stratę, ale gotów jestem na odzyskanie rzeczy i wykrycie przestępców dłużej zaczekać, byle nie narażać się na rozgłos i złośliwe posądzenia.... Czy nie mam racji? Błagam więc pana, panie Den, niechaj pan mnie nie opuszcza...
Den nie mógł nie przyznać w duchu wiele słuszności wywodom Welesza. Po raz pierwszy jednak, czuł coś w rodzaju zniechęcenia. Cała sprawa, a właściwie ten szereg spraw, w których wciąż przewijała się nieuchwytna czarna dama, mógł doprowadzić do szaleństwa!... Toć czarną damę śledził od kilku miesięcy... Przemknęła się ona, jak cień i w sprawie szweda, który znikł ze stolicy nagle w niewytłomaczony sposób, przesunęła się i w owym nierozumiałym wyjeździe Józki... Teraz znów... Nie odrzekł Weleszowi ani słówka, tylko nieokreślenie potrząsnąwszy głową, przyspieszył kroku... Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu wązkim chodnikiem, którego boki zdobiły mokre od jesiennej słoty, rachityczne drzewka. Jeszcze parę domków i zdala zajaśniał jaskrawy szyld z wielkim wymalowanym na nim ptakiem i niemniej jaskrawy napis „Pod czerwonym kogutem”.
— Ot tu...
Przodem przepuścił Welesza. W knajpce, gdy weszli, nie wielu o tej poobiedniej porze znajdowało się gości, stali bywalcy zapełniali ją przeważnie dopiero wieczorem. Za bufetem siedział pan Wawrzon, studjując gazetę, a z kuchni, jak zwykle, dobiegał melodyjny alt pani Lucki. Pozatem jeno paru pijaków po kątach, prowadziło swe nieskończone a bełkotliwe rozmowy, na tematy, których sami zapewne nie umieliby bliżej określić.
Na widok przybyłych, Wawrzon poderwał się ze swego miejsca, pospieszając na ich powitanie. Odebrał kapelusz od Dena i powiesił na wieszaku. Na Hipcia, sprawiającego dość niepozorne wrażenie, zerknął przelotnie, nie poświęciwszy jego osobie większej uwagi. Hipcio tymczasem, który przez względy przyzwoitości, nie mógł od paru dni nigdzie „swego serca kieliszkiem pocieszyć” — wciągając z lubością aromat knajpki, aromat zmięszany z wyziewów alembiku, piwa i przysmażonych tłuszczów podlejszego gatunku, komenderował:
— Panie gospodarzu... Może jaki francuski koniaczek... a potem glintwajnik, tylko z dobrego wina.... Zmarzliśmy okrutnie... A zakąskę poda pan również przyzwoitą...
Otrzymawszy podobny obstalunek, Balas odrazu nabrał respektu dla osoby niepozornego gościa. Energicznie też wytarł serwetą stół i krzesła, spozierając tylko nieco ze zdziwieniem na żałobną krepę zdobiącą rękaw Welesza oraz zastanawiając się, jaki to może łączyć stosunek owego pana, który widać trunkiem nie gardzi z detektywem. Detektyw był bowiem kompanem nieszczególnym i napojów mocniejszych niemal nie uznawał. Rychło zaspokoił Wawrzon swą ciekawość, bo postawiwszy na stół butelki i wybrane zakąski, miał się już oddalić, gdy posłyszał z ust detektywa zaproszenie:
— Usiądzie pan z nami, panie Balas...
Bezwzględnie Den przybywał, celem dokonania wywiadu i zasięgnięcia od niego języka, jak to nieraz się już zdarzało. Ten drugi pan, zaś jest zapewne poszkodowanym, i dla tego mu towarzyszy... Skłoniwszy się więc głęboko, aby tym ruchem zaznaczyć swe zadowolenie, z dopuszczenia go do wysokiej kompanji, zajął miejsce przy stoliku.
Podczas gdy Welesz napełniał jego kieliszek, Den mówił:
— Przychodzę do pana w sprawie Mary. Nie wie pan co się z nią dzieje?
— Jakto? — Balas wzruszył ramionami — co się ma z nią dziać? Jest u tego... opiekuna.
— Właśnie, że jej niema!... Wyjechała z nim gdzieś wczoraj i nie powróciła. — Myślałem, że pan wie o tej wycieczce...
— Ja, nic!... — Wawrzon doprawdy nie rozumiał, że podobnemi głupstwami przejmuje się detektyw... — Ale co się tu martwić i robić raban... Zwyczajnie zabałaganiła się ze starym, dziewucha...
Denowi i to przypuszczenie przychodziło do głowy, choć Doriałowicz nie wyglądał na hulakę, mogącego bawić drugi dzień bez przerwy... Widząc, że Balas spogląda na niego ze zdumieniem, postanowił rzecz całą bliżej wyjaśnić.
— Nie takie to proste, jakby się na pozór wydawało... — rzekł.
— Bardzo ciemna historja? — wyrwał się Hipciowi okrzyk.
— Co jest? Ciemna historja? — powtórzył Wawrzon, teraz dopiero zaczynając pojmować, że o coś znacznie poważniejszego chodzi, niźli o zwykłe zaspokojenie ciekawości, w jaki sposób szwagierka czas przepędza.
— Proszę więc dobrze uważać... — począł detektyw, który, wiedząc, że w zawikłanych kwestjach kryminalnych orjentuje się on znakomicie, postanowił zasięgnąć rady Wawrzona. Posłyszał tedy Balas i o odwiedzinach czarnej damy i o tajemniczej flaszeczce i o tem jak zawartość tej flaszeczki przeznaczona była dla Hipcia. Posłyszał dalej, jak tylko przypadkiem udało się Weleszowi, dzięki rozmowie z Mary, ujść śmierci — lecz małżonka jego popełniła samobójstwo a nieznani sprawcy skryli się z łupem miljonowej wartości. Wreszcie, jak w związku z temi wszystkiemi okolicznościami, podejrzany się staje wyjazd Mary — i może padła ona — wraz z Doriałowiczem ofiarą nowego zamachu zbrodniczej szajki.
W tym czasie na twarzy Balasa odbijały się różnorodne uczucia. Nie wiedzieć, co w nich przeważało, czy niepokój o losy szwagierki, czy zdumienie, że niepozornie wyglądający Welesz, którego tak lekceważąco z początku traktował jest równie zamożnym człowiekiem, czy podziw dla zuchwałości przestępców. Zdaje się, że to ostatnie przeważyło nawet nad zaniepokojeniem o losy Mańki, bo pokręciwszy głową i cmoknąwszy, z „fachowem uznaniem”, bąknął:
— Cie!... cie... — a to cwaniaki! Tak odwalić robote...
— Widzi pan, że sprawa poważna? Co pan o niej myśli? — zapytał Den. Mimo, że w Wawrzonie tkwił materjał na pierwszorzędnego wywiadowcę, zadanie przerastało jego siły.
— Łeb sobie złamać można! A Mańki to ja wcale nie widywałem... Ten jej opiekun to nie chciał, żeby ani ja... ani Lucka... tamuj do niej chodzili... Zły byłem nawet trochę na dziewuchę, że na taki przystała warunek. Ale cóż myślę, dla karjery!... A czy te dranie ją chyciły?...
— Otóż to właśnie!... Właśnie o to chodzi, czy niespodziewane zniknięcie panny Mary ma jaką łączność z poprzedniemi wypadkami, czy też łączności niema? Może chciano ją usunąć jako niewygodnego świadka?
Wawrzon tarł w zamyśleniu czoło.
— Głupi tu jezdem... Ja se kombinuje... trzeba poczekać!... Sama wróci szwagierka...
Tyle i bez niego wiedział Den. Tymczasem Wawrzon, snać na rozjaśnienie myśli, trąciwszy się energicznie z Hipciem, kropnął wielki kieliszek koniaku. Poczem jął snuć ogólne rozważania na temat uprowadzeń i chytrości przestępców. Niestety nie mówił nic takiego coby zasługiwało na uwagę, lub mogło choć nieco rozświetlić sprawę obchodzącą detektywa. Znać było że Balas zaszczycony zaufaniem łamie sobie głowę aby dopomóc detektywowi radą, ale żadna odpowiednia rada nie przychodzi mu na myśl... Raz po raz tylko wychylał nowe „kielunki” w czem mu dzielnie sekundował Hipcio — bo naturę miał już Wawrzon taką, że skoro zaczął pić, pił dalej — a pod surowem okiem pani Lucki rzadko zdarzała mu się podobna gratka.
Den wreszcie zniecierpliwiony tą czczą gadaniną i widząc, że rozmowa zbacza na mało go interesujące tory — postanowił odejść.
Ponieważ październikowy deszczyk, uczyniwszy łaskawą przerwę, znów ze zdwojoną siłą uderzał o szyby, wyszedł do sionki i stanąwszy na progu, wyglądał, czy nie nadjedzie jaki wehikuł mogący zabrać go do miasta.
Niestety, wokół nie widać było żywego ducha. Spłoszeni przechodnie pochowali się przed słotą, a tylko mdły blask latarni rozjaśniał mroki podmiejskiej uliczki.
Den spojrzał na zegarek. Nie było tak późno! Dochodziła dopiero siódma wieczór. Rychło pojawi się pewno jaka dorożka lub taksówka — tylko spokojnie zaczekać należy.
Gdy tak przed siebie spozierał, różne mu do głowy przychodziły refleksje.
Tak, ta droga ciągnąca się przed nim, tam w dół, w stronę Wilanowa, a nie do miasta — dobrze mu jest pamiętna. I wtedy ta czarna dama! Czyż wiecznie na jego drodze stawać będzie owa tajemnicza kobieta, której nie może wyśledzić?
Parę miesięcy temu również pracował nad podobną sprawą. Zwróciła się wówczas do niego rodzina bardzo bogatego szweda. Szwed ten, bawiąc za interesami handlowemi w Warszawie, interesy zakończył, zabrał rzeczy z hotelu, jakoby miał wyjechać i od tej pory zniknął. Poszukiwano go, przypuszczając, iż wcale nie opuścił Warszawy, lecz w stolicy uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, lub może zaciągnięty został do jakiejś spelunki, tam ograbiony ze znaczniejszej sumy pieniędzy, którą przy sobie posiadał — i w tej spelunce śmierć znalazł. Taki był i domysł Dena. Ale co, gdzie, jak, — szwed zginął, niczem kamień, rzucony w wodę.
Wtedy to właśnie po raz pierwszy natknął się Den na ową „czarną damę”. Bo badając starannie wszystkie okoliczności niezwykłego zaginięcia, zdołał jednak ustalić, że właśnie w owym dniu, w którym miał szwed jakoby opuścić Warszawę, widziano go w towarzystwie czarno ubranej kobiety, gdy jechał prywatnym samochodem do jednej willi, znajdującej się w okolicach Skolimowa. Numer samochodu pozostał nieznany — natomiast wedle otrzymanych wskazówek Den odszukał willę. Błędne musiały być jednak te wskazówki, bo nic w niej podejrzanego nie wykrył. Tam śmierci szwed nie znalazł napewno.
Splątany ten szereg niezwykłych wypadków i niedających się wyjaśnić powikłań, trapił obecnie Dena. Czarna dama w sprawie szweda — tajemnica!... Czarna dama w sprawie Józki — tajemnica! Wreszcie teraz znów... czarna dama!...
— Idjocieję! — mruknął.
Gdy tak stał zły na siebie i na świat cały, spostrzegł zdala mknące auto. Już miał wypaść przed dom i zatrzymać je skinieniem — gdy zreflektował się, że musi ono być zajęte, dąży bowiem nie do miasta, a od miasta. Auto było luksusowe — a jak wnet zauważył — prywatne i pędziło z wielką szybkością. Gdy zrównało się z nim, drgnął cały:
— Toć... Cadillac Doriałowicza!...
Tak najwyraźniej był to samochód dyrektora. Czy jednak kto znajduje się w środku? Niepodobna określić, bowiem Cadillac nie jest oświetlony od wewnątrz. Dokąd jedzie szofer? Czy po Doriałowicza i Mary?
Niepohamowana ciekawość ogarnęła Dena. Jednym susem znalazł się w pokoju.
— Nie macie roweru? — zawołał do Balasa.
Balas, który wszedł już w wielką przyjaźń z Hipciem i coś mu z ożywieniem wykładał — zadziwiony spojrzał na detektywa.
— Rower jest! Mój!... Stoi w sionce... A na co on panu potrzebny?
Ale detektyw nie miał czasu na długie wyjaśnienia.
— Biorę go i jadę!... Pewnie niedługo wrócę...
— Pan jedzie... a ja? — zerwał się ze swego miejsca Hipcio.
— Proszę na mnie zaczekać...
Den pośpiesznie wychodził z pokoju, — nagle przystanął na progu.
— Ale... ale... słuchajcie! — rzekł. — Gdybym nie wrócił za godzinę, najdalej za dwie... dacie znać policji... Powiedzcie tylko tyle... Skolimów, willa w lasku, za stacją!... Oni już będą wiedzieli...
— Kochany panie Den, co to znaczy? — wybiegł za nim Hipcio na ganek.
Nie otrzymał odpowiedzi. Detektyw bez palta i kapelusza siedział już na rowerze i za chwilę zniknął mu z oczu w mroku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.