Kamienne serce/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Kamienne serce
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Data wydania 1890
Wydawnictwo G. Centnerszwer
Drukarz Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie p0079.jpg
Rozdział III.
Napad i zwycięztwo. — Rozstanie.

Podróżni poczęli się przygotowywać do opuszczenia miejsca, gdzie się odegrała opisana powyżéj scena. Hermoza spała jeszcze, leżąc na mchu; zbudzić ją, byłoby największą nieostrożnością, jaka mogłaby fatalnie oddziałać na jéj zdrowie. Kamienne serce przeto ściął kilka mocnych gałęzi i sporządził coś w rodzaju noszy; na nich to złożono jaknajostrożniej Hermozę, a dwaj służący don Pedra wzięli je na barki.
Kamienne serce dosiadł swego konia i na znak jego mały orszak ruszył w drogę. Wzrok młodzieńca z wielkim niepokojem błądził ciągle dokoła, jak gdyby oczekiwał strasznego jakiego zjawiska. Skierował drogę przez małe wzgórze, podnóża którego wkrótce dosięgnięto. Podróżni kroczyli w znacznéj odległości za swym przewodnikiem, który, jakby na zwiady, wciąż wysuwał się naprzód, gdy naraz dało się słyszeć przenikliwe gwizdnięcie.
Meksykanie wzdrygnęli się: „Coby to miało znaczyć?“ wyszeptał niespokojnie don Pedro. „Bezwątpienia, zdrada!“ odpowiedział przyjaciel jego, don Esteban, oglądając się badawczym wzrokiem i widząc, że Kamienne serce w pewnem oddaleniu znika po za zaroślami.
Po owem złowrogiem gwizdnięciu głęboka zapanowała cisza; nic się na pozór dokoła nie zmieniło. Lecz nie upłynęły i trzy minuty, gdy rozległy się ze wszystkich stron takież gwizdnięcia, widocznie w odpowiedzi na poprzedni sygnał. Tu nadjechał Kamienne serce w galopie ku zaniepokojonemu jego nieobecnością orszakowi.
Oblicze jego bladem było, ruchy niespokojne i szybkie.
„Samiście tego pragnęli!“ rzekł w wielkiem wzburzeniu, zwracając się do podróżnych. „Powtarzam jeszcze: nie jestem odpowiedzialnym za nieszczęście, które was prawdopodobnie dotknie.“
„Co się stało? jakież niebezpieczeństwo nam grozi?“ zawołał przestraszony don Pedro.
„Zostaliście odkryci przez Indjan,“ odpowiedział Kamienne serce: „dziki oddział Pantery znajduje się wpobliżu.“
„O!“ krzyknął w najwyższem przerażeniu don Pedro. „Czyjeś wymienił miano? Pantera, ten okropny bandyta, którego niezliczone przestępstwa od lat kilku zgrozą napełniają okolicę, ten Pantera godzi na nas! Biada nam, jesteśmy zgubieni!“
„Nie on sam w własnéj osobie,“ odpowiedział uspokajająco Kamienne serce, „lecz część jego zbójeckiéj bandy. No, nadszedł czas, by użyć całéj przytomności umysłu i odwagi.“ Na znak myśliwca, położyli się wszyscy meksykanie na ziemi i poczęli w milczeniu pełzać; nawet Hermoza, która zwolna przyszła do siebie i odzyskała siły, przyjęła udział w tym osobliwym pochodzie, aczkolwiek było jéj nader trudno zdążyć za towarzyszami. Wolała jednak raczéj znosić największe trudy, aniżeli wpaść w ręce nieprzyjaciół. Krok za krokiem posuwali się naprzód podróżni z bronią w ręku, aż wreszcie w niewielkiéj odległości dojrzeli obóz indyjski. Czterech Indjan, nad lewem uchem których zatknięte sokole pióra naprowadzały na domysł, iż są wodzami, siedziało około ogniska i w milczeniu paliło po kolei fajkę.
Na rozkaz myśliwca podnieśli się zcicha meksykanie i każdy z nich schronił się za pniem potężnego drzewa.
„Pozostawiam was tu,“ rzekł Kamienne serce, „sam zaś udam się do obozu; zachowujcie się spokojnie, i, cokolwiek się stanie, nie strzelajcie, aż ujrzycie, że kapelusz swój rzucam na ziemię.“
Meksykanie skłonili, przystając, głowy, poczem Kamienne serce znikł w gęstwinie. Z miejsca, gdzie się podróżni znajdowali w ukryciu, łatwo można było widzieć, co się dzieje w obozie czerwonoskórych, a nawet, przy większem natężeniu i ciszy, słyszeć, o czém się tam mówi. Z tułowiem pochylonym naprzód, palcem na odwiedzionym kurku, wzrok zwróciwszy ku obozowi, oczekiwali meksykanie z gorączkową niecierpliwością chwili, kiedy trzeba będzie dać ognia.
Kamienne serce tymczasem zbliżył się do obozu, rozsunął nizkie krzaki i wstąpił w oświetlone przez światło ogniska koło. Zwolna kroczył ku Indjanom, a z uprzejmości, jaką odpowiedzieli na jego powitanie, łatwo można było poznać, że mąż, opiece którego powierzyli się meksykanie, nie był dla dzikich obcą osobą. W pierwszéj chwili uważał don Pedro okoliczność tę za szczęście, miał bowiem nadzieję, że Kamienne serce wpływem swym wyrobi im wolne przejście; lecz późniéj począł starzec wątpić w uczciwość młodzieńca, sądząc, że ma do czynienia ze zdrajcą. Meksykanie nie potrafili jeszcze wytłumaczyć sobie zachowania się dotychczasowego swego obrońcy, gdy nagle usłyszeli ożywioną rozprawę w obozie, z któréj doszły ich następujące słowa:
„Brat mój jest ostrożnym,“ przemówił jeden z wodzów; „opuścił on blade twarze, albowiem wie, że je Pantera przeznaczył na ofiarę strzałom Indjan.“
„Nie opuściłem bladych twarzy,“ odparł Kamienne serce stanowczym głosem. „Indjanie mylą się; jam poprzysiągł bronić białych moich braci, ile tylko siły me na to pozwolą.“
„Ależ rozkaz Pantery sprzeciwia się temu!“ zawołał inny z czterech wodzów.
„Ja nie podlegam rozkazom Pantery,“ odparł z oburzeniem Kamienne serce, „nienawidzę zdrady i nie pozwolę Czerwonoskórym na dokonanie ich morderczych zamysłów.“
„Oah!“ zawołał wódz pierwszy, „Pantera życzy sobie, aby blade twarze straciły swe skalpy.“
„Nędzniku!“ zawołał gniewnie myśliwiec, „i jam bladą twarzą, więc i mnie zabierz mój skalp!“ Z temi słowy ruchem szybkim, jak błyskawica, strącił swój kapelusz na ziemię, a jednocześnie rzucił się na wodza indyjskiego i głęboko w pierś wepchnął mu nóż. W téjże chwili zagrzmiały jak jeden cztery strzały i pozostali wodzowie potoczyli się w piasek, wydając przedśmiertne chrapanie.
Gdy się rozległy strzały meksykan, zaczęła się mordercza walka pięciu mężów przeciwko piętnastu, walka tem zaciętsza, że każdy dobrze wiedział o tem, iż żadnéj litości spodziewać się nie może. Szczęście chciało, że podróżni posiadali pistolety; wypalili z nich w nieprzyjaciół, poczem zaczęli siec pałaszami. Z dwudziestu wojowników, dwunastu padło, ośmiu pozostałych szukało ocalenia w ucieczce.
Zgiełk walki dochodził do Hermozy, która, ukryta w oddaleniu w zaroślach, oczekiwała z niepokojem jéj rezultatu. Z pistoletem w ręku, przysłuchiwała się dzielna dziewczyna każdemu szmerowi, dochodzącemu bliżéj, gotowa w każdéj chwili bronić się odważnie. Nadszedł wreszcie ojciec i udzielił jéj wieści o tem, jak się wszystko odbyło; poczem cały orszak szybko udał się w dalszą drogę, dosiadłszy zdobytych na Indjanach koni.
Noc upłynęła na nieopisanie szybkiéj jeździe. Gdy słońce weszło, zbliżyli się wędrowcy do rozstajnych dróg, na których Kamienne serce pragnął się z nimi pożegnać, „Macie kilka już tylko mil do hacjendy; drogę do niéj łatwo znaleźć,“ rzekł.
„Nie, tak się nie rozstaniemy,“ odpowiedział don Pedro, „zanadtoś nas pan zobowiązał.“
„Zapomnij pan o wszystkiem!“ przerwał prędko Kamienne serce. „Pan wrócisz do majątku, ja zaś do swéj pustyni. Pamięć o was wszakże na zawsze zostanie ze mną! Bądźcie zdrowi!“ Rzekłszy to, uścisnął dłoń każdego, zawrócił konia i odjechał galopem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.