Kamienne serce/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Kamienne serce
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Data wydania 1890
Wydawnictwo G. Centnerszwer
Drukarz Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rozdział II.
Uratowana od śmierci. — Opowiadanie starca.

Grupa wędrowców, dążących ciemną nocą przez odludną puszczę, składała się z czterech mężczyzn, z których dwoje wspierało chwiejące się kroki dziewczęcia; co najdziwniejsze, nieznajomi, w których z ubioru i barwy skóry, można było natychmiast poznać białych, nie mieli przy sobie ani ładunku, ani koni.
Nie zauważyli oni z początku obecności jeźdźca, który spoglądał na nich z żałością i politowaniem. Naraz jeden z obcych, sądząc z wszelkich pozorów, ojciec prowadzonego dziewczęcia, podniósł głowę i, spostrzegłszy Kamienne serce, zawołał po hiszpańsku: „Bogu niech będą dzięki! Jesteśmy uratowani. Mamy przed sobą wreszcie człowieka!“
Podróżni wstrzymali się; starzec tylko, co powyższe wymówił słowa, zbliżył się do Kamiennego serca, i rzekł doń nader grzecznie: „Pozwól pan zwrócić się do siebie z prośbą o to, czego się człowiekowi w pustyni nie odmawia: o pomoc i opiekę.“
Kamienne serce, wprzód nim odpowiedział, zmierzył nieznajomego badawczym wzrokiem. Był to mężczyzna lat wyżéj pięćdziesięciu, o rysach szlachetnych i poważnéj postawie. Włosy jego zbielały już na skroniach, lecz ruchy i ciemne oczy takiem tryskały życiem, jakby dopiero trzydzieści liczył. Bogactwo odzieży i szlachetność w obejściu pozwalały odgadnąć, że należał do wyższego towarzystwa meksykańskiego.
Kamienne serce stał jeszcze milcząc naprzeciwko nieznajomego, gdy zpośród reszty orszaku, stojącego o kilka kroków daléj, doleciał go cichy szept zamierającego głosu:
„Ojcze mój kochany, ojcze! Gdzie jesteś? Nie opuszczaj mnie!“
„Tutaj jestem, córko moja!“ zawołał starzec tkliwie, odwróciwszy się i biegnąc do dziewczęcia, co go przywoływało.
Na dźwięk głosu potrzebującéj pomocy, przez blade oblicze jeźdźca przemknęła chmura, a z oczu jego strzeliły płomienne błyskawice. — Po chwili wahania, zbliżył się do grupy nieznajomych i zapytał, kładąc dłoń na ramieniu starca: „Czyj to głos słyszałem dopiero?“
„Głos umierającéj córki mojéj,“ odpowiedział starzec z najgłębszą boleścią.
Kamienne serce zbliżył się jeszcze bardziéj. Młode dziewczę leżało rozciągnięte na ziemi, jego twarz była pokryta trupią bladością, oczy zawarte, tylko lekki oddech wskazywał, że życie nie zupełnie jeszcze z ciała uleciało.
Otaczający spoglądali na biedaczkę ze smutkiem, który widocznie ogarnął i Kamienne serce.
„Oh, majątek mój, życie oddam temu, kto uratuje najukochańsze me dziecię!“ zawołał starzec, przyklękając i okrywając pocałunkami rękę dziewicy.
Kamienne serce w zadumaniu spoglądał na dziewczę; po kilku minutach niemego rozmyślania zwrócił się do jéj ojca z zapytaniem: „Jakaż to choroba dręczy dziewczę?“
„Ach,“ westchnął starzec, „choroba nieuleczalna! została ukąszoną przez grzechotnika!“
„Jak dawno się to stało?“ pytał daléj Kamienne serce.
„Godzinę temu!“ rzekł starzec.
Rozjaśniła się twarz młodzieńca; milczał chwilę, jakby o czemś myślał, poczem głosem, pełnym szczęścia i nadzieji, przemówił do otaczających: „Godzinę dopiero? Więc ratunek jest jeszcze możliwy!“
Ojciec wydał okrzyk radosny i, zwracając się do Kamiennego serca, zawołał: „O, uratuj ją, uratuj, a będę cię błogosławił, ktokolwiek jesteś!“
„Śpieszmy się!“ rzekł jeździec, „niema czasu do stracenia.“ Zbliżył się do pewnego drzewa, któremu się uważnie przypatrywał, jakby czegoś na niem szukał. Naraz dobył swego długiego noża, odciął kilka gałązek lian (pnące się rośliny) i, promieniejąc radością, powrócił z niemi do nieznajomych, którzy niespokojnym wzrokiem śledzili każdy ruch jego.
Kamienne serce zmiął liście rośliny, a kiedy ojciec obnażył stopę dziewczęcia, rozszerzył nożem rankę, znajdującą się na niéj, i starannie wstrzyknął do niéj sok wyciśnięty.
Na szczęście, księżyc jasno oświecał krajobraz, pozwalając działać, jak wśród białego dnia.
Biedne dziewczę doznało przy téj operacji okrutnego bólu, albowiem głośno krzyknęło.
Następnie położył Kamienne serce na ranę kilka liści i umocował je za pomocą opaski. Niedługo można było spostrzedz, że dziewczę doznało błogiéj ulgi, kurcz je opuścił, oczy się przymknęły, i wkrótce pogrążyło się w spokojnym śnie.
„Bogu niech będą dzięki!“ zawołał ojciec, złożywszy dłonie. „Więc jest uratowaną!“
„Tak,“ odpowiedział Kamienne serce, „jeśli nie nastąpi coś nieprzewidzianego, to niema żadnéj obawy. Teraz pozwólcie mi was pożegnać. Spełniłem swój obowiązek, podając pomoc córce pańskiej; muszę się oddalić. Bądźcie zdrowi!“
„Nie, musisz pan naprzód powiedzieć, jak się zowiesz!“ zawołał starzec, chwytając za ramię młodzieńca.
„Po cóż to?“ wzruszył ramionami Kamienne serce.
„Abym mógł zachować w wdzięcznéj pamięci męża, któremu winienem nieskończone dzięki,“ rzekł starzec.
„Lecz to jest zupełnie niepotrzebnem,“ odparł młodzieniec.
„Niech tak będzie,“ rzekł starzec, „nie będę więcéj nalegał, byś mi pan swe nazwisko wymienił. Nie możesz mi jednak zabronić, abym ci wymienił swoje: musisz przecie wiedzieć, kogoś tak zobowiązał. Nazywam się don Pedro, mieszkam niedaleko ztąd; jestem posiadaczem hacjendy San-Antonio, wielkiéj hiszpańskiéj osady na gruncie meksykańskim.“
„Znam tę posiadłość,“ przerwał Kamienne serce; „lecz powiedz mi pan, co cię tu sprowadziło nocą w to dzikie pustkowie?“
Don Pedro opowiedział pokrótce swoje przygody. „Udałem się,“ rzekł, „w małą podróż wraz z córką moją Hermozą, któréj właśnie uratowałeś życie, i kilkoma zaufanymi przyjaciółmi, do innéj mojéj posiadłości, oddalonéj o dwa dni drogi; dziś zrana wyruszyłem z powrotem do domu. Z zapadnięciem zmroku przystanęliśmy na skraju lasu, obawiając się, byśmy pociemku nie zboczyli z drogi; rozciągnęliśmy już zmęczone członki na trawie, gdy nagle napadł na nas oddział dzikich wojowników, który widocznie śledził już nas oddawna, związał nas i zakneblował usta, zanim zdołaliśmy zrobić z broni użytek. Nie dość na tem: rozbójnicy zarzucili nam opony na głowy i powlekli w las daleko, pewno w tym zamiarze, by nas oddać na pastwę głodu, lub dzikich zwierząt. Poczem dzika tłuszcza znikła nam z oczu, uprowadzając konie nasze i pakunki, i zostawiając nas smutnemu losowi.“
Kamienne serce, słuchając opowiadania z natężoną uwagą, zmarszczył brwi; zdawało się, że się domyśla, kto są owi rozbójnicy, nie przerwał jednak opowiadania don Pedrowi, który też ciągnął daléj w te słowa:
„Znajdowaliśmy się w rozpaczliwem położeniu, i gdyby się nie udało mojemu przyjacielowi i towarzyszowi w nieszczęściu, don Estebanowi, który posiada olbrzymią siłę, rozerwać swych więzów, a potem i nas z nich oswobodzić, zginęlibyśmy niechybnie. Pozbawieni wszelkich zapasów, udaliśmy się piechotą naprzód, lecz nie mogliśmy w żaden sposób znaleźć drogi w téj zupełnie nam nieznanej części lasu. Błąkaliśmy się więc naokół, cierpliwie poddawszy się losowi.
Lecz nieszczęście zawsze chodzi parą. Córka moja wydała naraz przejmujący okrzyk bólu: ukąsił ją wąż jadowity. To dopełniło miary naszéj rozpaczy. W wzruszeniu gorączkowem zapomnieliśmy o wszystkiem, myśląc tylko o ocaleniu biednego dziecięcia.
W tem strasznem położeniu zesłał nam Bóg Pana, jako anioła ratunku.“
Z jawnem współczuciem słuchał Kamienne serce opowiadania don Pedra, lecz, nie przemówiwszy w odpowiedzi ani słowa, chciał się już oddalić od towarzystwa.
„O, zostań Pan z nami,“ prosił go starzec, „nie opuszczaj nas w téj dzikiéj miejscowości!“
Lecz Kamienne serce nie chciał się zdecydować na towarzyszenie nieznajomym; dał im tylko radę, by aż do brzasku dnia pozostawali lepiéj w miejscu, gdyż niebezpiecznem jest wielce błądzić tu w ciemnościach nocy. Gdy go jednak mężczyzni błagali na wszystko, by wraz z nimi opuścił złowrogi ten zakątek lasu, zgodził się im towarzyszyć; przedtem wszakże przestrzegł ich raz jeszcze: „Pomnijcie na me słowa, jam was ostrzegał, nie biorę więc żadnéj odpowiedzialności za to, co się stać może.“






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.