Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zmieniło. Lecz nie upłynęły i trzy minuty, gdy rozległy się ze wszystkich stron takież gwizdnięcia, widocznie w odpowiedzi na poprzedni sygał. Tu nadjechał Kamienne serce w galopie ku zaniepokojonemu jego nieobecnością orszakowi.
Oblicze jego bladem było, ruchy niespokojne i szybkie.
„Samiście tego pragnęli!“ rzekł w wielkiem wzburzeniu, zwracając się do podróżnych. „Powtarzam jeszcze: nie jestem odpowiedzialnym za nieszczęście, które was prawdopodobnie dotknie.“
„Co się stało? jakież niebezpieczeństwo nam grozi?“ zawołał przestraszony don Pedro.
„Zostaliście odkryci przez Indjan,“ odpowiedział Kamienne serce: „dziki oddział Pantery znajduje się wpobliżu.“
„O!“ krzyknął w najwyższem przerażeniu don Pedro. „Czyjeś wymienił miano? Pantera, ten okropny bandyta, którego niezliczone przestępstwa od lat kilku zgrozą napełniają okolicę, ten Pantera godzi na nas! Biada nam, jesteśmy zgubieni!“
„Nie on sam w własnéj osobie,“ odpowiedział uspokajająco Kamienne serce, „lecz część jego zbójeckiéj bandy. No, nadszedł czas, by użyć całéj przytomności umysłu i odwagi.“ Na znak myśliwca, położyli się wszyscy meksykanie na ziemi i poczęli w milczeniu pełzać; nawet Hermoza, która zwolna przyszła do siebie i odzyskała siły, przyjęła udział w tym osobliwym pochodzie, aczkolwiek było jéj nader trudno zdążyć za towarzyszami. Wolała jednak raczéj znosić największe trudy, aniżeli wpaść w ręce nieprzyjaciół.