Joachima Bielskiego satyra na pewnego Gdańszczanina, który pewnemi lekkiemi rymy po niemiecku siła niegodnych rzeczy o królu i Królestwie Polskiem odważył się pisać i po całych Niemczech rozsiewać Roku P. 1577

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joachim Bielski
Tytuł Joachima Bielskiego satyra na pewnego Gdańszczanina, który pewnemi lekkiemi rymy po niemiecku siła niegodnych rzeczy o królu i Królestwie Polskiem odważył się pisać i po całych Niemczech rozsiewać Roku P. 1577
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza Tom VI
Data wydania 1908
Wydawnictwo Wydawnictwo Karola Miarki
Druk Drukarnia Karola Miarki w Mikołowie
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Tłumacz Ludwik Kondratowicz
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

JOACHIMA BIELSKIEGO

satyra na pewnego Gdańszczanina, który pewnemi
lekkiemi rymy po niemiecku siła niegodnych rzeczy
o królu i Królestwie Polskiem odważył się pisać i po
całych Niemczech rozsiewać Roku P. 1577.



Lustris tempus ad hoc actis jam pene duobus...

Oto już rok dziewiąty od tej pory minie,
Jakem się słodkiej pieśni poświęcił jedynie;

A nie miałem na myśli choćby jedną chwilę,
Aby pisać szyderskie lub gorzkie paszkwile.
Tyś pierwszy ze spokoju wyrwał moją duszę,
Że do walki niechętnej uzbrajać się muszę!
Ktośkolwiek, ja cię gdańskim nazwę pacholikiem,
Żeś się targnął na króla potwarczym językiem.
Król nasz chrobry, okrutnym przez ciebie nazwany,
Nad którego nie postał między chrześcijany
Monarcha większy w boju, ni w obradnej todze.
Warteś, kłamco, by potwarz pokarano srodze,
Aby topór oprawcy spoczął na twej głowie,
By cię na rusztowaniu szarpali krukowie,
Żeś po ziemi niemieckiej, od grodu do grodu,
Puścił kłamstwa o ludziach naszego narodu,
Że się z Turkiem zmawiamy, że sarmacka zdrada
Ku zgubie chrześcijaństwa zasadzkę układa.

O! straszliwie, straszliwie o pomstę już woła
Zbrodnia gdańskiego ludu, co, niepomny zgoła
Na swą wierność, prawemu panu się wydziera
I nie waha się czernic imię bohatera,
Przed obcemi narody wymyśla potwarze.
Ty ich wszakże pochwalasz, a gdy prawda każe
Wyznać, że wiarołomni i chętni do zmiany,
Usprawiedliwiasz zbrodnię, wielbisz rokoszany:
Że się rokosz we Gdańsku sprawiedliwie szerzy,
Że gdańskich buntowników pochwalić należy,
Iż złamali przysięgę, stargali okowy,
Któremi ich ujarzmił jakiś król surowy,
Że ich woła ojczyzna, wiara i swoboda,
Że każdy zniesie męki, nawet życie poda,
Że Gdańszczanie swobodni w całych Prusiech jedni...
Przecież są inne miasta, cały kraj sąsiedni.
Wszak w Elblągu, w Toruniu bez żadnej odmiany
Skarbiec swobód dawniejszych święcie zachowany,
Owszem król je pomnaża i w swej łasce żywi.
O ślepoto! bogowie, jakżeście cierpliwi!

Czemu gromów niebieskich i piorunów niema,
Aby strzaskać i strącić do piekieł olbrzyma?
Oto góry na góry harda ręka wali,
Chcą się dostać do Nieba bluźniercy zuchwali.
Czyż ziemia świętokradców nie pozrze, jak warci?
Jeszczeż łaskawe słońce ich zbrodni nie skarci
I udziela im blasku swej świętej pochodni?
Czyż zbrodnia Gdańszczan mniejsza od Thyesta zbrodni?

Zapraszasz — chcesz nas gościć na swoim bankiecie:
O! przyjdziemy, przyjdziemy, — czekać nie będziecie;
Jeno gdy się, Gdańszczanie, w wasze mury wtoczym,
Przyjmcie nas twarzą chętną i sercem ochoczem,
A co z sobą przyniesiem na biesiadę oną,
Smakujcie — chociaż będzie i twardo, i słono!
I na chrapliwych trąbach posłyszycie granie,
Rozpoczniem wielki taniec — ujrzycie, Gdańszczanie!
Okupicie wasz spokój, lecz zadrogo nieco,
Kiedy polscy harcerze na gody przylecą:
Ile taktów tanecznych muzyka odbije,
Tyle spadnie głów waszych, odrąbanych z szyje.
Mówisz, że starem winem powitacie gości, —
Dobrze! Polak rad zawżdy takiej gościnności;
Lecz gdy Polak podchmielon, miejcie to na względzie,
Że i doma gospodarz bezpieczen nie będzie.
U waszych granic czaty — o! wierzcie mi szczerze,
Od rycerstwa polskiego Cerber nie ustrzeże;
Cerber, co z krwawą paszczą straż odbywa w piekle,
Choćby wył przeraźliwie i rzucał się wściekle,
Znajdzie się dzielny Herkul, kiedy przyjdzie pora,
Ściśnie żelazną ręką i zdławi potwora.
Pytasz, skąd ta muzyka wśród naszej zaciszy?
Wierzaj mi: Polak wesół, kiedy gędźbę słyszy;
Wśród grzmotu trąb i kotłów bywamy ochoczy,
To nam bitwę wspomina i stawi przed oczy.

Twierdzisz, że Gdańsk bogaty, o potwarco głupi!
Ze się Kostka złotymi darami przekupi?

Dar za dar, gotuj złoto i bądź gotów razem,
Że cię Kostka wspaniale obdarzy żelazem.
Przechwalasz się, że przy was dobry wódz zostawa?
O! wódz byłby szczęśliwy, gdyby lepsza sprawa,
Lecz nie będą zwycięskie buntownych pałasze:
Chrystus jest hasłem dobrych, Chrystus hasło nasze,
W Nim jednym nasza ufność.
Niepotrzebna rada,
Że nam w szaty złociste przybrać się wypada,
Boć to polski obyczaj, znajomy przed światem:
Opończe tkane złotem, kraszone szkarłatem.
Smakują wam te łupy — lecz nie bądźcie chciwi,
Bo niełacno się na nas zwycięzca pożywi:
Zaczem niedźwiedź potrafi gospodarzyć w miodzie,
Wprzód go dobrze rój pszczelny żądłami nabodzie.
Nie trzeba waszych łaźni, chowajcie je dla się,
Polak przywykł do znoju — i we skwarnym czasie
Ręka, mu nie osłabnie, bo kuta ze stali.
Daremnieście potrawy dla nas gotowali,
Gdańszczanie! kto nawarzył, ten sam i spożyje.
Daremnie nam żelaza skuliście na szyje,
Marnie się przechwalacie w zuchwałym zapędzie:
Kto wykonał kajdany, sam dźwigać je będzie,
Mimo hardą otuchę, mimo pychę całą,
Miecz odeśle do piekieł dusz waszych niemało,
Łkanie waszej rozpaczy, jęk waszego łona
Będzie słyszan w Niebiosach i w kraju Plutona;
I piekła się wytężą na torturę waszą,
Zbrodniarzów krew obryzgnie, gadziny opaszą.

Niebezpieczno się miotać z kryj ornej zasadzki,
Draźnić gniewnego króla i naród sarmacki,
Aby snadź zwyciężonych nie nękano srożej.
Jest kara na bezbożnych, jest w prawicy Bożej
Miecz, co dotąd z litości spoczywał bezwładnie,
A który (niewątpliwie) na ich karki spadnie.
Niemasz Troje, choć Neptun sam wznosił jej cegły,

Pergam, Teby, Kartago w ruinach poległy:
I wasze pyszne miasto, Gdańszczanie zuchwali,
Pan w popioły rozsypie i w gruzy rozwali.
Chyba ze skruchą w sercu, w pokutniczej szacie,
U stóp króla polskiego swą zbrodnię wyznacie.
Król łaskaw, z przebaczeniem odpuści nędzarze,
Jeno sprawców straszliwie a słusznie pokarze.
I ty, ktokolwiek jesteś, ciebie się dopyta:
Za twe potwarcze pisma nagroda sowita
Będzie ci wypłacona. Już za dni niewiele
Kres świętokradzkim słowom, źli obywatele!

1852. Załucze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joachim Bielski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.