Jesień (Junosza, 1876)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Jesień
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 34
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JESIEŃ.





Wiosno! dosyć już pochwał i dosyć uniesień
Złożyliśmy ci w dani słowami i pieśnią...
Lecz czemżeś ty jest lepsza niż poczciwy Wrzesień?
Czy tem, że ludzie w Wrześniu o miłości nie śnią...
Czy że i tobie słowik śpiewa w noc miesięczną
I że ci kochankowie nucą dumkę wdzięczną?..

O kapryśny dzieciaku! zepsuty pieszczotą,
Świat w pochwałach dla ciebie przerwał wszelkie miarki,
Nawet liche pastuszki, łamią wierzbę złotą
I na cześć twego przyjścia żwawo dmą w fujarki...
Nawet krowy, zerwawszy zimowe postronki
Urządzają ci balet wśród zielonej łąki...

Lecz czemżeś ty dla świata, czem ty jesteś wiosno
I za co taki honor powszechny odbierasz?
Wszak pod twem panowaniem trawy tylko rosną,
Tylko kwiateczkom leśnym kielichy otwierasz!
Czas już koniec takiemu położyć bezprawiu
I przestać cię uwielbiać dla kwaśnego szczawiu....
.....................

Jesień! jesień! ta zacna poczciwa babula!
Przychodzi smakowitą obciążona noszą,
A jednak na jej przyjście nikt się nie rozczula
Poeci nigdy hymnów na jej cześć nie głoszą
I nikt do niej nie woła „Wiwat gospodynio:
Co przychodzisz z melonem, jabłkami i dynią...“
 

Sprawiedliwości! wołam, kiedyż to się zmieni
Świecie czas, byś uderzył przed zasługą czołem...
Patrz! oto ona idzie... jabłkiem się rumieni
Wieniec świeżych winogron otoczył ją kołem...
Już się zbliża... już słychać... jak klapie pantoflem, —
I świat pragnie obdarzyć marchwią i kartoflem...

No, dalejże poeci... dalej młodzi wieszcze
Jamby czyńcie — trocheje i aleksandryny...
Zawdzięczcie taką pieśnię, że aż przejmą dreszcze...
Aż drgną szlarki na czepcu pulchnej kobieciny...
I niech się raz obejrzy ludzkie plemię ślepe,
Że mu jesień przynosi kapustę i rzepę...

Kulbaczcie swe pegazy... wy z bladem obliczem
Wieszczkowie wycackani dzisiejszego czasu,
Siadajcie im na grzbiety i ćwiczcie je biczem
I jedźcie w całym pędzie za bramy Parnasu,
A w Olimpie stanąwszy, ze szkiełkiem na oku,
Zobaczcie co tam robią cztery pory roku.

Wiosna — kapryśne dziecko w sukieneczce kusej
Francuzką gramatykę kuje na wpół z płaczem,
A kiedy nikt nie patrzy przesyła całusy...
Studentowi co w ogród zakradł się cichaczem,
To śmieje się, to płacze, nieznośny podlotek
Otoczony czeredą wujenek i ciotek...

Lato! to ta brunetka z wejrzeniem płomiennem...
Z półotwartemi usty... piersią podniesioną
W oczach to piekłem błyśnie, to morzem bezdennem...
Wzburzonem jak jej śnieżne falujące łono.

Uciekaj! o uciekaj! choćbyś był ze stali
Ta piękność w swym uścisku zwęgli cię i spali...

Nareszcie! któż ta jejmość... tęga jak szafarka
Co ma fartuch na sobie, u pasa pęk kluczy,
Przy niej kosze owoców, wina pełna miarka,
U jej nóg kot ogromny leży i coś mruczy,
To jesień co nam daje owoców i chleba,
Poczciwa ukochana, gospodyni nieba.

Idź do niej śmiało... pozdrów ją z szacunkiem...
Boć to jest wdowa i nie lada po kim,
Ona cię przyjmie, uczci podarunkiem...
Ktoś jest, odrazu wprawnem pozna okiem,
A jeśliś dobry... jak matka przygarnie
Do swego serca i do swej spiżarnie.

Klemens Junosza.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.