Strona:Klemens Junosza - Jesień.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Sprawiedliwości! wołam, kiedyż to się zmieni
Świecie czas, byś uderzył przed zasługą czołem...
Patrz! oto ona idzie... jabłkiem się rumieni
Wieniec świeżych winogron otoczył ją kołem...
Już się zbliża... już słychać... jak klapie pantoflem, —
I świat pragnie obdarzyć marchwią i kartoflem...

No, dalejże poeci... dalej młodzi wieszcze
Jamby czyńcie — trocheje i aleksandryny...
Zawdzięczcie taką pieśnię, że aż przejmą dreszcze...
Aż drgną szlarki na czepcu pulchnej kobieciny...
I niech się raz obejrzy ludzkie plemię ślepe,
Że mu jesień przynosi kapustę i rzepę...

Kulbaczcie swe pegazy... wy z bladem obliczem
Wieszczkowie wycackani dzisiejszego czasu,
Siadajcie im na grzbiety i ćwiczcie je biczem
I jedźcie w całym pędzie za bramy Parnasu,
A w Olimpie stanąwszy, ze szkiełkiem na oku,
Zobaczcie co tam robią cztery pory roku.

Wiosna — kapryśne dziecko w sukieneczce kusej
Francuzką gramatykę kuje na wpół z płaczem,
A kiedy nikt nie patrzy przesyła całusy...
Studentowi co w ogród zakradł się cichaczem,
To śmieje się, to płacze, nieznośny podlotek
Otoczony czeredą wujenek i ciotek...

Lato! to ta brunetka z wejrzeniem płomiennem...
Z półotwartemi usty... piersią podniesioną
W oczach to piekłem błyśnie, to morzem bezdennem...
Wzburzonem jak jej śnieżne falujące łono.