Janek dowiaduje się, co to jest poeta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Janek dowiaduje się, co to jest poeta
Pochodzenie Światełko.
Książka dla dzieci
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka Nakładowa Warszawska
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Janek dowiaduje się, co to jest poeta.
Rule Segment - Wave - 40px.svg
O

Ojczyku, ojczyku! co to jest poeta? — pytał siedmioletni Janek, wbiegając do pokoju ojca.

— Skądże ci przyszło takie pytanie?
— Bo kiedym powiedział Józiowi, że poeta to taki człowiek, co wiersze pisze, to on się śmiał i mówił, że taki człowiek nazywa się wierszopisem albo wierszokletą.
— A dla czegoś nie prosił Józia, żeby ci powiedział, co to jest poeta.
— Prosiłem, a on mi na to: Jak ci powiem, to nie zrozumiesz — i śmiał się znowu.
— Prawda, że trudno to tak powiedzieć, żebyś zrozumiał, ale sprobuję. Wszakże nie powiem od razu. Musisz być cierpliwym. A może wolisz pójść się bawić?
— Nie, będę słuchał.
— Tylko uważnie. Widziałeś już często popiersie Mickiewicza; przypatrz mu się jeszcze raz. No, a teraz zamknij oczy i powiedz, czy widzisz jeszcze to popiersie?
— Widzę, ale niewyraźnie.
— Nie odmykaj oczu, tylko się staraj przypomnieć sobie, jak popiersie wygląda.
— Widzę coraz lepiej.
— A mógłbyś też sobie przypomnieć, jak wygląda kościół św. Aleksandra?
— Dla czego nie? Widzę krzyż złoty na wierzchu, kopułę i dach niższy od kopuły, wsparty na słupach.
— Otóż trzeba ci wiedzieć, że ta własność umysłu naszego, iż możemy sobie wystawić wyraźnie to, cośmy dopiero lub cośmy dawniej widzieli, nazywa się wyobraźnią. Ażeby być poetą, potrzeba mieć wyobraźnią.
— To i ja mógłbym być poetą...
— Mógłbyś, jeżeliby wyobraźnia twoja wystawiała ci łatwo, na każde zawołanie, żywo, wyraźnie to wszystko, co chciałbyś widzieć, słyszeć, dotykać. Przecież wszyscy poeci byli najprzód dziećmi jak ty, podobnie jak ty bawili się, podobnych doznawali przygód. Ten sam Mickiewicz, którego popiersie masz przed sobą, kiedy był jeszcze małym Adasiem, nie wyróżniał się od innych towarzyszy niczem. O pół mili od Nowogródka, gdzie mieszkali jego rodzice, jest wieś Horodziłówka. Adaś i jego bracia często odwiedzali tę wieś, bo tam było pięciu chłopczyków, którzy się Kiersnowskimi nazywali. Najmilszą ich rozrywką była zabawa w żołnierzy. Ludzio Kiersnowski albo Franio Mickiewicz, starszy brat Adasia, byli zazwyczaj dowódcami, Adaś zaś, który raz na imieniny dostał bębenek i nauczył się wybijać na nim marsze, bywał doboszem...
Pewnego dnia, dzieci nabawiwszy się dosyta, poszły spać. Ponieważ nazjeżdżało się dużo gości do państwa Kiersnowskich, a dworek był szczupły, więc dzieci z guwernerem musiały nocować w stodole, czyli w świronku, jak mówią na Litwie. Guwernerowi tego dnia zachciało się pójść do Nowogródka, więc dzieci zostały same. W nocy konie, pasące się na dziedzińcu, zaczęły się gryść, kąsać i bić kopytami w drewniane ściany stodoły. Stuk i hałas obudziły Adasia. Nie stracił odwagi, lecz chcąc obudzić towarzyszów, chwycił za stojący tuż obok jego posłania bębenek i z wielką siłą zaczął wybijać pobudkę. Pozrywali się malcy; a świeżo ze snu ocknąwszy się, nie mogli zrozumieć, skąd ten hałas pochodzi; wystawili sobie w wyobraźni, że banda zbójców dobija się do świronku; niedarmo mówi przysłowie: strach ma wielkie oczy. Głos służącego, który był obok w stajni, wydał się malcom straszliwym głosem rabusia. Poprzytulali się i ponaciągali kołdry na głowy. I odważny z początku Adaś, porzuciwszy bębenek, wcisnął się potem pod kołdrę pomiędzy innych chłopców. Tak przeleżeli w trwodze i płaczu aż do powrotu guwernera.
Jak z tego opowiadania możesz się przekonać, Mickiewicz podobny był wtedy do innych dzieci. Ale gdy dorósł, przewyższył wszystkich bogactwem i żywością wyobraźni. Po długich latach niewidzenia Litwy, opisał lasy, dwory, chaty i ludzi w niej tak wyraźnie, tak pięknie, że czytając ten opis, takiego doznajemy wrażenia, jakbyśmy własnemi oczyma na to wszystko patrzyli. Jak będziesz starszym, przeczytasz ten prześliczny opis. Książka, w której go znajdziesz, nazywa się „Pan Tadeusz“. Z tej właśnie książki odczytam ci wyjątek, w którym poeta nasz opisuje trzy rodzaje obłoków na naszem niebie. Wszystkie szczegóły w tym obrazie są prześliczne, a świadczą o takiej sile wyobraźni, jakiej nie posiadali nie tylko ludzie zwykli, ale i niejeden ze sławnych poetów. I ty i wielu innych, nieraz przypatrujecie się chmurom, a czyż potrafiłby kto tak ładnie, tak obrazowo spostrzeżenia swoje napisać, jak Mickiewicz.
Posłuchaj:

U nas dość głowę podnieść: ileż-to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo każda chmura inna: naprzykład, jesienna
Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,
I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,
Jak rozwite warkocze: to są deszczu strugi.
Chmura z gradem jak balon szybko z wiatrem leci
Krągła, ciemno-błękitna, w środku żółto świeci;
Szum wielki słychać wkoło. Nawet te codzienne
Patrzcie, te małe chmurki, jak odmienne!
Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi;
Ściskają się, grubieją, rosną — nowe dziwy!
Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie
Przelatują, jak tabun rumaków po stepie:
Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... Nagle
Z ich karków rosną maszty, z grzyw — szerokie żagle;
Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie,
Cicho, zwolna po niebios błękitnej równinie...

— Więc poeta to człowiek, co ma bogatą i żywą wyobraźnię — zawołał Janek radośnie, wysłuchawszy z uwagą tego, co mu ojciec czytał.
— Tak, ale na tem nie koniec. Musi mieć jeszcze głębokie uczucie.
— Alboż ja nie czuję? — spytał zamyślony Janek.
— Prawda — odrzekł ojciec — tak samo jak masz wyobraźnię. Odczuwasz swoję wesołość lub smutek; ale jak prędko się zasmucasz, tak się prędko pocieszasz: wszystko u ciebie jest przemijającem. Kiedy dorośniesz, to się zmieni. U poetów uczucia są silne, żywe jak ich wyobraźnia. Czują oni nie tylko to, co ich samych dotyka, ale umieją odczuć to, co innym sprawia radość lub smutek; czują i cierpią za miliony — jak powiada Mickiewicz. Umieją odczuć i przedstawić smutek i radość rodziców, przyjaciół i całego narodu, tak wyraźnie i tak przejmująco, że czytając ich opis mimowoli śmiejemy się albo płaczemy. Kiedyś przeczytasz opis uczuć w książce Mickiewicza, która się nazywa „Dziady“ i przekonasz się, jak on umiał odczuć i przedstawić cierpienie.
Teraz ci przypomnę tylko ten wiersz, który nieraz powtarzałem, gdyśmy się przechadzali nad brzegami Niemna. W nim Mickiewicz wypowiedział pięknie uczucia swoje, ze wspomnieniem tej rzeki złączone:

Niemnie, domowa rzeko moja! Gdzie są wody,
Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,
Na których potem w dzikie pływałem ustronie,
Sercu niespokojnemu szukając ochłody?...
Niemnie! domowa rzeko! Gdzież są tamte zdroje.
A z niemi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?...
Kędy jest miłe latek dziecinnych wesele?
Gdzie milsze burzliwego wieku niepokoje?...
Wszystko przeszło — a czemuż nie przejdą łzy moje?...

— Czyżbyś ty, Janku, potrafił w ten sposób uczucia swoje wyrazić?
— Teraz już będę wiedział, że poeta to człowiek, co ma bogatą i żywą wyobraźnię, co czuje głęboko i żywo — zawołał Janek, kręcąc się niecierpliwie.
— Mówisz hoc! zawcześnie. Dużoby jeszcze trzeba powiedzieć, ażebyś poznał dobrze, co to jest poeta. Ale na teraz nie będę cię już długo zatrzymywał, bo widzę, że chcesz się pobawić. Wiedz zatem, że taki człowiek, co ma bogatą i żywą wyobraźnię, co czuje głęboko i żywo, taki człowiek posiada poetyczne usposobienie, ale poetą jeszcze nie jest. Poeta to co pomyśli, co uczuje, co sobie wyobrazi, musi umieć wypowiedzieć.
— To nic przecież wielkiego — zauważył Janek — i ja umiem mówić.
— Nie wątpię o tem; dajesz tego dowody. Tak samo umiesz mówić, jak wyobrażać sobie i czuć; ale twoja mowa w porównaniu z mową poety jest taką, jak twoja wyobraźnia i uczucie w porównaniu z wyobraźnią i uczuciem poety. Poeta dla wyrażenia tego, co czuje i myśli, umie takich dobrać wyrazów, jakie innym ludziom nie przychodzą do głowy. Kiedy je usłyszą, to im się zdaje, ze potrafiliby powiedzieć tak samo, zupełnie jak owi, co po odkryciu Ameryki przez Kolumba powiadali, że to nic wielkiego, że i oni potrafiliby ją odkryć. Przypominasz sobie jak Kolumb ich zawstydził, stawiając jajko na stole.
— Pamiętam doskonale: stłukł i postawił.
— A żadnemu z jego towarzyszów nie przyszło to do głowy. Tak bywa i z temi wyrażeniami, których używają poeci. Opowiadałem ci raz bajkę o lisie i koźle. Lis wpadł do studni; przyszedł kozioł i patrzył w wodę. Lis chcąc się wydostać na wolność, użył podstępu: począł zachwalać przyjemny smak wody, udając, że umyślnie wskoczył do studni, ażeby się ochłodzić i napić. Kozioł nierozważny zapragnął także sprobowac i... chlust do wody... Lis skorzystał z tego, skoczył kozłowi na rogi i ze studni się wydobył. — Tak zwykle bajka ta się opowiada, a teraz posłuchaj, jak toż samo opowiedział Mickiewicz:

Już był w ogródku, już witał się z gąską,
Kiedy, skok robiąc, wpadł w beczkę wkopaną,
Gdzie wodę zbierano.
Ani pomyśleć o wyskoczeniu,
Chociaż wody nie było i nawet nie grzązko:
Studnia na pół-czwarta łokcia.
Za wysokie progi
Na lisie nogi.
Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznogcia.
Postaw się teraz w tego lisa położeniu!
Inny zwierz pewno załamałby łapy
I bił się w chrapy,
Wołając gromu, ażeby go dobił.
Nasz lis takich głupstw nie robił.
Wie, że rozpaczać jest to zło przydawać do zła.
Zawsze maca wkoło zębem,
A patrzy w górę. Jakoż wkrótce ujrzał kozła,
Stojącego tuż nad zrębem,
I patrzącego z ciekawością w studnię.
Lis wnet spuścił pysk na dno, udając, że pije;
Cmoka mocno, głośno chłepce
I tak sam do siebie szepce:
— Oto mi woda! takiej nie piłem, jak żyję!
Smak lodu, a czysta cudnie!
Chce mi się całemu spłukać,
Ale mi ją szkoda zbrukać,
Szkoda!
Bo co też to za woda!
Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać:
— Ej! — krzyknął z góry — ej, ty ryży kudła,
Wara od źródła!

I hop w dół. Lis mu na kark, a z karku na rogi,
A z rogów na drąg i... w nogi...

— Niby-to nic nadzwyczajnego w tem opowiadaniu: wszystkie prawie wyrazy znasz, a te których nie znasz — znają dorośli; — wyraz chrapy np. znaczy nozdrza albo w ogóle twarz zwierzęcia, zrąb znaczy deski, z których się beczka składała, ryży kudła oznacza lisa, który ma futro puszyste czerwonawej barwy. Ale chociaż wyrazy są znane, dobór i układ ich jest taki, że żaden z poetów, którzy przed Mickiewiczem żyli, na to się nie zdobył. Widzisz tu sprytnego i podstępnego lisa, który chciałby schrupać gąskę, a dostaje się do studni, widzisz tego kozła, co patrzy na wodę, — a to w takich obrazach nowych i pięknych, że żywo ci wszystko staje w myśli, że mimowoli wbijasz sobie w pamięć każde zdanie. Teraz wiesz już, że poeta to taki człowiek...
— Wiem już, wiem... — odrzekł Janek, wychodząc z pokoju. Józio nie będzie już śmiał się ze mnie.

Piotr Chmielowski.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.