Jako się pan Lubomirski nawrócił i kościół w Tarnawie zbudował (1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Jako się pan Lubomirski nawrócił i kościół w Tarnawie zbudował
Podtytuł według podania ludowego
Pochodzenie Pisma zapomniane i niewydane
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Nar. Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały rozdział
Pobierz jako: Pobierz Cały rozdział jako ePub Pobierz Cały rozdział jako PDF Pobierz Cały rozdział jako MOBI
Cały zbiór pism
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór pism jako ePub Pobierz Cały zbiór pism jako PDF Pobierz Cały zbiór pism jako MOBI
Indeks stron



JAKO SIĘ PAN LUBOMIRSKI NAWRÓCIŁ
I KOŚCIÓŁ W TARNAWIE ZBUDOWAŁ.
WEDLE PODANIA LUDOWEGO.[1]

Kiedy się Pan Jezus w Betleem narodził, pan Lubomirski z Tarnawy był jeszcze lutrem. — Ale że człek był mądry i przemyślny, a zasłyszał, ze Dzieciątko Jezus bardzo nierade widzi lutrów i rozmaitych innych heretyków, zaczął wiec w głowę zachodzić, jakby się przekonać, czy to prawda.
Stangret, krakowiak, co go w cztery konie woził, mówił mu, że najprostsza rzecz będzie do bryki założyć, pojechać do Betleem i tam dokumentnie Najświętsze Dzieciątko wypytać. Na nieszczęście pan Lubomirski długo przedtem z Turkami wojował i tyle pieniędzy na wojsko wydał, ze wkońcu i Tarnawę u Żydów zadłużył, z której to przyczyny nie miał na drogę nietylko do Betleem, ale nawet i do Krakowa.
Myśli tedy i myśli, jakby tu sobie poradzić, aż jednego dnia przychodzi do niego stary, wędrowny dziad i powiada mu tak:
— Daleko stąd — powiada — na zachód słońca, jest Babia Góra, taka wysoka, że cień od niej na siedem mil pada. Na samym wierzchu tej góry mieszka okrutnie bogata czarownica, która dla Jancychrysta koszulę szyje. Co rok jeden tylko ścieg wolno jej zrobić, ale kiedy koszulę skończy, wtedy się Jancychryst z niej narodzi i ze świętą wiarą wojować zacznie. Puścić, — powiada — to wiedźma każdego sobie puści i pieniędzy pozwoli mu zabrać, ile dźwignie, jeno nigdy ludzie nie widzieli, żeby kto wrócił.
— Czemu tak? — pyta pan Lubomirski.
— Dlatego, — mówi dziad — że jej straszne smoki i rozmaite gady strzegą, więc, jak kto wraca, to go gonią, a jak dogonią, nim z cienia wyjedzie, to na drobne szmaty go rozedrą.
Począł się pan Lubomirski w głowę drapać, bo bardzo mu się te smoki i gady nie spodobały, a pieniądze chciał mieć. Ale po odejściu dziada przyszło mu do głowy, że skoro są tacy, którzy i samego djabła potrafią w pole wywieść, to przecie na tę gadzinę z Babiej Góry musi być jakiś sposób. Głowił się dzień, głowił drugi i trzeci, wreszcie powiedział sobie: „Albo starosta, albo kapucyn“ — i pojechał.
Wziął siedem koni dobrych, ścigłych i pierwszego przywiązał do drzewa w tem miejscu, w którem się cień od Babiej Góry kończy, drugiego o milę wyżej, trzeciego znowu o milę — i tak aż do szóstego — dopiero na siódmego wsiadł i ku czarownicy na nim pojechał.
Jedzie tedy i rozgląda się na prawo, rozgląda na lewo, aż tu leżą, jak kłody, między kosówką, to smoki paskudne o trzech głowach, to węże ogromne, to rozmaite żmije i padalce. Ten i ów podniesie czasem łeb, zasyczy, zębami kłapnie, ale nie mówią mu nic.
— Hej! — myśli pan Lubomirski — żeby to były zwyczajne smoki i wężary, możnaby im mieczem łby porozwalać, ale przeciw piekielnym mocom szabla nanic — i trzeba będzie chyba z babą coś wskórać, bo inaczej żywy nie wrócę.
Dojechał wreszcie do szczytu i patrzy: siedzi straszna jędza piekielnica, koszulę szyje. Zsiadł pan Lubomirski z konia, pokłonił jej się po kawalersku i tak grzecznie do niej powiada:
— Jak się masz, — powiada — stary wiechciu od butów! Przyjechałem tu po twoje skarby, bom swoje na wojnę wydał, a teraz mi na drogę potrzeba. Dasz, dobrze — nie dasz, też dobrze — jeno nie marudź, bo mi okrutnie pilno.
Rozśmiała się na to baba tak, że aż pan Lubomirski ostatni jej jedyny trzonowy ząb zobaczył — i mówi:
— Oj-jej, dlaczego nie, oto widzisz tu w workach koło mnie złoto, perły i diamenty, bierz, ile chcesz, ale pierwej napij się ze mną wina prze zdrowie.
I wzięła zaraz dwie szklenice, nalała z jednego gąsiora do jednej, z drugiego do drugiej i powiada:
Chaim!
Ale pan Lubomirski, któren, jako się rzekło, był człek mądry i przemyślny, [wnet pomiarkował, że skoro baba[2]] nie z tego samego gąsiora w obie szklenice leje, to musi być w tem jakaś podrywka. Począł tedy głową kręcić i patrzyć tak, jakby co za babą zobaczył.
— Czego się rozglądasz — pyta baba.
— Bo się mgły rozstąpiły i krzyże na kościołach w jakowemś mieście widać.
Zlękła się wiedźma. — Gdzie? — pyta.
— A za twojemi plecami.
Baba obróciła się całkiem i przykryła oczy ręką, a pan Lubomirski prędko przemienił szklenice.
— Ej, co też gadasz? — mgła, jak żur gęsta — mówi jędza, a on na to:
— Tak mi się uwidziało.
Wzięła jędza znów szklanicę:
Chaim.
Siulim.
Wypili. Ledwo wypili — bęc baba na plecy i usnęła twardym snem.
A pan Lubomirski łap za złoto, cap za perły i diamenty, na koń i w nogi. Leci, leci, dopada do tego konia, co był o milę uwiązany — hop na siodło — i w cwał dalej.
A tymczasem rozbudziła się piekielnica, bo dla niej trzeba było mocniejszej jeszcze przyprawy — i nuż się drzeć:
— Huź, smoki, huź, węże, huź, żmijce i padalce! gońcie i rwijcie tego rycerza, co ze skarbami mego przyszłego syna Jancychrysta ucieka.
Dopiero kiedy nie zakłębi się w górach, kiedy nie ruszą się potwory, aż się bór począł, jak od wiatru, kołysać. Dopadają pierwszego konia, rwą go na drobne szmaty, że tylko kości w zębach im chruszczą, — zjadły.
Pędzą dalej, bo baba krzyczy na mitręgę — aż oto drugi koń. Rozerwały go też, jako mogły najprędzej — i zżarły razem z siodłem. Widzą potem trzeciego — zżarły, widzą czwartego — zżarły. Ale że zamarudziły coś niecoś przy każdym, więc, gdy zżarły szóstego, już pan Lubomirski wyskoczył na siódmym z cienia, który Babia Góra na siedem mil od południa ku północy rzuca.
Obrócił się tedy ku nim i nuż drwić:
— Całujcież teraz psa w nos.
A one wspinają się, kłębią, szczerzą zęby, charczą, ale im za cień nie wolno. Jedna tylko żaba hycnęła z takim rozpędem, że już się nie mogła wstrzymać i skoczyła panu Lubomirskiemu na ramię. Ale on się jej bynajmniej nie przestraszył, naprzód dlatego, że się wcale żab nie bał, a po wtóre, że, gdy słońce na nią padło, poczęła napoczekaniu dębieć.
— Tuś, ropucho — powiada do niej pan Lubomirski.
A ona jęła go prosić pokornie:
— Wrzuć mnie — prawi — do cienia, bo inaczej skamienieję zeszczętem, a ja ci zato powiem prawdę na każde pytanie, które mi zadasz.
Zamyślił się więc rycerz przez chwilę, a potem rzekł do niej:
— Z piekłaś jest?
— Z piekła.
— Powiedz mi tedy, jakiej wiary najbardziej się w piekle boicie?
— Taką rzecz do ucha ci tylko mogę powiedzieć, bo gdyby to gadziny usłyszały, to choćbyś mnie potem w cień wrzucił, zarazby mnie zagryzły.
I poczęła mu szeptać do ucha, a pan Lubomirski słuchał, słuchał, poczem, wziąwszy żabę, rzucił ją napowrót do cienia i tak rzekł do swojej własnej duszy:
— To już teraz nie potrzebowałbym do Betleem jechać, Dzieciątka o prawdziwą wiarę pytać, ale pojadę, by Mu się czołem do świętych nóżek pokłonić.
Po drodze obaczył, że i trzej królowie na piechotę tam idą, więc im się do kolaski przysiąść pozwolił, za co podziękowali pięknie i obiecali syna, co mu się miał narodzić, do chrztu trzymać.
A w Tarnawie, za skarby, Babie-Jędzy zabrane, stanął wielki kościół, w którym dotychczas nabożeństwo na chwałę bożą się odprawia.

„Jednodniówka Towarzystwa Wpisów Szkolnych“, Warszawa, 1909.







Przypisy

  1. Rzeczywiste to podanie było w pierwotnej formie i w ludowym języku podane przez p. Kaczmarczyka w „Materjałach Antropologiczno-archeologicznych“, w wydaniu Akad. krakowskiej. (Przyp. autora.) — Ob. tom VII, str. 122 nast. „Podania ludowe w Wiśniczu i okolicy“. (Przyp. wyd.)
  2. Wyrazy, ujęte w nawias, dodał wydawca: w pierwodruku kilku wyrazów braknie. (Przyp. wyd.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.