Józik Srokacz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Józik Srokacz
Pochodzenie Moi znajomi
Data wydania 1904
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
JÓZIK SROKACZ


.
Moim synom.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Siedzieliśmy właśnie przy stole.
Dzień był prześliczny, wrześniowy; mgły ranne wytarły się około południa w słoneczną pogodę, w której bladawem, już jesień zapowiadającym błękicie polatywały lekkie strzępki pajęczyny. Przez otwarte okna widać było nad drogą złote pyły wzbite przez pędzone do wody bydło, a w powietrzu, nasyconem jędrną wonią, świeżo zoranej ziemi, rozległo się potężne porykiwanie buhaja. Było tak ciepło, że pszczoły na późne gryki rojem szły, a drobniuchne muszki wirowały słupem w każdym słonecznym promieniu. Z ogrodu, gdzie kilka kobiet zajętych było około warzywa, wpadały silne zapachy kopru i przywiędłych liści; mały wiatr poruszał firanki, przynosząc z posieczyska wrzaskliwe gęganie żerujących gęsi i echa nawoływań pastuszych.
Wszystkie te odgłosy, przeciągłe i urwane, silne i echowe, roztapiały się w jednostajnym, miarowo wzbierającym i opadającym huku i zgrzycie puszczonej w ruch młockarni, na której odkrytym kieracie siedział Józik Srokacz, gwiżdżąc wesołym, ptasim niemal głosem.
Mimo dnia ciepłego, odziany był w kożuch, bo jak go od rana za chłodu włożył, tak mu się już potem i zrzucać nie chciało. Luzem go wszakże puścił, rzemień na nim rozpiąwszy i czapkę z daszkiem ze spotniałego czoła w tył, na gęstwinę ciemnych włosów zsunął. Z batem tylko, na cztery konie w lejc wyszykowanym, rady sobie jakoś dać nie mógł i raz wraz go plątał, stosując długość sznurka do zaprzężonych po parze u długich dyszlów szkapiąt, którym słomiane okulary porobił, że nienawykłe były w kieracie chodzić. Uszykował nareszcie bat i potrzaskując nim z lekka, przerywał sobie od czasu do czasu gwizdanie już po to, aby jakąś przypomnianą zwrotkę zaśpiewać, już aby na ociągające się konie krzyknąć: Wio maluśkie!... wiśta! wio!...
Z otwartej na ściężaj stodoły buchał gwar zmieszanych głosów. Dziewczęta podniecane gwizdaniem Srokacza, który jedynakiem u matki wdowy był i sześć morgów gruntu, teraz w dzierżawę oddanych dziedziczył, prześcigały się w robocie, śpiewaniu i żartach. Podwórze było tak blizko, że wszystko to można było widzieć i słyszeć przez otwarte okna jadalni.
Przy stole nie mniej było gwarnie i wesoło. Panowie wrócili właśnie z polowania, każdy więc z nich miał w pogotowiu jakąś nadzwyczajną historyę o swojem bezprzykładnem nieszczęściu, albo powodzeniu. Dwa piękne wyżły kręciły się koło stołu, kładąc swe lśniące łby na kolana myśliwych i patrząc na ich twarze swemi rozumnemi oczami.
Właśnie się był rozognił spór o dobroć użytej do dzisiejszych popisów broni. Dziwna rzecz... Nie interesował on mnie w najmniejszej mierze, a jednak z zupełną dokładnością odbił się w mojej pamięci.
— Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham! — wołał gruby szlachcic, który na punkcie zaklęć miał różne swoje oryginalności — jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak fuzyjka pana Michała nicpotem! Na oko cacko, ani słowa, buzi dać, ale do ręki...
Tu ścisnął ramiona, wysunął z pomiędzy nich głowę, wydął dolną wargę i tuż pod pachami rozłożył obie dłonie; miało to oznaczać zupełne zwątpienie o przymiotach fuzyi pana Michała.
— O ho! ho!... rozśmiał się tubalnie pan Michał. — Już tylko sąsiad dobrodziej o mojej fuzji nie gadaj! O wszystkiem możesz sąsiad dobrodziej rozprawiać, nawet o polityce chińskiej i zaćmieniu księżyca, tylko nie o mojej Lefoszówce; na tem się trzeba znać, mości dobrodzieju
— Znać! znać!... Cóż tam za straszna historya znać się na tem? Lefoszówka! Wielkie rzeczy? Ja z moją kozią nogą...
— Za pozwoleniem! — wtrącił się ktoś trzeci. — Pańska kozia noga dobra na...
— Na co dobra, to dobra! Jak w moim ręku to na wszystko dobra. Rękę trzeba mieć i oko — ot co!
— Ale, co tam! — huczał poruszony do żywego pan Michał. — Sąsiad dobrodziej porządnej fuzyi w ręku widać jeszcze nie miałeś. Moja Lefoszówka...
— Pfi! — odciął się przerywając gruby szlachcic. — Wielka parada Lefoszówka! Mój ekonom Lefoszówkę ma, a Biernacic i tak jeszcze nie targuje! Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda!
Śmiech buchnął dokoła stołu, poczem zaczęto brać wniesioną potrawę, i to spór przerwało.
W tej chwili wielki płowy motyl przez okno wpadł i krążąc nad stołem, uderzał miękkiemi skrzydłami w rzniętą, odbijającą promień słoneczny karafkę.
— Omacnica! — przemówiło jedno z dzieci, wyciągając rękę, by go spłoszyć.
— Trupia główka! — odezwało się drugie.
Przy stole zrobiło się tak cicho, że wyraźnie słychać było niezmiernie szybkie bicie skrzydeł motyla, na tle westchnień i sapań huczącej młockarni i Józikowego gwizdania. Naraz gwizdanie owo urwało się w półtaktu, a Józik krzyknął niecierpliwie.
— Prr!... Pm!... A bodaj cię...
Maszyna huczała dalej. Zdawało się, że wszystkie tryby jej kół jęczą i zgrzytają w jakimś niezmiernym bólu.
— Prrr!... A prrr!... ozwał się znowu, gniewny głos Józika. — A żeby was choroba... A prrr!... — zawołał raz jeszcze przeciągle. Wyraźnie czuć było jakby jakiś przestrach w tem wołaniu.
Podniosłam ku oknu głowę, gdy wtem uderzył w powietrze krzyk ostry, urwany, krzyk śmiertelnej walki i trwogi.
— Reta! Reta! — wrzasnęły jednocześnie prawie zmieszane ludzkie głosy. Maszyna przestała huczeć, stanęła... Zerwaliśmy się od stołu, jedni biegli do sieni, drudzy do okien, — myślano zrazu, że gore... Od stodół biegła Ulina z rękami wyciągniętemi przed sobą i okropnym wrzaskiem.
— O Jezu, Jezu, o Jezu! O Jezu, Jezu!...
— Co to? Co się stało?
— Józik... O Jezu, Jezu!.. Józik... Józikowi rękę urwało!...
Rzuciliśmy się w podwórze.
Podwórzem — nigdy nie zapomnę tego widoku, — podwórzem, jak wicher, leciał Józik wprost na studnię, lejąc za sobą krwi strugę i rycząc nieludzkim głosem. Nim go zatrzymać zdołano, do studni dopadł, okręcił się, za pierś chwycił i runął w sam środek stojącej u poidła kałuży. Tu omdlał.
Długa chwila upłynęła, zanim z kupy głów nad kałużą schylonych, wynurzyło się trzech parobków, niosących Józika. Teraz można go było lepiej widzieć. Głowę miał zwieszoną, oczy zamknięte, wargi sine, szczęki przykro ściśnione, twarz śmiertelną prawie. Bez kożucha był i lejbik razem z koszulą miał zerwany z piersi przez połowę; u prawego, tuż przy karku, na prędce chustkami przewiązanego ramienia, wisiały krwawe mięsa w długich strzępach. Drugą, zwisającą bezwładnie rękę, podtrzymywał jeden z mężczyzn, za grupą tą idący. Spora gromada ludzi otaczała niosących Józika, a cicho było tak, jak za pogrzebem.
— W prawo! do oficyn! — zabrzmiała krótka komenda gospodarza — i znów cisza.
Jedna z dziewuch zaszlochała głośniej.
— Baby precz! — odezwał się rozkaz, stłumionym wydany głosem — i uciszyło się znowu.
Weszli w sień nizką ostrożnie przestępując próg wysoki i schylając głowy.
Przed studnią stała kałuża krwi, w której nagle, stu promieniami przejrzało się słońce; drugą taką piła chciwie ziemia z pod kierata, od którego mały chłopak pospiesznie odprzęgał konie.
Posyłano je z bryczką po felczera i doktora.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A już to ja — mówił zgryziony gospodarz, wróciwszy z gośćmi z oficyn i cisnąwszy czapkę na stół — zawsze mam takie szczęście! Co sobie do tej fornalki chłopaka dobiorę, to mi go jakieś licho weźmie. Miałem Jędrka, ożenił się w grunt, miałem Szymka, do wojska poszedł. A już mi się też szykuje, jak żydowi rola!
— A ja powiem sąsiadowi — rzekł gruby szlachcic — że mi się to wszystko wyśniło. Śniła mi się dziś sól. A jak mi się tylko śni sól, regularnie, jak zapisał, wiadomości o czyjejś śmierci spodziewać się mogę. I to jeszcze nie była taka biała sól, niby warzonka, ale czarna w bryłach, z ziemią. Oho — myślę sobie, jakem się obudził, pewno chłop jaki umrze. Jeszcze rachowałem, że może stary Bugaj, wie sąsiad, ten co z brzega od Piotrycha siedzi, bo przychodził niedawno po proszki... — Kiedy to nawet — powiadam sąsiadowi — jak mi klacz, wie sąsiad, Jochymka, ta dyszlowa, com nią w zeszłym roku jeździł, padła, to mi się także sól śniła; jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda!
— I jakimże się to stało sposobem? — zapytał jeden z mężczyzn, puszczając kłąb dym z cygara, które w oficynie zapalił, bo mu się niedobrze na widok krwi zrobiło.
— A takim, że ten gałgan Jasiek spędził ją do piany, a potem...
— Ale ja się nie o klacz, tylko o tego chłopaka pytam!
— A cóż! — rzekł gospodarz, który stroskany w okno patrzał. — Najpierw mu się w tryby bat wplątał, a kiedy go wyciągał, chwyciło kożuch i rękę.
— I nie mógł zatrzymać koni?
— A nie mógł. Krzyczał, powiadają, ale to tam dość jak się raz obróci...
Machnął ręką i westchnął.
— Szczególny wypadek! — wtrącił gość palący.
— A ja powiadam sąsiadowi dobrodziejowi — mówił gruby szlachcic — że wszystkie te machiny to dyabła warte. Dawniej chłop cepem walił — i dobra. A teraz...
— Ba! pańszczyzna była! Z pańszczyzną każdy był mądry. Najgłupszy szlachcic...
— O ho, ho!... — przerwał grubas — byli i oni mądrzy! Póki była pańszczyzna, przy każdym chłopie ekonoma trzeba było stawiać. Niema pańszczyzny — płacić sobie każą jak urzędniki w biurze. O ho! ho!... Mądry to naród!
— Ale to, powiadam sąsiadowi — przemówił znów gospodarz — trzeba na to wszystko mojego szczęścia. Akurat w przeszłym tygodniu nie było jednego dnia młocki, myślę więc sobie: każę kierat deskami obić. Zawsze to ostrożność nie zawadzi. Jużem miał trzyrublówkę w ręku i chciałem zawołać fornala, kiedy dyabli nadali Brysia z Uniejowa, wie sąsiad, tego czarnego. Zagadałem się, bo żyd wracał z Łowicza i jak to sąsiad wie, przy gawędzie zupełnie mi wywietrzało z głowy. Teraz mię gryzie...
Znów głowę odwrócił do okna i patrzał w nizkie ciemne drzwi oficyn, przed któremi na żółtym, świeżo z rana usypanym piasku, widać było wielkie rude plamy.
— Iii... Co tam gryzie! — pocieszał gruby szlachcic. — Żeby tak człowiek wszystko do głowy dopuszczał, toby zwaryować trzeba. Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda! A gdzie sąsiad dobrodziej po deski chciałeś posłać? — zapytał po chwili jakby uderzony nową jakąś myślą.
— Na Spendoskie...
— No, to widzi sąsiad, że czyby sąsiad był posłał na Spendoskie, czy nie posłał, to byłby jeden skutek, bo na Spendoskiem calówek brakło, a za tamte szelma żyd zdziera po trzy trojaki za łokieć. Ktoby mu płacił! A toćby takie obicie kierata bajońskie sumy kosztowało! Toby nie trzy ruble, ale pięć rubli było mało!
— Ale naturalnie! — potwierdził pan z cygarem.
— Zresztą, czy deski były, czy nie były, jak mi się tylko sól śniła, to musiał być wypadek. Czy tu, czy u mnie w domu — musiał być! — To już sobie sąsiad dobrodziej wyperswaduj!
Gruby szlachcic uderzył ręką w stół, aż szyby brzękły.
Gospodarz wszakże nie wychodził ze swego frasobliwego zamyślenia.
— I jak to zawsze — rzekł po chwili — w drogę coś człowiekowi wleźć musi. Miałem akurat jutro do Kalisza jechać, bo mam tam w jednej sprawie termin na dwudziestego, a tu, masz dyable kaftan! Licho wie... Może trzeba będzie jeszcze do Łęczycy po drugiego doktora posłać...
— O ho! ho!... — zawołał milczący dotąd pan Michał — po drugiego! Zaraz po drugiego! Może do Warszawy jeszcze sąsiad poślesz po Kosińskiego! A cóż to ten z Uniejowa zły? To sąsiad myślisz dwóch doktorów do jednego chłopa sprowadzać?
Był tak oburzony i zirytowany, jakby owo sprowadzenie na własny jego koszt odbywać się miało.
— No — mówił, usprawiedliwiając się gospodarz — zawszeć to przecie człowiek. Niech będzie jak chce, trzeba go ratować. Zawszeć on już trzeci rok u mnie służy, pracuje...
— Pracuje, bo mu sąsiad płacisz! Wielka parada, że chłop pracuje! Nie będzie pracował tu, to będzie pracował gdzieindziej. Cóż to on sąsiadowi darmo pracuje, czy co?
— Darmo, nie darmo. Aleć zawsze obowiązek jest...
— No, to go też sąsiad spełniasz. Posłałeś po doktora, po felczera, na pościeli leży, na materacach... Sąsiad może myślisz, że jak ozdrowieje, to ci będzie za dwóch robił? Szczególną wdzięczność okaże? Śmiej się sąsiad z tego! Jak ozdrowieje, to najpierw nie będzie nawet za jednego robił, bo choćby i poradził, to zawsze zmówi na to, że kaleka, a powtóre, jak się zdarzy okazya, to tak samo będzie jedną ręką kradł, jak dotąd kradł dwiema.
— Prawda! Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda! — rozśmiał się gruby szlachcic z doskonałem zadowoleniem z powyższych uwag.
— No tak, widzi sąsiad — rzekł po chwili gospodarz — ale ten z Uniejowa młody, niedoświadczony, a w Łęczycy jest dobry operator; zawsze szkoda chłopaka...
— Ale zmiłuj się sąsiad — przerwał zgryźliwie pan Michał — taka kuracya, to nie chi-chi! Sąsiad będziesz musiał przynajmniej przez dwa dni fornalkę w rozgonie trzymać. A lekarstwa, a dyety, a felczer jeszcze! To gruby kusz!
— Licho nadało! — rzekł gospodarz i cmoknąwszy niecierpliwie językiem, trzasnął w palce.
W tej chwili zaturkotało pod Murowańcem i psy karczmarskie drogę oszczekiwać zaczęły. Doktor z Uniejowa przyjechał. Panowie wyszli przed dom, ruch się zrobił w oficynie.
Młody doktór kazał przedewszystkiem usunąć gromadę bab, które się tam były w sieniach zebrały, cisnąc jedna przez drugą i lamentując głośno; obrzucił potem wzrokiem pokój.
— Łóżko wprost okna przesunąć — rzekł krótko. — Płótno jest, woda ciepła jest. To dobrze.
Zwrócił się do gospodarza.
— Będzie pan łaskaw kazać tu przyjść jakiemu roztropnemu i silnemu człowiekowi.
Zawołano karbowego. Wszedł we drzwiach zgarbiony, a gdy się wyprostował, do nizkiego pułapu prawie sięgnął głową. Był to najtęższy chłop z całej dworskiej służby. Rudo zarastał i miał pozór pnia z gruba ociosanego. Zdawał się też nadzwyczaj silnym, przecież gdy spojrzał na zbroczone krwią poduszki i leżącą wśród nich martwą niemal głowę Józka, szybko zaczął mrugać oczami i pociągać nosem.
— Chodźcie-no tu bliżej — rzekł doktór, dając mu miednicę z wodą. Chłop wziął ją w ręce i zaczął przestępować z nogi na nogę. Felczer przygotowywał gąbki i płótna, kaszląc i plując w dość niemiły sposób.
Doktór odwrócił się raz jeszcze.
— Panowie będą łaskawi wyjść — rzekł krótko do rozmawiających pod oknem gości. Spojrzeli po sobie, jeden i drugi wzruszył ramionami, pan palący cygaro uśmiechnął się sceptycznie.
— Jak wyjść, to wyjść... — rzekł gruby szlachcic i pierwszy posunął do drzwi: za nim drudzy.
— Potrzebne z chłopem takie ceregiele! — przemówił pan z cygarem, kiedy już byli za drzwi wyszli.
W tej chwili doktór spojrzał na mnie jakimś niezdecydowanym wzrokiem.
— Pani... — zaczął wahająco, — pani może zostać — dokończył niespodzianie.
Nie widział, że w kątku zostało także dziesięcioletnie dziecko, najstarszy syn domu.
Zaczął się opatrunek. Kiedy odwiązano chustkę, Józik jęknął raz tylko i omdlał. Cisza była taka, że słychać było brzęk muchy latającej po szybach w oknie. Doktór wydawał polecenia krótkie, monosylabowe.
— Nożyczki... płótno... gąbka... niżej... wyżej...
Karbowy stał, jak mógł najdalej od łóżka, wyciągnąwszy przed siebie ręce z miednicą pełną krwi, w całej ich długości.
Przymykał on od czasu do czasu oczy i odwracał głowę. Po niejakiej chwili zbladł bardzo, a ręce trząść mu się zaczęły.
— Wielmożny panie, — rzekł zmienionym głosem. — Niech kto bierze, bo padnę...
Gospodarz obejrzał się, nie było nikogo. On sam podpierał poduszki i trzeźwił rannego.
— Ja, tatku! — przemówiło wtedy proszącym głosem dziecko, a wysunąwszy się z kąta, podeszło do łóżka, śmiało ujmując w cienkie rączyny swoje ową krwawą misę. Na jego siły był to ciężar znaczny, chłopiec wszakże trzymał ją krzepko, wpatrzony w Józika szeroko otwartemi oczyma. Karbowy runął we drzwi, zataczając się, jak pijany.
W tej chwili chory znów jęknął i otworzył oczy. Otworzył, poruszył ustami i zdobywając się z widocznym trudem na przytomność, zatrzymał wzrok na dziecku.
Dziecko patrzyło także, szeroko, uparcie, jakby urzeczone. Któż wie, co tam sobie powiedziały te dwa krzyżujące się spojrzenia, z których jedno miało wyraz wielkiego, poważnego zdziwienia, a drugie śmiertelnej męki.
— Józik, — zdawały się mówić oczy dziecka — Józik przez co ty umierasz? Dlaczego?
— Oj, paniczu — skarżył się gasnący wzrok Srokacza — oj pożałowali wy kilka łokci desek... oj niedużo, a pożałowali... Przez to ja umieram... dlatego...
— Józik! — mówiły znów coraz szerzej otwierające się oczy chłopca. — Józik! a gdzie twoja ręka?
— Oj, została się tam ręka moja, paniczu — odpowiadało spojrzenie Srokacza, — gdzie ja robił dla was... gdzie pracował dla was... dobra, chleba dla was dobywał... Oj została się na piasku, cała krwią ciekąca...
Powieki dziecka zaczęły drżeć lekko, głęboka zmarszczka wystąpiła mu na czoło i dwie wielkie, jasne łzy, padły w krwawą misę.
Ranny zamknął oczy, z głuchym, przeciągłym jękiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

We dwa tygodnie potem Józik dogorywał.
Godzina była ranna, izba pełna bab, które dowiedziawszy się, że ksiądz z Panem Jezusem do Józika jedzie, przybiegły, jak która stała, z dziećmi na ręku, porzuciwszy garnki i miski w kominie, a teraz zbite w kupki, szeptały półgłosem pacierze, wzdychając i ucierając nosy.
Drzwi otwierały się i zamykały ciągle, ludzi przybywało coraz to więcej; każdy z wchodzących mówił w progu: «niech będzie pochwalony», a szmer zmieszanych głosów odpowiadał: «na wieki wieków». Tworzyło to jakąś dziwnie przejmującą litanią, która w krótkich przestankach na kilkadziesiąt głosów odmawiana była. Przestanki wypełniała rozmowa. Świeżo przybyli dopytywali się o chorego, ci, którzy przyszli dawniej, gadali o potocznych sprawach, wzdychając wszakże od czasu do czasu, lub kiwając głową. Ani wzdychać, ani gadać, nie bronił już im teraz przy Józiku nikt... I tak go wkrótce miała ogarnąć cisza wiekuista. Ci, co nie zdążyli przyjść na czas, kiedy ksiądz oleje święte na Józika kładł, i nie widzieli jak matka jego, rzuciwszy się na ziemię, głową o podłogę tłukła, krzycząc i zawodząc, pocieszali się tem, że zobaczą przynajmniej, kiedy chłopak konać zacznie. Coraz też która z bab wspinała się na palce i przez głowy kumoszek ku łóżku patrzyła. Na łóżku leżał Józik z zamkniętemi oczyma, których pociemniałe i zapadłe powieki tworzyły wśród woskowo-żółtej twarzy dwie sinawe plamy. Gęstwa ciemnych, odrzuconych od zaklęsłych skroni włosów odkrywała pożółkłe, przerznięte paru poprzecznemi zmarszczkami czoło, około ust spalonych gorączką widne były głębokie, bolesne bruzdy. Po zaostrzonych rysach twarzy ślizgał się i chwiał żółty odblask zapalonej w głowach łóżka gromnicy, a jedyna, bezkrwista prawie i wyschła ręka leżała na piersiach poruszanych rzadkim, głębokim, kończącą się już pracę płuc zapowiadającym oddechem. Noc spędził dziś Józik bardzo niespokojnie. Zrywał się, wołał na konie, chciał iść do matki po czystą koszulę, i narzekał, że musi rznąć sieczkę, a jego ręka boli, oj boli... ta prawa.
Skaleczył się w nią wczoraj... nie, łońskiego lata, kiedy paniczowi biczysko strugał... Z osiki go strugał, z żałosnego drzewa, co choć drzewo, a zatrzęsło się w sobie, kiedy Pan Jezus konał... Oj konanie! konanie, ciężkie bojowanie!.. Jak zastrugał gałąź, polała się z niej krew... na kożuch mu się polała, na lejbik, na koszulę... cała kałuża krwi... O jak ta ręka boli! O jak cięży! O!...
Z jękiem upadał na poduszki, a po chwili znów się zrywał i majaczył. Była no bardzo ciężka, prawdziwie męczeńska noc. Nad ranem dopiero ochłodła mu głowa, zażądał pić i zasnął. Spał może ze trzy godziny, a po przebudzeniu patrzył przytomnie i zdawał się namyślać nad czemś. Westchnął potem kilka razy głęboko, a spostrzegłszy małego, kręcącego się po izbie chłopaka rzekł:
— A skocz ino Jędrek do Pana, coby po urząd do kancelaryi posłał; będę testamenta pisać...
A widząc, że chłopak gębę otworzył i w głowę się drapie:
— A biegajże duchem, — dodał — bo ja dziś umierać będę.
— Jezu! — wrzasnął chłopak jak oparzony i we drzwi się rzucił.
Józik patrzył za nim, a gdy się drzwi zamknęły rzekł:
— Już ja to sobie wszystko dawno umyślił, zara wtedy, jak mi rękę dochtory ucieni.
— I cóż tobie po testamencie, Józik? — rzekłam — matkę przecie masz...
— Matka nie wieczna, a jabym spokojnego skonania nie miał...
Nie chciałam go drażnić i zamilkłam.
Przytomny był, ale niespokojny bardzo; coraz częściej poglądał w okno.
— Żeby aby prędzej! Żeby aby prędzej! — powtarzał z wzmagającą, się niecierpliwością w głosie.
Wszedł wreszcie gospodarz domu, a jednocześnie zaturkotała bryczka; «urząd» przybywał.
Smiertelna twarz Józika ożyła jakby. Na pozdrowienie wójta wyraźnie odpowiedział: «na wieki», a potem uspokojonemi oczyma za pisarzem wodził, podczas gdy ten stolik sobie i papier szykował. Kiedy wreszcie wszystko było gotowe, na poduszki dźwignąć się kazał i pełnym, jasnym głosem rzekł:
— Ja będę powiadał co i jak, a pan pisarz niech wszystko akuratnie spisuje!
Zrobiła się wielka cisza.
— W imię Ojca, — zaczął, lecz urwał i jęknął; nie miał już prawej ręki, którąby się mógł przeżegnać.
Głowa mu opadła w tył, oczy się zamknęły, myśleliśmy, że kona; wzmógł się jednak i tak mówił dalej:
— Niech pan pisarz fort wszystko spisuje!
— W imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen. Ja, Józef Srokacz, po przezwisku Kobylak, bo są insze Srokacze w Pietrowie, a znów insze w Bronówku... ale te z drugiego rodu są...
Zawahał się, widocznie nie bardzo wiedział, jak ma dalej mówić.
— Zdrowy na umyśle, — podpowiedział pisarz półgłosem.
— A jużci! — rzekł Józik, — zdrowy na zmysłach, ino, że przez jednej ręki, co mi ją Pan Jezus wziął... niech mu ta będzie cześć i chwała przenajświętsza!
Westchnął głęboko i tak dalej mówił:
— Gdyż Pan Bóg miłosierny, w Trójcy świętej jedyny, woła mnie do chwały swojej przenajświętszej i do żywota wiecznego amen, nie ze starości i nie z choroby, ino ze złej godziny, którą na mnie dopuścić raczył, ja Józef Srokacz, mający po ojcu Jakóbie Srokaczu sześć morgów gruntu w Kobylnikach, zapisuję i oddaję te sześć morgów wielmożnemu panu i wielmożnej pani, u którego państwa wielmożnego trzy lata służywszy, krzywdy nie doznawszy, umieram z wdzięcznem sercem i wszelaką przychylnością. A iż mnie w ciężkiej godzinie opatrywali, doktorów przy mnie trzymali, nocą pilnujący, w dzień karmiący i pojący, niczego nie żałujący, bynajmniej się czem nie brzydzący. A upraszam pokornie, aby matka moja do wieku swego na gruncie tym dożyła w spokojności, a gdyby się to ubóstwo moje małe wielmożnym państwu zdało, aby to więc choć na panicza poszło. Pokornie to ochfiaruję, Bogu wszystkich oddaję i z Bogiem ostawiam, za wszystko dobro dziękujący, a o pochów proszący. Amen.
— Józik! Józik! Ty co?... ryknął płaczem gospodarz i na piersi mu się rzucił. Toż ty przezemnie umierasz, marnie ze świata schodzisz! Przez te głupie deski, co ich u kierata nie było! Józik! bój się Boga, bo mi serce pęknie! Nic nie chcę! nie przyjmę! Udławiłbym się chlebem z twego pola! Nic nie chcę! Pochów ci, jak rodzonemu synowi sprawię, Bożą mękę, krzyż w tem miejscu, w podwórzu, postawić dam!... Józik bój się Boga!...
Chwilę było słychać tylko płacz ogromny.
— Oj, nie trza, panie, — przemówił wreszcie zmienionym głosem Józik — nie trza! Już tam była męka i krew była... Już tam Pan Bóg miłosierny ręką swoją przenajświętszą krzyżyk dla mnie położył... A jabym spokojnego sumienia nie miał... Jabym... Niech ino pan pisarz prędko papier wedle podpisu daje...
Mówił coraz ciszej, z widocznym wysiłkiem: pot mu wystąpił na czoło, głos się rwał, w piersiach zaczęło chrypieć.
Wyciągnął jednak rękę po papier, a gdy mu ją podparto, trzy krzyże pod testamentem swoim postawił; nie przestał wszelako płonącemi oczyma za nim wodzić, póki go nie podpisali świadkowie i póki wójt nie przyłożył pieczęci.
Westchnął wtedy głęboko i śmiertelnie zmęczony osunął się na poduszki bezwładnie.
W trzy dni potem sprawiono mu «pochów».

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.