Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział XCI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XCI
ROZCZAROWANIE

Jan, dotknięty wściekle wyzywającym ukłonem Taverney’a, skierował swe kroki ku drzwiom, lecz wrócił po chwili i usiadł obok marszałka.
— Przyjmujesz pan to u siebie?
— Mylisz się, mój drogi przyjacielu, wyrzucam to za drzwi.
— Czy znasz książę tego pana?
— Niestety! — tak.
— Jest to Taverney.
— Wiem.
— Ten dobrodziej radby ze swej córki zrobić kochankę królewską.
— Co znowu!
— O, wiem o tem dokładnie. Ma on ochotę zgładzić nas i to jak najrychlej. Na szczęście mam dobre uszy i oczy.
— Sądzisz hrabio, że....
— Wątpisz jeszcze? A wychował także synka wybornie, rzuca się ten panicz na ludzi i rani ich; ot, jak mnie biednego Jasia.
— Ciebie ranił? Czy to twój osobisty nieprzyjaciel, mój drogi — spytał, z udanym zdziwieniem, wytrawny dworak.
— A tak, to mój przeciwnik w tej sprawie o konie delfinowej; słyszałeś chyba o tej awanturze?
— Ot, co znaczy sympatja, o twej aferze pierwszy raz słyszę wicehrabio, ale i tak odmówiłem prośbie tego starego pochlebcy. Gdybym był wiedział o sprawie jego synalka, byłbym naturalnie wyrzucił pana barona za drzwi w tej chwili. Zresztą nic straconego.
— Oducz go, oducz chęci napadania na prostej drodze; tymczasem, winszuję ci ministrze.
— A zatem wszystko skończone?
— W zupełności. Pozwolisz, że cię uściskam?
— Z całego serca.
— Spodziewam się żeś zadowolony, marszałku.
— Zwłaszcza, gdy się upewnię, iż będę użytecznym — odpowiedział skromnie Richelieu.
— Ale miej się na baczności, będą ci okrutnie zazdrościć.
— Czyż mam tylu zawistnych?
— Jak każdy zdolny dyplomata! Taki jest zawsze niecierpiany.
— Kto? — spytał niespokojnie marszałek.
— Zdolny dyplomata. O!.. parlament będzie się wściekał; to coś w rodzaju szpicruty Ludwika XIV.
— Wytłumacz mi, wicehrabio, o czem mówisz.
— Ależ to przecie takie jest zrozumiałe!
— Co takiego? Siedzę jak na szpilkach, słowa nie pojmuję z tego wszystkiego!
— Mam na myśli księcia d’Aiguillon, twego siostrzeńca.
— Cóż dalej?
— Świetnie zrobiłeś, żeś go sprowadził.
— Ach! dobrze! bardzo dobrze. Pomoże mi.
— Nam wszystkim, powiedz raczej. Wiesz, marszałku, że jest on w najlepszej komitywie z hrabiną.
— Doprawdy? Skąd ta pewność?
— Słuchaj książę, Joanna lubi spać długo.
— Więc?
— Nigdy nie wstaje przed dziesiątą, często o jedenastej nawet. A dziś, o godzinie szóstej rano, widziałem już d’Aiguillon’a odjeżdżającego z Luciennes.
— Hm... hm... O szóstej rano?
— Tak.
— Dziś?
— Dziś. Naturalnie, że hrabina musi być zachwycona twym siostrzeńcem, jeśli tak rano oznaczyła mu audjencję....
— Zapewne, zapewne — mówił zacierając ręce Richelieu — o szóstej!... Brawo, brawo!...
— Musiano rozpocząć konferencję jeszcze przed piątą.
— To dziwne.
— To nietylko dziwne, mój drogi panie, ale nawet bardzo oryginalne.
W tej chwili wszedł d’Aiguillon.
Ukłonił się z miną tak protekcjonalną, że książę zrozumiał odrazu wszystko. Zbladł śmiertelnie; przekonywał się powoli, że na dworze niema ani przyjaciół, ani krewnych, że wszelkie węzły się rozluźniają.
— Byłem głupcem — pomyślał. — Cóż powiesz nowego, d’Aiguillon — spytał książę, ciężko wzdychając.
— Cóż.... panie marszałku? — odparł d’Aiguillon i zaczerwienił się — wiesz już?..
— Wicehrabia objaśnił mi to wszystko, nawet twą ranną wizytę w Luciennes; nominacja twoja przynosi chlubę naszej rodzinie.
— Wierzaj mi, wuju, że mnie.... sprawia to ogromną przykrość.
— O czem on mówi, u djabła? — pomyślał Jan.
— Porozumiejmy się nakoniec — przerwał Richelieu.
— Ostatecznie niema się potrzeby ani irytować, ani niecierpliwić.... czy wpierw, czy później zostanie się ministrem....
— A więc będzie zwłoka?... — rzekł książę i odetchnął.
Nadzieja, owa pocieszycielka dumnych i szczęśliwych, jak również biednych i wydziedziczonych, wstąpiła mu w serce.
— Tak jest, marszałku.
— I tak, jak na początek!... wykrzyknął Jan — oddział w Wersalu, najpiękniejszy ze wszystkich, to i tak dosyć, to nawet za wiele....
— Oddział w Wersalu?... — Richelieu ze zdumieniem spojrzał na swych gości — to znów coś nowego.
— Pan Dubarry przesadza może trochę — rzekł d’Aiguillon — mówi zapewne o lekkiej kawalerji.
Dyplomata zzieleniał.
— Co chcesz — powiedział Richelieu z trudnym do określenia uśmiechem — to wprawdzie za mało dla tak czarującego jak ty człowieka, mój siostrzeńcze, ale nie miej pretensji; nawet najpiękniejsza kobieta na świecie daje tylko tyle, ile może.
Jan przyglądał się pilnie obrazom, zawieszonym w salonie, Richelieu poklepał księcia po ramieniu:
— Na szczęście, masz przecie obietnicę awansu, przyjm więc moje powinszowania, d’Aiguillon; serdeczne powinszowania i... nie zapomnij o mnie, panie ministrze. Adieu, mój drogi, adieu, mam wiele zajęcia.
D’Aiguillon odpowiedział spokojnie:
— Polegaj na mnie, wuju, ja to ty, ty to ja. I, ukłoniwszy się z szacunkiem, odszedł. Za drzwiami odetchnął, bo wydostał się z nader trudnej i drażliwej sytuacji.
— Co najwięcej w nim podziwiam — pośpiesznie powiedział marszałek, który prędko zimną krew odzyskiwał — to naiwność i szczerość. Jest to człowiek wykształcony, a przytem uczciwy, jak młoda dziewczyna.
— I bardzo do pana przywiązany.
— O, jak baranek.
Richelieu mówił, przechadzając się po pokoju.
— Hrabino — szepnął, zgrzytając zębami — zapłacisz mi drogo!
— Marszałku — wtrącił sprytny Jan — my możemy śmiało być wyobrażeniem owej wiązki starożytnej, której złamać niepodobna.... naturalnie my czworo.
— Jakto czworo? Co przez to rozumiesz, drogi panie?
— Moja siostra jest potęgą, d’Aiguillon władzą, ty radą, a ja obroną.
— Doskonale! doskonale!
— Niech kto spróbuje zaczepić hrabinę, a będzie miał z nami do czynienia.
— Do djabłal... — marszałek uderzył się w czoło.
— Nie boimy się już niczego — krzyknął Jan, oszołomiony swym nowym planem.
— O!
— Co ci jest, książę?
— Ależ nic, nic.... zachwycony jestem tym pomysłem i całą duszą należę do was.
— Brawo!
— Czy Taverney mieszka w Tranion ze swą córką?
— W Paryżu.
— Piękna to dziewczyna ta panna Taverney.
— Niech tam sobie będzie piękną jak Kleopatra lub jak... moja siostra, nie boję się jej od chwili zawiązania naszej ligi.
— Więc baron mieszka w Paryżu, na ulicy Sw. Honoryusza, czy tak?...
— Gdzie tam, mieszka na ulicy Coq Héron, czy knujesz coś przeciw niemu?
— Coś w tym rodzaju.
— Jesteś niezrównanym człowiekiem, marszałku, odchodzę, bom bardzo ciekawy, co mówią na mieście.
— Adieu więc, wicehrabio! ale, ale, nie wymieniłeś mi, kto wchodzi w skład nowego ministerjum?
— Wszystko same ptaki przelotne: Terray, Bertin, nie pamiętam kto tam jeszcze, no może d’Aiguillon...
— Może?... to nie może... to napewno — mruknął ponuro Richelieu, zasyłając zarazem Janowi najsłodszy uśmiech.
Jan odszedł. Rafté wsunął się do salonu.
Słyszał wszystko: zatem ziściło się to, czego się obawiał; nie powiedział ani słowa, znał dobrze swego pana, niebezpiecznie było zaczepiać go w tej chwili. Nie zawołał nikogo, sam go rozebrał, zaprowadził do łóżka i okrył starannie, bo stary marszałek drżał z zimna.
Zapuścił rolety i wyszedł. W przedpokoju stała już cała służba, czekająca rozkazów; sekretarz przywołał pierwszego lokaja z brzegu i rzekł:
— Uważaj, pan jest cierpiący, miał dziś wielkie zmartwienie; musiał być nieposłuszny królowi.
— Nie był posłusznym królowi? — wykrzyknął z przerażeniem służący.
— Tak, Jego Królewska Mość ofiarował marszałkowi teką ministra, ponieważ książę domyślił się, że to zapewne za protekcją Dubarry, więc odmówił. Jak to pięknie! nieprawdaż? Paryżanie winni mu dużo dziś za to. To nie tak łatwo odmówić, gdy król coś ofiarowuje; to też pan nasz jest chory ze wzruszenia, uważaj na niego.
Rafté wszedł do gabinetu; pewny, że za kwadrans cały Wersal mówić będzie o zacnem postąpieniu i patrjotyzmie marszałka, który tymczasem spał spokojnie, nie wiedząc nawet, jaki rozgłos przygotowywał mu jego sekretarz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.