Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział XCII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XCII
OBIAD U DELFINA

Tego samego dnia panna de Taverney wyszła o godzinie trzeciej ze swego pokoju, bo zwykle o tej porze udawała się do delfinowej i czytywała jej przed obiadem. Ksiądz, dotychczas pełniący obowiązki lektora, usunął się z zajmowanego stanowiska. Andrea była w bardzo pięknej toalecie. Miała na sobie suknią niebieską, jedwabną, rozciętą z przodu, z pod której wyglądała spódniczka biała batystowa, a raczej kilka rzędów falban koronkowych, taka sama kosztowna chusteczka, z przodu nieco otwarta, otaczała jej szyję. Pyszne jej włosy, związane wstążką, spadały w ciężkich splotach na ramiona. Ubierało ją to lepiej, niż wszystkie brylanty, aksamity i pióra, które wtedy były tak w modzie. Przy niebieskim kolorze cera jej wydawała się bledszą jeszcze, a oczy czarne świeciły jak djamenty.
Schodząc, wciągała jedwabne białe mitynki, które nie zasłaniały jednakże alabastrowo-białych, toczonych paluszków.
W pawilonie powiedziano jej, że Marja-Antonina udała się na przechadzkę ze swym budowniczym i ogrodnikiem. Andrea zawróciła do parku, chcąc spotkać delfinową, gdy wtem w pierwszej zaraz alei jeden z ogrodników, który ręce miał za białe, jak na prostego robotnika, skłonił jej się grzecznie.
Był to Gilbert. Andrea zaczerwieniła się mimowoli i odkłoniła się również. Zdziwiła się, że go tu spotkała.
— Pan tu, panie Gilbercie?
— Tak, proszę pani.
— Skąd się pan wziąłeś w Trianon?
— Trzeba pracować, bo trzeba żyć, proszę pani.
— Masz jednakże szczęście.
— Wiem o tem.
— Co takiego?
— A no, przyznaję, że niebo jest dla mnie łaskawe.
— Kto pana zaprotegował?
— Pan Jussieu.
— Znasz pana de Jussieu? — spytała baronówna ze zdziwieniem.
— To przyjaciel mego protektora, pana Rousseau.
— Adieu! panie Gilbercie — rzekła, odchodząc.
— Czy panienka ma się lepiej? — spytał drżącym głosem Gilbert.
— Lepiej?.. nie pojmuję...
— Przecie panienka...
— A tak, tak, dziękuję, Gilbercie, to głupstwo...
— Niebezpieczeństwo było wielkie — szepnął chłopak wzruszony.
Andrea przerwała rozmowę.
— Adieu!
— Przyjmie pani różyczkę? — zapytał gorączkowo Gilbert.
— Chcesz pan ofiarować mi to, co nie jest pańską własnością!... — odparła chłodno.
Gilbert nic nie odpowiedział, widząc zaś, że Andrea patrzy na niego z lekceważeniem, zerwał gałąź, obsypaną przepysznemi różami i porwał ją na kawałki z wściekłością w duszy, a jednak z zewnętrznym spokojem, który zaimponował dumnej dziewczynie.
Była za dobrą, aby nie odczuć, że obraziła śmiertelnie biednego chłopca, duma atoli nie pozwalała jej naprawić krzywdy, poszła więc dalej.
Ponieważ ciekawą była, jakie wrażenie wywarła na Gilbercie, po chwilce więc wracała znów tą samą aleją. Młody chłopak rzekł sobie zcicha:
— Zwyciężyłem przecie tym razem. Dumna jest ze swej piękności, imienia i majątku! Jest coraz więcej ponętną, i pomimo, że mnie lekceważy, oczekuje na nią, drżę jak liść na jej widok. O! zapłaci mi ona kiedyś za te męki, jakie znoszę! Ale dość na dzisiaj, zwyciężyłem tę wielką damę bez serca!
Powtarzał to sobie, zcicha, z dziką radością, a w końcu przeskoczył kłąb, aby raz jeszcze zobaczyć Andreę.
Ujrzał ją rzeczywiście, ale dziwnie była zamyślona i smutna, szła ze spuszczonemi oczami. Znalazł się tak blisko niej, że usłyszał nawet westchnienie.
— Jakiż ja podły, jaki podły! — szepnął z rozpaczą — dlaczego, pomimo wszystko, kocham ją jak warjat?...
I dodał:
— Ależ piękna, jak zjawisko!
Byłby zapewne jeszcze długo pozostał w cichej swej kontemplacji, gdyby nie bojaźń, że może go ktoś zobaczyć.
Przypuszczenie było zupełnie słuszne, bo ten ktoś zjawił się właśnie w tej chwili.
Był nim człowiek już niemłody; głową trzymał wysoko, w prawej ręce miał kapelusz, a lewa spoczywała na rękojeści szabli. Ubranie jego było z aksamitu, na ramionach miał wspaniały płaszcz, podbity sobolami. Szedł spokojnie i nieco sztywno. Widocznie spostrzegł zdaleka Andreą, bo przyśpieszył kroku. Gilbert, ujrzawszy tą postać, rzucił się w krzaki i krzyknął mimowoli. Baronówna odwróciła się zdziwiona i stanęła przed panem w sobolach.
— Dokąd to pani tak spieszy? — spytał z uśmiechem tenże.
Na dźwięk tego głosu Andrea podniosła głową. O trzydzieści kroków zobaczyła dwóch oficerów, idących wolno, a na piersiach tego, który tak grzecznie do niej przemawiał, szarfą niebieską. Zmieszana niespodzianem spotkaniem, wyjąkała z przestrachem:
— Król! — i skłoniła się nisko.
— Panienko... — odparł Ludwik XV, zbliżając się do niej — mam tak krótki wzrok, że zmuszony jestem spytać o nazwisko.
— De Taverney — szepnęła Andrea, zaledwie dosłyszalnym głosem:
— A... tak! Przechadzasz się sama, panienko, w Trianon?
— Idę na spotkanie Jej Królewskiej Wysokości delfinowej — odrzekła Andrea cała drżąca.
— Zaprowadzę cię do niej — odezwał się Ludwik XV — muszę jej złożyć wizytę, jako sąsiad, przyjm więc moje ramię i pójdziemy razem.
Andrei zaćmiło się w oczach, rzeczywiście był to dla niej zaszczyt nielada. Iść z królem pod rękę! Toż to cały dwór będzie jej zazdrościł! Śni chyba! Ukłoniła się z takim szacunkiem i pokorą, że król podszedł bliżej i widząc to onieśmielenie, podał jej ramię. W galanterji i etykiecie podobnym był w zupełności do Ludwika XIV.
Chociaż nie był amatorem pieszych spacerów, wybrał jednak najdłuższą drogę do pawilonu, gdyż przypuszczał, że Marja-Antonina powróciła już z przechadzki. Omylił się jednakże.
Delfinową wyszła naprzeciw męża, aby z nim razem zasiąść do obiadu.
Była punkt piąta. Delfin wszedł z żoną pod rękę do jadalni, gdzie był stół nakryty na dwie osoby, a na boku leżało nakrycie dla króla, który często robił niespodzianki i siadał razem do obiadu. Dziś jednak niespodziewano go się zupełnie. Za krzesłem Marji-Antoniny stała pani de Noaille, sztywna pani Etykieta, jak ją nazywała następczyni, która trzy razy tygodniowo dopuszczana była do łaski obiadowania z Ich Królewskiemi Wysokościami. Za krzesłem delfina, naprzeciw pani de Noaille, stał książę Richelieu.
Marszałek znał całą Europę, umiał sobie przyswoić właściwy każdemu narodowi rodzaj elegancji; znał tysiące anegdot, dających się powtórzyć przy stole delfina, i zapewne równą liczbę, stosownych przy stole pani Dubarry. Był to wogóle typ dworaka dobrych rycerskich czasów. Zauważył że Ich Królewskie Wysokości zajadają z apetytem, rozpoczął więc rozmowę z panią de Noaille. Mówił z równą łatwością o filozofji, jak o teatrze, a lubo tematy te wstrętne były dla purytańskiej księżny, nie zbiło go to wcale z tropu; najmilszym głosem opowiadał treść jakiejś nowej komedji sławnego mędrca w Verney. Marja-Antonina uwielbiała sztuki piękne i teatr, z przyjemnością więc przysłuchiwała się dowcipnej rozmowie dyplomaty.
Biedna de Noaille z rozpaczy zapomniała się do tego stopnia, że spuściła nagle głowę, biały obłok otoczył jej czoło, był to naturalnie puder, tak modny w owym czasie.
Ale niewystarczało podobać się Marji-Antoninie; trzeba było zwrócić na siebie uwagę jej męża.
Przestał więc mówić o teatrze, obojętnym dla następcy tronu, a zaczął o fiiozofji Rousseau’a i Edwardzie Bomston.
Pani de Noaille nienawidziła filozofów, tak jak Anglików, o których także wyrażał się z zapałem Richelieu. Każda nowa idea była wstrętną dla księżnej, uwielbiała ona tylko rzeczy stare. Marszałek bawił wszystkich, męczył panią Etykietę, co niezmiernie rozśmieszało delfinową, jak również delfina. Właśnie szukał nowego tematu rozmowy, gdy usłyszano krzyk na schodach:
— Król!
Na te magiczne słowa księżna zerwała się z miejsca, Richelieu również, delfin obtarł usta serwetą, a Marja-Antonina, z czarującym uśmiechem, wyszła naprzeciw Ludwika XV.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.